Dom

Dom
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zbrojenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zbrojenie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 marca 2017

79. Miksokret, czyli nie wylewki a wysypki

2014-06-27

Dawno temu, w erze sprzed budowy domu, wielokrotnie bywałam świadkiem rozmów prowadzonych przez osoby wtajemniczone:
- Jakie robiłeś wylewki, z miksokreta czy jastrychowe?
- Jastrychowe, bo mam podłogówkę.
- A jakie robiłeś stropy, teriwa czy monolity?
- Monolity, bo mam antresolę.

Hmm, o czym oni gadają, zastanawiałam się. Co to jest ten miksokret? Wyobrażałam sobie, że robienie wylewek polega na wylaniu płynnego betonu na podłogę, której powierzchnia jest ograniczona deskami szalunkowymi, aby beton nie rozlał się tam, gdzie nie powinien – i już. Tafla sama się poziomuje, bo jest półpłynna, zastyga, i wylewka gotowa.

Ja, w swej naiwności, sądziłam nawet przez chwilę, że może wylewki zrobimy sami. No bo co to za sztuka kupić gotowy materiał w workach, wypożyczyć betoniarkę i zrobić szalunki? Ale to było kiedyś. Dziś wiem, że samodzielne zrobienie wylewek jest niemożliwe.

Gdy zaczęliśmy zgłębiać temat wylewek okazało się, że wylewki jastrychowe odpadają na starcie, ponieważ są za drogie. Dowiedziałam się tylko na ich temat tyle, że kosztują około 50 zł/m2 i że są zalecane na powierzchniach z ogrzewaniem podłogowym, ponieważ podobno lepiej od innych typów wylewek oddają ciepło. Jak się je technicznie wykonuje – nie wiem.

Gdy pytałam o opinię na temat wylewek jastrychowych kilku pracujących na naszej budowie fachowców, wszyscy kiwali głowami, krzywili się i lekko cmokali:
- No niby piszą, że jastrychy przy ogrzewaniu podłogowym lepsze, ale czy ja wiem? Jak dla mnie to jest wyciąganie kasy. Nie widzę specjalnej różnicy.

Marek, jako dyplomowany magister fizyki, zrobił mi wykład na temat bezwładności cieplnej, zasady zachowania energii i bilansu energetycznego. Mało z tego zrozumiałam ale zapamiętałam morał:
- Sranie w banie - zaczął małżonek - Różnice w przewodzeniu i oddawaniu ciepła mogą wystąpić, owszem, ale tylko w pierwszej fazie nagrzewania. Jak się już rozbuja, to jest to samo. Skoro jastrych szybciej przyjmuje, to i szybciej oddaje. A skoro zwykła wylewka wolniej przyjmuje ciepło, to znaczy że ma większą bezwładność i że również wolno będzie ciepło tracić. A bilans musi być taki sam, kwestia rozłożenia procesu w czasie – tak twierdzi mój osobisty fizyk.

Ale o czym ja w ogóle piszę. Nie będzie jastrychu i koniec. Po pierwsze nie mamy ogrzewania podłogowego w całym domu, a jedynie w łazience na dole w wiatrołapie, a po drugie mam inne pomysły na wydawanie pieniędzy.

No więc miksokret. Ciekawe, co to za licho?

Wybraliśmy wykonawcę, który został nam polecony przez naszego dekarza.
Pan Arek przyjechał na budowę, obejrzał dom, pomierzył z grubsza powierzchnię przy pomocy stalowej taśmy mierniczej. Przez chwilę negocjowaliśmy cenę. Ostatecznie umówiliśmy się na cenę ryczałtową za całość – czyli za robociznę i materiał razem. Na nasz dwupoziomowy dom o powierzchni podłóg 212 m2 (trochę na klatkę odejdzie) ustaliliśmy cenę 6200 zł.

Zgodnie z zaleceniem pana Kukułki hydraulika zaznaczyłam, że w łazience i w przedpokoju, a więc w pomieszczeniach, gdzie rozłożone jest ogrzewanie podłogowe, koniecznie do betonu musi być dodany plastyfikator. Na to pan Arek odpowiedział:
- Proszę pani, ja robię całość plastyfikowaną, bo wtedy mam gwarancję, że nic nie popęka. Daję też podwójne zbrojenie, z metolowej siatki raz, z włókna dwa. Pani się nie martwi, wszystko będzie zrobione jak się należy. I taśmy dylatacyjne będą, i szczeliny dylatacyjne też będą.

No dobra. Cokolwiek to znaczy.

Zbrojenie z siatki stalowej w miarę kojarzę, widziałam takie ustrojstwa w składach budowlanych. Ale ciekawe, na czym polega to zbrojenie z włókna. Czy będą zatapiać w betonie jakąś tkaninę? No i te szczeliny dylatacyjne – chyba ważna rzecz, choć nie wiem, jak się je wmontowuje w posadzkę.

Pan Arek wziął klucz od kłódki, którą zamykana jest brama, na łańcuch, i powiedział, że za dwa dni przywiozą piach, a za trzy dni przyjadą z maszyną i zaczną „robić”. Powiedział też, że z robotą zejdzie im dwa dni. Jeden dzień poddasze – i od niego zaczną, a drugi dzień parter.

Dwa dni i już? Super!

Dziś wiem, że dwa dni to początek zabawy. Owszem, ekipa skończyła i odjechała błyskawicznie, tylko że potem przez – uwaga – półtora tygodnia – trzeba było te wylewki polewać wodą dwa razy dziennie, a przy upałach nawet częściej. Więc czas niezbędny do wykonania wylewek to minimum 2 tygodnie.

- I niech pani naprawdę nie lekceważy tego podlewania, bo jak beton za szybko wyschnie, to z wierzchu będzie się wydawał twardy, a pod spotem będzie miał, tylko rozeschnięty, kruchy piach. I nic z tego nie będzie, bez podlewania to wyrzucone pieniądze – instruował nas pan Arek.

Tu wtrącił się wysoki pracownik pana Arka, który mówił do mnie „szefowa” i sypał dowcipami jak z rękawa:
- Szefowo, bo beton trzeba traktować jak alkoholika. Trzeba mu zawsze dać pić i nie dać mu wyschnąć.

No to instrukcje mamy. Oczywiście zastosujemy się.
Ależ my się na tej budowie napielęgnujemy, to chyba sobie niedługo czepki pielęgniarskie sprawimy :)

Najpierw przyjechał piach. Kierowca miał kluczyk od pana Arka, ale szczęśliwie zastał nas na działce, więc mogłam porobić zdjęcia hi hi.

Wysypał wywrotkę piachu „na ganku”, między słupami. Zawalił całe wejście. Dużo tego! Pogadał z nami chwilę i powiedział:
- Dobra, to ja jadę po resztę, jeszcze pół wywrotki. Razem 36 ton.
- Co? Aż tyle? Przecież nam się strop zarwie od samego piachu. Poza tym tu się już więcej nie zmieści, gdzie pan to wysypie?
- Zmieści się, zmieści. Najwyżej zajmiemy trochę chodnika i nie zamkniemy bramy.
Brama zresztą była już zdjęta z zawiasów, bo nasz wjazd na działkę jest oczywiście za wąski dla normalnych ciężarówek.











W dniu rozpoczęcia prac wylewkowych pojechaliśmy na działkę na godzinę ósmą rano, żeby otworzyć robotnikom dom. Klucza postanowiliśmy więcej nie udostępniać obcym ludziom, choćby im dobrze z oczu patrzyło. Zbyt wiele osób będzie się przewijać przez nasz dom. Dwa dni jakoś damy radę bywać.

Chwilę czekaliśmy na ekipę. W tym czasie postanowiłam zabezpieczyć nasze piękne, nowe drzwi wejściowe przed ewentualnymi uszkodzeniami mechanicznymi. Strzeżonego, jak to mówią … no, wiadomo. Lepiej, żeby moje nowe futryny pozostały nowe.

Na progu leży kawałek folii fundamentowej – i dobrze, niech leży. Niech robotnicy depczą gumę zamiast lakierowanego drewna. Na futryny z obydwu stron założyłam natomiast nakładki z grubej tektury, którą wycięłam z opakowania po otulinach hydraulicznych. Pudło było długaśne, więc tektury wystarczyło na zabezpieczenie całej wysokości. Pozaginałam je w odpowiednich miejscach, aby przylegały do futryn, przykleiłam je taśmą do drzwi owiniętych folią streczową, a z drugiej strony Marek przytwierdził tekturę do muru gwoździem. Trzyma się pięknie. Drzwi otworzyliśmy na oścież, blokując je deską przed samoczynnym zamykaniem się i gotowe. Panowie mogą teraz swobodnie wnosić sobie worki z cementem, łopaty albo inne cudaki i raczej naszych drzwi nie zarysują.



Ekipa przyjechała samochodem dostawczym z otwartą paką. Na pace spakowane były siatki zbrojeniowe, listwy dylatacyjne (czyli takie białe taśmy z miękkiej pianki zwinięte w duże kręgi), łopaty, beczka, wąż i czort wie co jeszcze. Za autem jechała przypięta na hak do holowania żółta maszyna. To sprawca całego zamieszania, ów tajemniczy miksokret.





Mikstokret działa na ropę, warczy przy tym potwornie głośno i dymi spalinami. Niestety, sąsiedzi przez te dwa dni nie mieli lekko. Bardzo przepraszamy.

Obok maszyny stanęła plastikowa beczka na wodę, wiaderko, kanister z ropą, kanister z plastyfikatorem i woreczki z – jak się okazało – zbrojeniem włóknistym.






Plastyfikator to płynny dodatek do betonu, wlewa się go, w odpowiednich proporcjach, których nie znam, do zaprawy wyrabianej przez warczącego miksokreta.

Zbrojenie włókniste to nie żadna tkanina, jak początkowo sądziłam, ale syntetyczne, miękkie włókna, przypominające nieco gęsie pierze, w zasadzie puch. Włókna te składały się z drobnych niteczek. Pan operator od miksokreta wyjaśniał mi, że włókna wsypuje się do zaprawy, one się w niej równomiernie rozsypują na kosmyki i dzięki temu wiążą dodatkowo beton włóknistą strukturą nitkowych, syntetycznych połączeń. Ot, cała filozofia zbrojenia włóknistego.


Panowie przyjechali do pracy we czterech. Szef, pan Arek, harował przy łopacie na równi ze swoimi pracownikami. Świetnie posługuje się łopatą, ale jeszcze lepiej butami. Górki zaprawy o wiele szybciej i precyzyjniej zagarniał nogą z kopniaka bokiem stopy, niż łopatą. Jeszcze nie widziałam takich cudów, żeby kilkoma kopniakami rozsypać zaprawę na powierzchni kilkunastu metrów kwadratowych, i to równo! Kopanie perfect! Szybciej i skuteczniej niż łopatą.

Każdy z panów miał co robić. Oj miał! Jeden pan zajmował się produkowaniem „materiału”. I tu dochodzimy do sedna sprawy, co to są te wylewki z miksokreta. Otóż wylewki to po prostu wysypki! Bo się je wysypuje a nie wylewa. Wiem wiem, też byłam zdziwiona.

A więc pan obsługiwał żółtą, warczącą maszynę. Przez okrągły wlot z otwartym włazem, jak przy czołgu he he, wrzucał do niej kilka odliczonych łopat piachu. Potem ze stojącej obok beczki nabierał wiadro wody, wlewał do niego kubek plastyfikatora oraz wsypywał kubek puchowego włókna i całość zawiesiny wlewał do "włazu" maszyny. A tam się wszystko trzęsło i bulgotało. Na koniec dosypywał pół worka cementu. I tak bez przerwy. Piach, woda. plastyfikator, puch, cement. Piach, woda. plastyfikator, puch, cement. Piach, woda. plastyfikator, puch, cement. Nudne i męczące zajęcie. Za to pan miał ładne muskuły i z pewnością nie zapłacił za siłownię ani złotówki.

Z dużej maszyny zwanej miksokretem wychodził gruby, gumowy wąż, o średnicy jakieś 10 cm. Wąż ten pociągnięty był na górę domu, a jego wylot przytwierdzony był do „garnka” ustawionego na trójnogim stojaku.

Maszyna po zmieszaniu piachu, cementu, wody i dodatków pompowała uzyskany materiał przez owego węża, do góry, aż do wylotu, czyli do "garnka". Garnek miał dziurawe dno, więc materiał wysypywał się z niego na podłogę, usypując kopce.





Kopce te wyglądały identycznie jak kretowiska. Podejrzewam, że stąd właśnie wywodzi się nazwa MIKSO – KRET. Najpierw miksuje, potem zostawia kopce - niczym kret. Panowie musieli co chwilę przestawiać garnek z miejsca na miejsce, aby kopce rozłożyć mniej więcej na całej powierzchni pomieszczenia, a nie tylko w jednym miejscu. Zresztą, jak spod gara wylatywało za dużo materiału , to kopiec zaczynał go unosić i wszystko się wywalało.

Proces usypywania krecich kopców przebiega dość żywiołowo. To prawie jak kataklizm. Maszyna potwornie warczy, więc jest głośno i trzeba do siebie krzyczeć. Wąż, przez który tłoczona jest ciemna zaprawa w konsystencji mokrego, gęstego piachu, lata jak szalony. Cały skacze, drga i wierzga. Raz prawie mnie zrzucił ze schodów! Panowie próbują okiełznać potwora. Co kilka metrów przywalają go dwoma workami cementu, czyli kładą na nim 50 kilo ładunku, żeby przygwoździć go do podłogi i żeby tak nie skakał. Często też na wężu stają. A on mimo to wierzga i przepompowuje zaprawę. Oprócz hałasu i skaczącego węża z „gara” wydostaje się mnóstwo kurzu. Kopce się sypią, a wraz z nimi pompowane jest sprężone powietrze, które dmucha w materiał i rozpyla dookoła drobinki kurzu i piachu. A gdy kończy się partia tłoczonej zaprawy, na koniec tłoczone jest samo sprężone powietrze, i wtedy wszystko syczy i z „gara” wydostaje się sam kurz.

No po prostu syf i brud! Nie dość, że na nasz piękny, biały, czyściutki styropian, tak pieczołowicie układany i docinany między rurami wodnymi, wysypuje się prawie brudne błoto, to jeszcze tyle kurzu! Załamka :)

Kopce się sypią, "garnek" przestawiany jest z miejsca na miejsce, a dwóch panów w tym czasie rozgarnia kopce po całej powierzchni domu. Jeden młody, szczupły i sprytny chłopak wysyła łopatą długie równe bryzgi zaprawy, a szef robi to samo z buta, przy czym szef jednorazowo zasypuje większą powierzchnię niż młody!

Gdy panowie rozgarnęli z grubsza pierwszą warstwę „mokrego piachu” w pierwszym pomieszczeniu, garnek został przeniesiony do drugiego, i tam do akcji rozgarniania przystąpił trzeci pan, czyli czwarty, bo trzeci cały czas zasypywał miksokreta piachem, cementem i wodą.

Teraz pan Arek zajął się rozkładaniem na ścianach, tuż przy posadzce, taśm dylatacyjnych. Rozwijał białą, miękką taśmę piankową, zagarnywał dłonią „piach” usypany z gara i przysypywał nim taśmy, aby przylegały do ścian i nie przewracały się. Wszystko robił w pozycji klęczącej, nie kucał, tylko łaził po mokrym brudnym „piachu” na kolanach. Pomimo lekkiego brzuszka był bardzo sprytny i żwawy w tej robocie. Rach ciach i taśma dookoła ogromnego pomieszczenia rozwinięta.

Panowie założyli do tych prac klęczących specjalne, gumowane spodnie, a raczej nakładki na spodnie, jakby szerokie getry chroniące całe łydki i kolana. Bez tych ochraniaczy szybko nabawiliby się reumatyzmu, bo jak się okazało przeważającą większość czasu spędzają klęcząc w mokrym „piachu”.

Gdy kretowiska zostały z grubsza rozsypane w całym pomieszczeniu, a listwy dylatacyjne przylegały do ścian, przyszedł czas na układanie stalowych siatek. Zostały one rozłożone na całej powierzchni rozsypanego w pierwszej warstwie „piachu”. Następnie znów przyszedł czas na kretowiska. Rura znów poszła w ruch i zaczęła tłoczyć zaprawę, szamocząc się na całej długości. Chodziło o to, aby rozłożone, stalowe siatki przykryć kolejną warstwą "piachu". Zbrojenie miało się znaleźć mniej więcej w połowie grubości wylewki.



Trzeba przyznać, że panowie przygotowani byli do pracy perfekcyjnie. W trosce o nasz styropian oraz o ogrzewanie podłogowe, na podłodze rozciągnęli dywany, a na nich ułożyli deski tworzące ścieżki do chodzenia. Oczywiście tylko w miejscach newralgicznych. Dywany były brudne jak diabli, całe uwalone piachem i cementem. Ale były i chroniły rurki od podłogówki oraz styropian przed butami robotników i wierzgającą wciąż rurą.

W miejscach narażonych na urazy mechaniczne, przez które panowie ciągle musieli przechodzić albo na których leżała skacząca rura, a na które zabrakło dywanów, panowie rozciągnęli tektury z pudeł kartonowych, jakie zostały na naszej budowie po sedesach albo innych kupowanych sprzętach. Tak więc gdy wnosili na górę siatki, taśmy, łopaty albo worki z cementem, żeby przywalić nimi nieznośną rurę, nie było obaw, że zdepczą i rozwalą styropian albo podłogówkę. Podobała mi się ta dbałość.









Poza dywanami panowie mieli ze sobą sporo różnego rodzaju szmat, na przykład mocno brudną, podartą i wymazaną w cemencie koszulę nocną, w różyczki. Obwiązywali tego typu szmatkami skaczącą rurę w miejscach, gdzie mogłaby ona wyrządzić jakieś szkody, na przykład podrapać futrynę. Wprawdzie i próg i futryny sami zabezpieczyliśmy przed przyjazdem ekipy, ale szmaty i tak się przydawały.

Panowie są zaprawieni w tej brudnej robocie. Mają umorusane ciuchy, więc klękają i siadają gdzie popadnie nie patrząc, gdzie jest czysto a gdzie piach. W przerwach kładli się na wznak na ciepłym, białym, ale ukurzonym przecież i nieco zdeptanym styropianie, i odpoczywali w pozycjach na luzaka, pijąc kawę i jedząc kanapki.


Aaaa, zapomniałam napisać, że panowie całą robotę zaczęli od rysowania kresek na ścianach. Dysponowali elektroniczną poziomicą z laserowym, czerwonym wskaźnikiem. Najpierw coś tam sobie pomierzyli, coś pikało, a potem dookoła całego domu, na ścianach, na wysokości ok. 30 cm nad posadzką, narysowali ołówkiem poziome kreseczki. Wszystkie kreski, rozmieszczone co kilkadziesiąt centymetrów, były na jednym poziomie. Potem przekonałam się, że stanowiły one punkt odniesienia – to właśnie do nich dociągana była i wyrównywana wylewka.

Ciąg dalszy nastąpi. 

piątek, 21 listopada 2014

44. Płukanka i przesypownia kruszyw

2013-09

Pan Jarek polecił załatwić płukankę. Nagle okazało się to bardzo pilne. Zapomniał powiedzieć o tym wcześniej więc po raz kolejny mamy nóż na gardle i musimy działać błyskawicznie.
- Jaką znowu płukankę panie Jarku? – spytałam całkiem pogubiona.
- No, normalną, taką nie za grubą, od 8 do 16. Tonę tylko. Tona wystarczy.


I to niby miało wyjaśniać sprawę.
- A co to jest ta płukanka? Bo prawdę mówiąc pierwsze słyszę – przyznałam szczerze.
- Żwir! Żwir po prostu. Tylko że czysty, płukany znaczy się. No płukanka zwykła – śmiał się pan Jarek.
- Aaaaaa, a ha. W życiu bym na to nie wpadła.

Żwir zostanie dodany do zaprawy. Dosypią go do betoniarki, w której mieszany będzie beton do zalewania nowego wieńca oraz pionowych słupów łączących się z wieńcem. O jakie słupy chodzi – jeszcze nie wiem, ale cierpliwości. Żwir ma zmienić strukturę betonu i spowodować, że będzie on wyjątkowo mocny.

Potrzebna na naszą budowę ilość żwiru to jedna tona. Materiał ma być dostarczony już jutro, bo w przeciwnym razie panowie staną z robotą, a taka sytuacja jest dla pana Jarka nie do zniesienia.
Grubość żwiru ma wynosić od 8 do 16 mm. Fachowo to się nazywa frakcja 8 – 16 mm. Chodzi po prostu o średnicę kamyczków składających się na żwir. Teraz jasne.

Pan Jarek przekazał nam karteczkę z telefonem do faceta, który załatwia żwir. Znając kanały i znajomości pana Jarka z pewnością jest to tanie i pewne źródło, więc oczywiście najpierw zadzwoniłam pod wskazany numer:
- Ile? Tona? Pani kochana, ja nie sprzedaję żwiru na taczki, tylko na wywrotki. To się pani kompletnie nie opłaca. Wie pani ile to jest tona żwiru?
- No …. tona. Żwir raczej ciężki jest, ale nie mam pojęcia, ile to będzie objętościowo.
- Tona to jest tyle, że śmiech. Jak pani to wysypie na kupkę, to zniknie prawie. Ze trzy taczki zaledwie. Nawet nie opłaca się samochodu odpalać - brzmiał głos w słuchawce.

Po chwili rozmowy okazało się, że przywiezienie żwiru na jutro jest niemożliwe. Po pierwsze dlatego, że pan ma zaklepane inne zlecenia i nie wciśnie dodatkowego kursu. Po drugie dlatego, że dla nas transakcja byłaby bardzo nieopłacalna, bo za transport mielibyśmy zapłacić kilkakrotnie więcej niż żwir jest wart. Pan dysponuje wyłącznie ogromnymi samochodami i nie wozi małych transportów. 
- Nawet jakby pani chciała przepłacić, to ja się nie zgadzam. Bo to nieuczciwe by było. Zresztą pilnie się nie da.

Spytałam pana z telefonu, gdzie w takim razie mogę kupić małą ilość żwiru. Pomyślałam, że skoro siedzi w branży, to na pewno ma kontakty, kogoś zna i coś wie. I miałam rację. Pan odesłał mnie do przesypowni kruszywa na ulicę X ale uprzedził, że tam trochę kłopot z zamówieniami. Konkretnego adresu, a tym bardziej telefonu, nie znał. Ale nic to. W dobie internetu sama nazwa ulicy to już dużo. No i dowiedziałam się, że miejsce właściwe do kupowania żwiru nazywa się przesypownią kruszyw. Dotąd sądziłam, że żwir kupuje się w żwirowni. Ale dziś już wiem, że żwirownia to miejsce odkrywkowego wydobywania żwiru i piachu, które niekoniecznie obsługuje detalistów takich jak my, którzy potrzebują zaledwie trzech taczek surowca.  Poza tym najbliższą żwirownię kojarzę w Tomaszowie, więc stanowczo przesypownia w Łodzi na ulicy X wydaje się być lepszym dostawcą.

Jadąc samochodem zaczęłam szukać w Internecie namiarów na przesypownię kruszyw przy ulicy X. Udało mi się znaleźć dokładny adres, jednak telefon tego dnia nie współpracował najlepiej z Internetem. Co chwilę zrywało połączenie, przesył 3G strasznie ślimaczył i do namiarów telefonicznych ani mailowych nie dotarłam. 

Podjechaliśmy więc pod wyszukany adres. Okazało się, że to znajome dla nas miejsce. Przejeżdżaliśmy tamtędy wielokrotnie, jednak nigdy nie zwróciliśmy na nie uwagi. Kto by pomyślał, że te kupy kamieni, stosy betonowych płyt, kopce piachu i głazów to "sklep" ze żwirem. Zawsze myślałam, że to jakiś opuszczony plac budowy, albo raczej inwestycja zaniechana, ogromny zdegradowany teren, który ktoś zapomniał uporządkować, gdzie za chwilę wjedzie ciężki sprzęt, wszystko wyrówna, zaora i posieją trawę.

Zjechaliśmy z asfaltu w polną, nieutwardzoną i rozjeżdżoną ciężarówkami drogę. Same doły i kałuże, aż strach, by nie zaryć podwoziem o glebę i czegoś nie urwać. 
Ale nic, jedziemy. Gdzieś tu powinna być firma, jakaś administracja lub choćby budka strażnika – adres przecież dobry. To musi być tu. 
Dookoła widać tylko żwir, kamienie i inne kruszywa zeskładowane w hałdy na ogromnym jak się okazało terenie. Raczej firma powinna działać. Niestety, w zasięgu wzroku nie było ani jednego człowieka. Nie widać też żadnego budynku. 


Droga stawała się coraz gorsza, kręta i bardziej dziurawa, w dodatku z kałużami i błotem, choć w powietrzu upał. Zapędzaliśmy się coraz bardziej w głąb tego księżycowego, dość nieprzyjemnego krajobrazu, wjeżdżając między kolejne góry piachu. A końca nie widać!
Ogarnął mnie nawet irracjonalny lęk, że w tym miejscu mogą grasować patologiczni mordercy. Gdyby taki nas zaatakował, to przecież nikt niczego nie zobaczy ani nie usłyszy. Idealne miejsce na morderstwo doskonałe. Znajdowaliśmy się zaledwie kilkaset metrów od ulicy, a sceneria jakże inna. Brrr, nieprzyjemnie. 

Wreszcie w oddali, między hałdami piachu i kamieni, ujrzeliśmy pracującą koparkę. Postanowiliśmy podjechać do niej i zagadnąć operatora. 
Po chwili z naprzeciwka nadjechała ciężarówka załadowana piachem. Uff. Czyli Trójkąt Bermudzki to nie jest - pomyślałam z ulgą.  
Marek odsunął szybę i przekrzykując huk silnika ciężkiej wywrotki zapytał kierowcy, gdzie można zamówić żwir. Ten machnął ręką i kazał nam jechać dalej, w głąb. 

No dobra. Jedziemy, ale szybko przekonaliśmy się, że to nie był dobry pomysł. Błoto coraz większe, o wiele za duże jak na możliwości samochodu osobowego. Koła momentami traciły przyczepność i zaczynały buksować na śliskiej glinie. Co gorsza, koparka z oddali zniknęła. Gdzieś odjechała, wjechała w zakręt albo za hałdę i znów znaleźliśmy się na opuszczonej, wymarłej planecie. 
Na szczęście po chwili znów się pojawiła w zasięgu wzroku. Gdy byliśmy dość blisko Marek zatrzymał auto, chciał wysiąść i zagadnąć operatora o biuro tej kompletnie niecywilizowanej firmy. Poza tym może jak się wysiądzie z samochodu, to uda się sięgnąć wzrokiem ponad hałdy i dostrzec tę cholerną administrację! Z perspektywy kierowcy siedzącego za kierownicą w niskim samochodzie niewiele widać. 


Ja postanowiłam nie wysiadać z samochodu. Nie ma mowy! 
Marek wysiadł i natychmiast tego pożałował, bo wpadł w błoto po samą kostkę! Jego jasny, siwy bucik zamszowy z białymi sznurówkami oraz biała skarpeta oblepiły się brązową mazią. Wkurzony nie na żarty natychmiast wsiadł z powrotem do samochodu i przeklinając głośno próbował obetrzeć buta z grubszego błota przy użyciu połowy paczki nawilżanych chusteczek. Efekt oczywiście mierny.
A operator koparki nawet nas nie zauważył i znów sobie gdzie odjechał!

Dość tego. Wróciliśmy na jezdnię, do cywilizacji, i postanowiliśmy poszukać innego wjazdu do tej tajemniczej przesypowni kruszywa. Uznaliśmy, że to niemożliwe, aby składanie zamówień odbywało się w błocie po kolana.

Po chwili jeżdżenia autem w tą i z powrotem wokół placu z hałdami wreszcie udało, się. Na bocznym wjeździe, nieco w głębi, znaleźliśmy budkę z trzema panami. Ci zagadnięci o żwir wręczyli nam karteczkę z numerem telefonu do Działu Zamówień. Uprzedzili jednocześnie, że transport musimy sobie zapewnić we własnym zakresie, bo przesypownia usług transportowych nie świadczy.
Powiedziałam, że nie posiadam wywrotki ani przyczepy, ani nawet haka przy samochodzie, i że muszą nam pomóc zorganizować jakiś transport. Najwyraźniej panowie tego właśnie się spodziewali. Od razu dostałam od nich wizytówkę kolegi, który „załatwia takie rzeczy". Ok., wzięłam, Zadzwonić można.

Panowie kazali nam najpierw złożyć zamówienie w Biurze Obsługi Klienta i dopiero jak Biuro potwierdzi transakcję i zapłatę – będzie można przyjechać po żwir.
Ok. Dzwonimy, żeby złożyć zamówienie. Ale numer nie odpowiada. Po kierunkowym widzę, że biuro znajduje się na drugim końcu Polski, pod Wrocławiem.
Nic, spróbuję za chwilę. Trzeba jechać do domu i zasiąść do Internetu, aby dowiedzieć się czegoś więcej o przesypowni, jak zrealizować zamówienie i transakcję. Poza tym byliśmy już porządnie głodni, no i Marek musi uprać buta, skarpetkę i siebie - więc odjechaliśmy.

Przed wjazdem do przesypowni kruszyw stał facet w niewielkiej wywrotce. Zaczepił Marka i z miejsca zaproponował swoje usługi:
- A państwo czego potrzebują? Ja tu od ręki załatwiam, dowożę. Wszystko co potrzeba. Bo w tej firmie – tu wskazał ręką na budkę strażników - to owszem, ceny mają dobre, tylko że nic od ręki. Zamówienia jakieś trzeba składać, to wszystko trwa, panie, kto by to ogarnął, Ponoć same z tym kłopoty. No i nie dowożą. Na kiedy państwo chcecie? Na dziś? Proszę bardzo!

Facet rekomendował swoje usługi zbyt nahalnie. Nie spodobał mi się. Za duży cwaniak. I jak bezczelnie, podbiera klientów pod samym nosem konkurencji! Chyba nie dostał jeszcze po nosie tylko dlatego, że zarząd przesypowni we Wrocławiu urzęduje.

Marek był już gotów układać się z facetem, żeby tą pilną sprawę żwiru mieć już z głowy. Ale ze mnaą nie tak łatwo. Zawsze byłam upierdliwa:
- Zaraz zaraz - włączyłam się do dyskusji - Najpierw chcemy poznać cenę. Niech pan nam powie, za ile może nam pan sprzedać żwir i ile będzie kosztował transport. Na ulicę Łopianową, Osiem kilometrów stąd – zapytałam konkretnie.
Pan wycenił całość na 193 złote, 93 żwir plus 100 transport. Wzięłam wizytówkę i powiedziałam, że się zastanowimy.
- Jakby co będziemy dzwonić - powiedziałam bez przekonania.
Nie uwierzyłam temu panu, który usiłował nam wmówić, że zamówienie towaru i zrobienie przelewu przez internet to wyczyn ponad ludzkie siły. Stwierdziłam, że w takim razie jesteśmy nadludźmi i poradzimy sobie z tym wyzwaniem.

Z domu udało mi się dodzwonić do biura przesypowni. Dowiedziałam, się że zamówienia składa się wyłącznie przez Internet. Weszłan na wskazaną stronę, wypełniłam i przesłałam formularz zaznaczając potrzebne opcje, czyli wybierając towar, ilość i frakcję, zrobiłam przelew, wysłałam PDF z potwierdzeniem przelewu, aby bez czekania na wpływ kasy na konto odbiorcy zrealizować transakcję i jutro rano mogę odebrać towar.
Korzystając z wizytówki otrzymanej od panów z budki zadzwoniłam szybko do transportowca, który „załatwia takie rzeczy". Facet wycenił usługę transportu na 60 zł. Żwir natomiast kosztował z vatem 72 zł.
Tak oto w 15 minut zarobiłam 61 polskich nowych złotych dzięki temu, że lubię Internet. Ale przyznać trzeba, że wiele osób słono płaci za nieumiejętność posługiwania się komputerem.

Po południu zadzwonił pan Jarek, cały w pretensjach, że już jest trzynasta a transportu pustaków jeszcze nie ma! A przecież miał być na rano!
Musiałam dzwonić do składu budowlanego i ustalać, co z tym transportem. Tam mi powiedzieli, że chyba transport wyjechał, ale czy na pewno to muszą sprawdzić, zadzwonić do kierowcy – więc oddzwonią.
Po pół godzinie oddzwonili z informacją, że kierowca krąży po okolicy rozwożąc ładunki do różnych klientów i że do nas powinien dotrzeć najpóźniej do piętnastej.
Dzwonię więc znów do pana Jarka i mu o tym mówię, a ten, że o piętnastej to jego już nie będzie na budowie, bo jak nie ma pustaków to nie ma czym murować a wszystko inne pokończył.
Więc jeśli transport nie dotrze w ciągu godziny, to czeka mnie jeszcze jeden kurs na działkę, aby otworzyć bramę i umożliwić rozładowanie palet. z pustakami.
Na szczęście kierowca załapał się jeszcze na zmianę pana Jarka.

Pan Jarek prosił też, żebym spróbowała przyspieszyć dostawę więźby dachowej. Ten narwaniec nie zwalnia tempa ani na minutę. Niestety, w tartaku odmówili. Drewno zamawiane było na 15 września i w tym terminie dotrze. Wcześniej nie da rady, bo kolejka.
Trudno, pan Jarek będzie musiał poczekać, zwłaszcza, że to on sam wyznaczył taki termin.

Mamy straszne kłopoty z tym panem Jarkiem, bo za szybko pracuje i ciągle nas pogania, ochrzania, domaga się zakupów natychmiast albo przyspieszania dostaw. A jak czegoś nie ma na czas, to jest nerwowy i prawie obrażony. No upierdliwy się zrobił ostatnio bardzo.
Ale niech tam. Jeśli chodzi o terminy to ich skracanie jest zdecydowanie mniej frustrujące niż przeciąganie, więc obyśmy mieli takie tylko kłopoty.

Zapytałam pana Jarka, o co chodzi z fragmentem stropu nad klatką schodową. Z tym miejscem, gdzie nie ma systemu belek i pustaków teriva, a strop powstał poprzez wylanie betonu na blat z desek podparty od spodu stemplami. Na blacie oczywiście ułożona była kratka zbrojeń z prętów i drutu, która zatonęła w półpłynnej masie i w niej zastygła. W tym miejscu strop jest sporo cieńszy niż na reszcie powierzchni.
- Czy ten cienki fragment się nie zarwie? Bo całość taka gruba, solidna, a tu cienizna wyszła? – zagadnęłam pana Jarka.
Pan Jarek zapewnił mnie, że chociaż strop jest cienki, to wystarczająco mocny:
- Bo to jest strop monolityczny, czyli taki wylewany, a nie systemowy. W monolitach 15 cm grubości jest absolutnie wystarczające. A tu macie jakieś 18. Więc spokojnie. Przecież to zbrojone jest.
- No dobrze, a co potem z podłogą na górze? Jak się niweluje te różnice poziomów?
- Nijak, tak krzywo zostaje.
- Co? Naprawdę? – wystraszyłam się na serio.
- Nie no, żart. Ale pani się daje wkręcać. No wiadomo przecież, że to się robi na równo. Ale to już specjaliści od wylewek pani wyjaśnią.
- A pan nie wie?
- Wiem – droczył się ze mną.
- To nie można było od razu wylać betonu na równo? Czym to potem wyrównać? – nie dawałam za wygraną.
- Nie mogę powiedzieć. Za to powiem, że jak będziemy robić dach, to potrzebne mi będą paski wełny mineralnej. Niewiele, ale trzeba będzie pojechać i kupić.



Poza tym, że czeka nas kolejny nieprzewidziany wydatek tego dnia nie dowiedziałam się od pana Jarka niczego więcej.
Grunt, że udało nam się załatwić płukankę. Różnicami poziomów w podłodze będziemy się martwić kiedy indziej.