Dom

Dom

środa, 10 września 2014

38. Strop Teriwa, czyli belki, pustaki i stemple

2013-08-23

Jak co dzień rano pojechaliśmy na budowę. Dotarliśmy na miejsce około dziewiątej i byliśmy przekonani, że panowie budowlańcy sprzątają jeszcze zasypane stemplami i deskami wejście. Drewna było tak dużo, że nie sposób uporać się z tym bałaganem w godzinkę. Nam przerzucenie stempli z drogi i z bramy, zaledwie o dwa, trzy metry dalej, zajęło ponad dwie godziny, a przecież teraz stemple muszą zostać przeniesione na znacznie odleglejsze miejsce.



Oczywiście pomyliliśmy się. Wczorajsza wielka sterta stempli, czyli nieokorowanych, niezbyt grubych pni drzew o długości 3 m każdy, była już całkowicie posprzątana. Część z nich była ułożona z boku przy bramie, w miejscu, gdzie wczoraj stały dwie palety z elementami na komin, a część została wyniesiona gdzieś dalej, w głąb działki. Wszystkie stosiki zabezpieczone zostały pionowo wbitymi w ziemię kołkami zapobiegającymi sturlanie się stempli ze stosu. 


Nasza budowa jest piękna! Nie dość, że wszystko na niej jest logicznie posprzątane, ułożone i zabezpieczone, to jeszcze zakwitło mnóstwo kolorowych kwiatków, które kiedyś zasiała tu poprzzednia właścicielka. Ja zbytnią fanków kwiatków, zwłaszcza różowych, nie jestem, ale jak na budowę - efekt wyśmienity!


Pustaki i elementy na komin zniknęły sprzed domu. Gdzie się podziały? Otóż zostały już wymurowane albo stanęły w domu i czekają na wymurowanie. Komin podrósł do wysokości przyszłego stropu.
Kiedy oni to wszystko zrobili? W tą godzinę, od której są na budowie? No, najwyraźniej tak. Ciągle nie mogę się nadziwić naszym budowlańcom. To szalenie pracowici ludzie!


Pan Jarek ze swoją ekipą zajmowali się przygotowywaniem ścian do ułożenia na ich szczytach belek stropowych. Od wewnętrznej strony, czyli od środka domu, mocowali do murów poziome, grube deski. Nabili je na mury dookoła całego obwodu. 


Najpierw wbijali w deskę dwa bardzo długaśne gwoździe, które przechodziły przez nią na wylot. Miejsca na wbicie gwoździ wyznaczane były precyzyjnie, miarką i ołówkiem. Następnie tą „uzbrojononą” deskę panowie „zawieszali” na murze w ten sposób, że deska przylegała płasko do muru wystając nieco ponad jego poziom, a gwoździe jakby leżały na jego szczycie. Teraz poziomicą sprawdzali, czy deska trzyma poziom. Jeśli tak - w ruch szła wiertarka i deska była mocowana do muru przy pomocy kołków rozporowych, w kilku miejscach. 


Obłożyli tak deskami cały dom od wewnętrznej strony, wszystkie ściany. Deski dolegały płasko do muru i wystawały ponad niego na kilka centymetrów.
To co opisuję, to przygotowanie szalunków pod zalewanie przyszłego wieńca. Pomyślałam, że zejdzie im z tymi deskami cały dzień, bo to niezła dłubanina. A ponieważ pan Jarek nie potrzebował dziś żadnych zakupów, więc pojechaliśmy do domu. 

Po południu, około szesnastej, nie mogliśmy już usiedzieć na miejscu. Strasznie byliśmy ciekawi, co zadziało się na budowie przez ten dzień. Spekulowaliśmy, że pewnie ekipa skończyła pracę, jakąś godzinę wcześniej, więc już ich nie będzie.
Pojechaliśmy po raz drugi tego dnia na działkę i co? Nic z tych rzeczy! Oni nadal pracowali pełną parą! Naprawdę nie wiem, kiedy odpoczywają. Zachrzaniają okrutnie. No, ale to ich decyzja. Uzgodnione w umowie wynagrodzenie to ryczałt za postawienie całego domu, więc sami decydują, jak szybko chcą i są w stanie to wykonać. 

Na budowie pojawiła się maszyna do cięcia drewna, czyli krajzega. Jak byłam mała to mówiłam na to niebezpieczne urządzenia trajzega  (podobnie jak na kanister mówiłam karnister a na Konrada Kondrat). Ale dziś już mówię prawidłowo, bo przy najmniejszych wątpliwościach pytam o wszystko wujka Googla. 

W tym miejscu odżyły moje wspomnienia z dzieciństwa. Jako kilkuletnia dziewczynka bardzo często miałam okazję "pracować" na "trajzedze". Cięłam na niej deski, z których potem zbijane były trumny. Oczywiście wszystko pod nadzorem i czujnym okiem pana trumniarza. Wychowałam się w podwórku, gdzie działał zakład stolarski produkujący trumny a pan trumniarz to był bardzo fajny i pogodny facet. Jego żona zresztą też. To znaczy ona była pogodną kobietą, nie facetem, chociaż miała miękki wąsik pod nosem. I ci państwo trumniarze pozwalali mi sobie "pomagać", co czyniłam z wielką pasją.
Tak więc najpierw cięłam deski na trumny, potem je heblowałam, następnie zbijaliśmy trumny, najpierw koryta, potem wieka. I dopóki koryta nie były malowane i lakierowane, mogłam się w nich bawić. Przesiadywałam w tych pachnących świeżym drewnem korytach całe dnie, robiąc sobie w nich domki z kocy i piaskownice. Potem trumny były polerowane papierem ściernym, następnie bejcowane i lakierowane. Wreszcie następowało usypywanie poduszek i wyściółek z trocin (podwyższenia pod głowę usypywałam osobiście, żeby nieboszczycy mieli wygodnie). Potem przybijanie białego sukna, mocowanie uchywtów i czarno-srebnych dekoracji. A na koniec coś najpiękniejszego - wypisywanie tablic trumiennych, czyli umion, nazwisk, dat, rysowanie krzyża, liści wieńca laurowego i literek ś.p. A wsyztko piękną, srebrną farbą. Uwielbiałam patrzeć, jak żona pana trumniarza, wprawną ręką maluje pędzlem te wszytkie zawijasy i idealnie obłe literki. Zawsze marzyłam, żeby też tak umieć. 
Ale to było dawno. 
Na naszej budowie krajzega służy przycinaniu stempli i desek i nie ma nic wspólnego z trumnami. I dzięki Bogu. 



Po południu okazało się, że nad przeszło połową domu, czyli nad salonem z kuchnią oraz nad sypialnią, są już rozłożone belki stropowe! Panowie kończyli właśnie podpierać je stemplami.



Betonowe, zbrojone belki Teriwa wsparte były na ścianach nośnych, a konkretniej na przybitych do nich deskach. Belki biegły regularnie co kilkadziesiąt centymetrów, równolegle do siebie, rozsunięte na szerokość pustaków stropowych. Przy końcach belek włożone były pierwsze pustaki deklowane, po jednym z każdego końca. Pustaki te wyznaczały właściwy rozstaw belek, bo pustaki i belki to przecież komplet, pasują do siebie idealnie. Pustaki mają specjalne wgłębienia, jakby ranty, do zawieszenia ich na belkach. Wydaje się to nieco zawiłe w opisie, ale w sumie jest proste i zdjęcia wszystko wyjaśnią.





Trochę nas zdziwiło, że betonowe belki stropowe zostały położone na deskach przymocowanych płasko do ścian zaledwie kilkoma wkrętami na kołki rozporowe. Przecież już same te belki są ciężkie, potem na nich ułożone zostaną pustaki, które wypełnią całą przestrzeń, a na to wszystko wylane zostaną tony betonu! Więc jak kilka wkrętów ma to wszystko utrzymać? Oj, coś mi tu nie pasuje. Postanowiłam zapytać o szczegóły pana Jarka. Jak niby delikatna konstrukcja kilku kołków rozporowych na metr bieżący ma utrzymać cały, ciężki strop?
No i wyjaśniono mi, że całą robotę robią stemple. To właśnie stemple trzymają wszystko. Stemple podpierają zarówno belki stropowe, jak i przyłapane do muru kołkami rozporowymi deski.

Olśnienie! Faktycznie, dopiero teraz, po przyjrzeniu się, zauważyliśmy stemple ustawione tuż przy samych ścianach. Na górze każdy z nich miał zrobione wcięcie, czyli tzw. stopkę, która podpierała krawędź deski przy murze. W ten sposób deski stały na sztorc na podciętych odpowiednio stemplach, czyli leżały na „stopkach”, a nie wisiały jedynie na kołkach rozporowych.




Każdy stempel był dopasowywany do układanego stropu indywidualnie. Każdy docinany był na wymiar, o kilka milimetrów wyższy niż wysokość od chudziaka do belki. Dlatego każdy stemplem wbijany był młotkiem na wcisk pod belki na właściwe miejsce.

Stemple nie były ustawiane bezpośrednio na chudziaku, ale ustawiane były na dociętych deskach. Podobnie od góry, między stemple a belki stropowe również podkładane były deski. W ten sposób siła naporu stropu rozkładała się na powierzchnię podkładanych desek górnych i dolnych, a tym samym stempel nie działał punktowo na chudziak i belki.

Stawianie i mocowanie stempli to żmudna robota. I od dołu i od góry każdy stempel był bowiem przybijany do podłożonych desek gwoździami, żeby nic się broń Boże nie wysunęło pod naporem ciężaru przy zalewaniu. Dodatkowo przy podłodze pod stemple wbijane były trójkątne, drewniane kliniki, też przytwierdzane do podstaw z desek gwoździami. Konstrukcja naprawdę solidna.



W całym salonie mamy teraz las nieokorowanych pni. Jeszcze widać niebo między belkami, ale jutro pewnie panowie uzupełnią wszystkie dziury, powkładają tam pustaki i będziemy mieć prawie sufit. 

Oczywiście powierzchnia naszego salonu diametralnie zmalała od tych stempli. Było ich tak dużo i stały tak gęsto, że trzeba było uważać przy przechodzeniu między nimi, aby nie zaczepić się o wystające gdzie niegdzie sęki. Cóż, pan Jarek uprzedzał, że wrażenie masakrycznego zmniejszenia powierzchni wystąpi. I wystąpiło. Na szczęście to etap przejściowy. 

Jak już pisałam, pustaki stropowe skrajne są deklowane, czyli zaślepione. Dalsze pustaki, środkowe, mają natomiast przeloty na przestrzał. W naszych pustakach tych przelotów jest dwanaście w każdym, bo – jak sama nazwa wskazuje - to pustaki dwunastokanałowe. 

Nie wiem jeszcze, czy belki stropowe są jakoś powiązane ze sobą albo czy są w jakiś sposób przytwierdzone do muru na końcach. Sądzę, że jakieś wiązania powinny być, ale nie wchodziłam na rusztowanie, żeby to zobaczyć, a pan Jarek zbyt rozmowny nie jest. Nadal twierdzi, że "za gadanie mu nie płacą". 

Nad wnęką stanowiącą wejścia do pokoi chłopców, w miejscu, gdzie nie zbiegły się ze sobą ścianki działowe (to miejsce bardzo denerwowało pana Jarka, który mruczał pod nosem epitety na architekta), wykonane zostało szerokie koryto z desek. Pewnie będą tam wlewać beton, żeby wszystko się jakoś zespoliło. I pewnie będzie tam też jakieś zbrojenie? Spróbuję to podejrzeć. 


Zauważyliśmy, że w jednym miejscu, nad kuchnią, dwie belki stropowe są ze sobą złączone. Nie są one rozdzielone pustakami jak reszta, ale leżą na murach równolegle jedna przy drugiej. Czemu tak? Nawet Marka to zaintrygowało i zapytał:
- Panie Jarku, a czemu tu są dwie belki połączone?
- A, bo na nich na poddaszu, będzie stała ściana działowa. Pod ściany daje się dwie belki. Zawsze. A ten wasz rysownik narysował jedną! – powiedział lekceważąco i z satysfakcją w głosie pan Jarek - Ja tam dam dwie, ściana to ściana, ma być fachowo, a nie na słowo honoru – dodał triumfalnie. 


Oczywiście wierzymy i cieszymy się, że pan Jarek czuwa i weryfikuje poprawność projektu. Pewnie nie jedno jeszcze pozmienia, żeby było dobrze i jak się należy.

Znam historię, która przydarzyła się mojej znajomej. Mianowicie u niej budowlańcy rozłożyli strop Teriwa bardzo nieumiejętnie. Nie znam szczegółów, bo gdy owa znajoma o tym opowiadała nie wiedziałam nawet co to jest strop Teriwa i nie wszystko zarejestrowałam w głowie. Ale znam skutki partactwa. Otóż strop Teriwa, po jego ułożeniu z belek i pustaków oraz po zalaniu betonem, spadł w nocy na posadzkę! Po prostu się zawalił i roztrzaskane pustaki wraz z kupą betonu wylądowały na podłodze w środku salonu. Szczęście, że gdy się waliło, nie było na budowie ludzi. To zdarzenie uzmysławia mi, jakie to szczęście, że nasz dom buduje fachowy pan Jarek. On myśli o wszystkim i jest bardziej nawet przezorny niż architekt. Super!

wtorek, 2 września 2014

37. Spóźniony komin i oporne stemple

2013-08

Dziś, gdy pojechaliśmy na budowę, pan Jarek kończył ostatnie ścianki wydzielające łazienkę. Z niepokojem w głosie spytał:
- Co z tym kominem? Miał być wczoraj, i nie ma. Ja tu mam roboty na jakieś dwie godziny i dalej stoję! Jak nie ma komina to ja nie mam co tu robić – odgrażał się pan Jarek.
No fakt. Komin powinien już być. Zadzwoniłam natychmiast do sprzedawcy i tonem nieznoszącym sprzeciwu (mają dzień spóźnienia!) spytałam, o której mam się spodziewać dostawy.
- Panie Jarku, w hurtowni mówią, że będą z kominem za 2 godziny.
- A skąd ten komin?
- Z tego składu na rogu.
- Eee, oni to kłamią! Jak na koniec dnia dotrą to będzie dobrze. Z nimi zawsze tak, nigdy nie mogą zdążyć na czas. No dobra, zobaczymy. Jak nie przyjadą za dwie godziny to na dziś najwyżej skończymy.

Ekipa może skończyć i odjechać, tylko że wtedy to my mamy kłopot. Ktoś przecież musi być na działce by otworzyć bramę i przyjąć transport. Nie wygraliśmy czasu na loterii, nie możemy spędzić połowy dnia siedząc na budowie i oczekując na samochód z kominem!

W kolejnym telefonie do hurtowni udało mi się przekonać pana, że komin to sprawa życia i śmierci. Obiecał sprawę przyspieszyć. I faktycznie, komin przyjechał zanim pan Jarek skończył swoje murowanie.
A tego komina były trzy palety, plus osobno spakowana wełna mineralna, którą pan Jarek od razu polecił zanieść pod dach, do garażu:
- To tak na wypadek deszczu. Wełna nie powinna zmoknąć.





Zanim się zorientowaliśmy, nasze harty rzuciły się na robotę i zbudowały część komina, aż do wysokości stropu! Na paletach zostało jeszcze mnóstwo elementów. Mają one wystarczyć na wybudowanie prawie 9 metrów komina, żeby sięgał wysoko, aż nad dach.

Jutro ekipa zaczyna układać belki stropowe. A do tego konieczne są stemple. Oczywiście są one zamówione. Transport ma być dziś, tylko jeszcze nie wiadomo o której.
Dzwonię do tartaku i dostaję informację, że "Jakoś po południu".
- A dokładnie o której? - zdenerwowałam pana moim wścibstwem.
Nie wiadomo. Zdezorientowany pan w słuchawce nie umiał mi odpowiedzieć. No nieźle. Czyżby było nam pisane spędzić ten dzień na budowie? Umówiłam się z facetem, żeby zadzwonił do mnie na pół godziny przed przyjazdem. Zdążymy w tym czasie dojechać na działkę z domu.

Zadzwonili o 14, że będą u mnie za półtorej godziny. Cóż, niektórzy nie odróżniają pół godziny od półtorej godziny, ale to jeszcze nic.
Pojechaliśmy na działkę po raz drugi tego dnia, na 15:30. Niestety, transport opóźnił się – bagatela - o 3 godziny! Oczywiście nikt nas o tym nie powiadomił! Gdy zadzwoniłam po godzinie spóźnienia usłyszałam, że właśnie do mnie wyjechali. Ale to było oczywiste kłamstwo, bo trasę pokonywali dobre dwie godziny zamiast szacowanych 35 minut.
Ktoś nieźle nas już wkurzył. Nie mamy wyjścia. Czekamy. Mój starszy syn w takich sytuacjach mawia z rozbrajającym uśmiechem na twarzy "Co zrobisz jak nic nie zrobisz?".
Pan Jarek i jego ekipa dawno już zeszli z budowy, a my czekamy, jak te głupki.

Wreszcie przyjechał samochód z tartaku. Była to niewielka półciężarówka z odkrytą paką. Na spodzie płasko leżały rygi, a na nich stemple, 150 sztuk. Tworzyły one pokaźny stosik, który powiązany był linami w cztery pęki.


Chociaż byłam wkurzona czekaniem i odgrażałam się Markowi , że jak już dojadą to im nawtykam, to jednak nie krzyczałam na kierowcę. Odpuściłam awanturę. To nie jego wina, że panowie z biura obiecują o wiele za dużo, niż biedny kierowca może wykonać. Facet jeździ sam, zachrzania od rana i zbiera cięgi za puste obietnice szefów.

Okazało się, że przed domem, gdzie miały zostać wyładowane stemple i deski, jest zbyt mało miejsca, aby je po prostu zrzucić z paki. Samochód ledwo się zmieścił w bramę wjeżdżając tyłem. Część ładowna samochodu podnosi się na wszystkie strony, teoretycznie można więc zrzucić te bale na bok albo do tyłu. Ale u nas na bok się nie da, bo mało miejsca. Zrzucić do tyłu też się nie da - bo mało miejsca! W dodatku przy ścianie domu, po bokach, przy toj-toju, czyli dosłownie wszędzie stoją palety z materiałami budowlanymi. Są tam pustaki stropowe, pustaki kominowe, paleta z workami cementu i pustaki porothermu. No i do tego kupa piachu na środku. Wolny jest zaledwie kawałeczek placu, na ukos, między paletami. Tam pan Jarek wymyślił „wypakowanie” stempli i ten fragment placu polecił posprzątać swoim chłopakom. Oni  uprzątnęli leżące tam jeszcze dziś rano belki stropowe, przenosząc je w głąb działki, za dom. Jednak teraz okazało się, że to niewiele dało. Miejsca wciąż jest zbyt mało. 





Pan Jarek spodziewał się, że stemple będą zrzucane z samochodu–wywrotki. Obawiał się, żeby spadające bale nie poleciały na pustaki w sposób niekontrolowany. 
- Bo jak zacznie kipować, to bale polecą. Żeby nam tych pustaków nie roztrzaskali. No kurde ciasno, ciasno! – martwił się pan Jarek.
Poustawiał więc prowizoryczne zabezpieczenia z pustych palet, którymi obstawił na sztorc materiały budowlane. Wiedział, że nad spadającymi z auta okrągłymi stemplami nie da się za bardzo zapanować. I miał rację.


Kierowca zaczął podnosić przyczepę, żeby stemple zsunęły się tylną burtą. Patrzyliśmy na to z przerażeniem. Miejsca było stanowczo za mało. Wiedzieliśmy już, że puste palety oparte o pustaki nie są w zasadzie żadną ochroną. Pomimo, że kierowca szarpał podniesioną przyczepą w górę i w dół, próbując strząsnąć bale, drewno się zablokowało. I całe szczęście! Nieokorowane stemple nie chciały się ześlizgnąć z auta, choć przyczepa była uniesiona pod kątem ponad 45 stopni. Gdyby to spadło, nasze pustaki stropowe zostałyby potłuczone jak nic! Oj, wyobraźnia nie jest mocną stroną kierowcy. Aż dziw bierze.  





Cóż, tak nie pójdzie. Kierowca był niemal załamany. Nie było innego wyjścia, jak rozwiązać przynajmniej jedną wiązkę drewna i zrzucić część stempli z samochodu ręcznie. „Jak się trochę poluzuje, to może reszta się jakoś łagodnie ześlizgnie” – mówił facet. Może???!!!!


Kierowca klął pod nosem, że na koniec zmiany musi jeszcze zrzucać ręcznie 150 stempli, ale nie było innego wyjścia. Facet opuścił przyczepę, odjechał nieco w stronę ulicy, aby zrobić miejsce na zrzucanie stempli i zgasił auto. Potem założył rękawice, wlazł na przyczepę i zrzucał po kolei na ziemię pojedyncze bale. Marek porządkował je na ziemi w równy stos, żeby belki leżały równolegle. Jest ich za dużo i nie zmieściłyby się leżąc jakkolwiek. Porządek jest po prostu koniecznością.

Po zrzuceniu ręcznie około 30 belek kierowca ponowił próbę skipowania reszty drewna samochodem. Tym razem się udało. Belki zsunęły się, do połowy długości, wraz z częścią desek pod nimi. Kierowca odjechał nieco samochodem i prawie cały transport bali znalazł się na ziemi, dokładnie w bramie. Pół ich długości leżało na działce, a pół na chodniku.


Pięknie. Teraz czeka nas wrzucenie tego wszystkiego, ręcznie, na działkę. Resztę desek, która została na samochodzie, kierowca zrzucił już na chodnik i jezdnię. Na działce nie było ani odrobiny wolnego miejsca. Oczywiście za domem jak najbardziej. Miejsca dużo. Tylko dopóki nie przebudujemy zjazdu, nie usniemy drzewa i nie przestawimy toj-toja,  nijak nie da się tam wjechać.

Zapłaciłam za ten interes 1470 zł i pan odjechał, zostawiając nas z deskami i balami na ulicy, na chodniku i centralnie w bramie, której w takim stanie nie dało się zamknąć.

I wtedy zjawił się sąsiad Wojtek, który ochoczo zaproponował pomoc:
- Pomogę wam, to raz dwa się to wrzuci – zaćwierkał wesolutko. No wariat. Nie ma co robić, czy jak? Ale  to miło, że przyszedł! Wojtek to świetny facet.
Razem z Markiem i z naszym starszym synem zaczęli przerzucać belki i deski z ulicy i chodnika w głąb działki. Napocili się przy tym nieźle, aż mi ich było żal. Niestety, nie pozwolili mi pomagać. 
- To nie jest robota dla bab. Ty sobie rób te swoje zdjęcia i nie przeszkadzaj.
No to robiłam. I nie przeszkadzałam.

Wojtek przejął dowodzenie. Powbijał w ziemię pionowo kołki zabezpieczające bale przed sturlaniem się ze sterty, "żeby nikomu nie spadło na nogi", i dyktował gdzie co kłaść. On to jednak lubi.




Stempli i desek jest tak dużo, że zawalają całe wejście. Obecnie na działkę nie da się wejść ani z niej normalnie wyjść. Żeby się wydostać na ulicę musieliśmy wgramolić się na szczyt sterty, a to niełatwe, gdy okrągłe bale turlają się spod nóg. Jakoś daliśmy radę, choć ja z trudem, prawie skręciłam nogę.

Żeby móc zamknąć bramę, której jedno skrzydło otwarte było do środka działki, trzeba było je zdjąć z zawiasów. Marek z Wojtkiem sprytnie przenieśli przęsło przez stos i nadziali je na zawiasy z drugiej strony. Teraz bramę dało się zamknąć. Uff!
Jutro pan Jarek i jego ekipa będą zaczynać dzień od sprzątnięcia stempli i desek z przejścia.




Dziś pan Jarek opowiedział nam, jak będą wyglądać schody. Okazało się, że pod biegami (czyli pod schodkami) cała przestrzeń została przewidziana przez naszego architekta na schowki. W projekcie jest ich dwa. Jeden mały, z niskim wejściem od strony spiżarki (to dziupla Karola), drugi duży, do którego będzie się wchodzić na stojąco. A więc żadnych strat przestrzeni. Super! Na rysunkach i szkicach tego nie wyłapałam. Nawet pan Jarek pochwalił, że fajnie to wymyślone. Odkurzacz, deska do prasowania, drabina i suszarka na pranie – wszystko bez problemu zmieści się pod schodami. I wiele innych rzeczy też. To ważne, zwłaszcza że nie mamy piwnicy. Upychanie deski do pracowania między segmentem a kaloryferem nie jest fajne i cieszę się, że mnie to nie spotka.
I tak oto rozwiązał się mój dylemat, gdzie będę trzymać maszynę do szycia.

Oj, duży ten dom. Nie wiem, czy nie za duży.
Salon też zaczął mi wyglądać na spory :)

poniedziałek, 1 września 2014

36. Ścianki działowe ciąg jeszcze dalszy

2013-08

Prawie już widać wszystkie pomieszczenia. Prawie, bo część ścianek jest zrobiona do połowy wysokości. Niemniej kształty pomieszczeń są już poodcinane, wydzielone z jednej dotąd, dużej płaszczyzny. Nadal nie wiem, czy salon nie będzie zbyt mały. Patrzę na niego i patrzę i nijak go nie widzę. Wyobraźnia mi się zablokowała czy co?


O pokojach chłopców nawet boję się myśleć. Te wydają mi się kategorycznie zbyt małe. Pan Jarek mnie pocieszał:
- Nie są za małe. To tylko tak się wydaje, bo nie ma sufitu. Jak dojdzie strop wrażenie będzie zupełnie inne. Zawsze tak jest - powiedział całkiem sporo słów na raz! Widocznie rozczuliło go moje zmartwienie.
- A salon? Też mi sie wydaje mały?
- Mały? To ma być mały salon? Ogromny jest! Zbudowałem już kilkadziesiąt domów i niech mi pani wierzy, że rzadko spotykam tak duże salony jak ten.

Wchodziłam dzisiaj do tych mikro-pokoików niemal na czworaka, bo wejścia zastawione były rusztowaniami. Musiałam się przeczołgiwać pod stelażem, między szczebelkami metalowych konstrukcji.  Wybrudziłam się przy tym nieźle czerwonym pyłem leżącym na posadzce. Ale cóż, musiałam zaspokoić swoją ciekawość. Samo zaglądanie do pokoi z zewnątrz przez okna nie pozwalało mi ocenić ich wielkości. 


Od środka faktycznie nie wygląda to najgorzej. Pokoje mają ok. 10,5 m2 każdy, a ich kształty pozwalają na logiczne ustawienie łóżka, szafki nocnej, biurka, szafy i biblioteczki. A przecież o to tylko chodzi, więcej nie potrzeba.

Przypomniał mi się mój mały pokój, który w dzieciństwie dzieliłam z bratem. Jego wymiary to 2,2 na 3 metry, czyli powierzchnia 6,6 m2. I mieszkało się jakoś w tym przyciasnym bloku, dzieląc imitację pokoju z rodzeństwem.. Nie było innego wyjścia.
Tak więc pokoje chłopaków są jakie są, inne nie będą. Prawdę mówiąc bardziej zależy mi na przestrzeni w salonie, bo jak znam życie tam właśnie będzie toczyć się życie. 10 m2 na jedną osobę, do przespania się w nocy i odrobienia lekcji w dzień, powinno wystarczyć. Żeby tylko ten salon nie był za mały, kurcze!

Dziś przywieźli strop. Belki zbrojone i pustaki stropowe. Pustaki są keramzytowe, 12-kanałowe. Pan Jarek powiedział, że to dobrze, że 12-kanałowe a nie np. 2-kanałowe, bo ponoć im więcej kanałów tym pustak mocniejszy:
- Na ostatniej budowie robiłem strop z 3-kanałowych. Potrafiły pęknąć pod ciężarem stóp, gdy się po nich chodziło. Kruche toto strasznie było. Aż strach pomyśleć, co się stało z tymi pustakami pod naporem betonu przy zalewaniu. Dobrze, że kupiliście lepsze.







Strop rozpakowany został bezproblemowo przy użyciu jakże użytecznego systemu hds. Pan kierowca-operator wykazał się wielką wprawą w precyzyjnym ustawianiu ciężkich i bujających się w powietrzu palet załadowanych tonami materiałów. Brawo. 

Dziś dostaliśmy od pana Jarka "krótką rozpiskę". Potrzebne są gwoździe, kołki rozporowe, złącza śrubowe, czyli takie nagwintowane pręty, śruby i podkładki. Zakupy faktycznie drobne - koszt 200 zł. Pręty będą potrzebne do zalewania wieńca, czyli oczywiście nie mam pojęcia do czego, ale jak zobaczę, to napiszę. 


Musieliśmy też załatwić transport jednej palety pustaków. Pan Jarek niedoszacował ilości pustaków potrzebnych na ścianki działowe parteru i przy poprzednim transporcie zamówił o jedną paletę za mało. Nie możemy niestety przywieźć wszystkich zakupionych pustaków od razu, bo na działce przed domem jest za mało miejsca i nie ma ich gdzie składować. Dlatego wozimy na raty. 
Z przywiezieniem jednej palety nie jest łatwo. Hurtownia niechętnie realizuje takie zachcianki. O zaangażowaniu w to dużego wozu z dźwigiem hds w ogóle nie ma mowy, więc pan Jarek zadeklarował, że wraz z ekipą rozładują te pustaki z palety, z samochodu, sami, ręcznie. Kierowca w składzie budowlanym, po naszych usilnych prośbach, zgodził się na przywiezienie tej nieszczęsnej pojedynczej palety:
- Ale piwo musi być za ten ekstra transport. Bez piwa to powiem pani że się tego nijak nie da zrobić - śmiał się facet. 
Dostał czteropak i podziękowania, bo naprawdę jechał specjalnie do nas, z jedną jedyną paletą. Za to ścianki działowe rosną. 




Pan Jarek trochę dziś narzekał na architekta, że "narysował sobie cwaniak tyle narożników, ścianek i pierdół, jakby nie mogło być to prościej. Łatwo się rysuje, trudniej wykonuje". Ale mnie się te ścianki bardzo podobają. Pan Jarek najchętniej zwiększyłby łazienkę kosztem sypialni, żeby ścianka się nie załamywała. Ale wtedy nie miałabym w sypialni wnęki na szafę - a to absolutnie wykluczone. Cóż, panowie pracują na całkowicie innych etapach budowy i niestety mają pewien konflikt interesów.

Według nas jak na razie architekt nie dał plamy. Może poza tym jedynie, że zaprojektował dach, jakby miały na nim leżeć dwie warstwy dachówek ceramicznych, a nie lekki gont. Za radą pana Jarka, po potwierdzeniu jego racji przez kierownika budowy, krokwie trochę odchudziliśmy i zamówiliśmy cieńsze, niż przewidywał projekt. Zamiast krokwi o wymiarach 0,22 m x 0,08 m będą 0,18 x 0,08. Pan Jarek twierdzi, że to i tak za dużo. W tartaku potwierdzili - bo spytałam - że taka więźba jaką zamówiliśmy nawet dachówkę ceramiczną utrzyma z zapasem, a co dopiero gonty.

Foto: Rozpiska więźby dachowej.


Co do konstrukcji dachu pan Jarek zaproponował jeszcze jedną poprawkę po architekcie. Mianowicie żeby dostawić w środku na poddaszu dwa dodatkowe słupy podpierające belkę poprzeczną. "Wtedy dach będzie na pewno sztywny i dobrze podparty" - tłumaczył. Oczywiście zgodziliśmy się bez zastrzeżeń. Skoro Pan Jarek robi dach to wie, jak najlepiej go podeprzeć. A rysunek to tylko rysunek.

Kierownik budowy pojawił się na działce wczoraj (nas przy tym nie było) i zapowiedział panu Jarkowi, że w piątek wyjeżdża na urlop, na dwa tygodnie. Oznacza to, że jeśli kierownik chce doglądać osobiście zbrojenia stropu przy wieńcu przed zalewaniem betonem, to budowa stanie na ponad tydzień. Panu Jarkowi, no i nam oczywiście, to całkiem "niewsmak".
Pan Jarek poprosił mnie więc, czy bym nie zagadała z tym kierownikiem, żeby nie było przestojów. Zadzwoniłam do Krzyśka i zaproponowałam, żebyśmy w czasie jego urlopu porozumiewali się mailowo. Jak zbrojenia będą powiązane, zrobię szczegółowe zdjęcia albo nagram filmik i wyślę mu materiał do akceptacji. Krzysiek oczywiście się zgodził. Powiedział, że ma teraz wielkie urwanie głowy, prowadzi kilka budów jednocześnie i wcale mu się pali, żeby wszędzie być osobiście.
Krzysiek przystał na moją propozycję zastrzegając, że jeśli zdjęcia mu nie wystarczą, to podeśle na budowę kolegę, jakiegoś innego kierownika, który zobaczy na żywo co i jak i ewentualnie zatwierdzi albo wstrzyma prace. Tak się umówiliśmy, więc ku uciesze pana Jarka przestojów prawdopodobnie nie będzie.
Krzysiek powiedział też:
- Ten wasz majster jak dotąd robi wszystko z głową, to jest szansa, że zbrojenia też dobrze pójdą. Bo jak ktoś mysli, to od razu widać. No, ale sprawdzić muszę zanim zaleją. Pilnuj tego, żeby nie zalewał dopóki nie zatwierdzę, ok.?
- Ok.

Słyszałam o bardzo wielu budowach, na których kierownik nie pojawił się ani raz. Wypełnił tylko dziennik budowy, podpisał papiery gdzie było trzeba i zainkasował gażę "za nadzór". Cieszę się, że Krzysiek tak nie robi i faktycznie sprawdza, jak i co jest robione.
Jutro mam zawieźć na działkę dziennik budowy. Krzysiek przed wyjazdem chce porobić w nim zaległe wpisy, bo dom już do połowy zbudowany a w dzienniku nie wszystko jest odnotowane. Podobno za nieprawidłowe prowadzenie dziennika budowy, w tym za brak wpisów o postępie prac, kierownik może dostać mandat. Krysiek o tym dobrze wie więc pilnuje papierków.




Pan Jarek poinformował nas, że z jego strony w zasadzie to już koniec wydatków. Skoro kupiony jest komin, strop, stemple i rygi oraz więźba dachowa, to dojdzie jeszcze tylko zalewanie stropu, płyty OSB na dach i papa. Uff! Co za ulga wiedzieć, że kasa nie skończy nam się w połowie piętra!

Najgorzej było na początku budowy, gdy codziennie dowiadywałam się o nieplanowanych przez nas zakupach albo gdy ceny materiałów przerastały nasze szacunki. Zaczęliśmy budowę nie wiedząc tak naprawdę, jakie materiały i ile przyjdzie nam kupić. Szybko się przekonałam, że zakup pustaków to kropla w morzu wydatków. Wreszcie mamy spojrzenie na całość i wreszcie wiemy, co nas jeszcze czeka – przynajmniej na etapie stanu surowego otwartego. 

Wszystko nam się uda :)