Dom

Dom
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wylewka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wylewka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 marca 2017

79. Miksokret, czyli nie wylewki a wysypki

2014-06-27

Dawno temu, w erze sprzed budowy domu, wielokrotnie bywałam świadkiem rozmów prowadzonych przez osoby wtajemniczone:
- Jakie robiłeś wylewki, z miksokreta czy jastrychowe?
- Jastrychowe, bo mam podłogówkę.
- A jakie robiłeś stropy, teriwa czy monolity?
- Monolity, bo mam antresolę.

Hmm, o czym oni gadają, zastanawiałam się. Co to jest ten miksokret? Wyobrażałam sobie, że robienie wylewek polega na wylaniu płynnego betonu na podłogę, której powierzchnia jest ograniczona deskami szalunkowymi, aby beton nie rozlał się tam, gdzie nie powinien – i już. Tafla sama się poziomuje, bo jest półpłynna, zastyga, i wylewka gotowa.

Ja, w swej naiwności, sądziłam nawet przez chwilę, że może wylewki zrobimy sami. No bo co to za sztuka kupić gotowy materiał w workach, wypożyczyć betoniarkę i zrobić szalunki? Ale to było kiedyś. Dziś wiem, że samodzielne zrobienie wylewek jest niemożliwe.

Gdy zaczęliśmy zgłębiać temat wylewek okazało się, że wylewki jastrychowe odpadają na starcie, ponieważ są za drogie. Dowiedziałam się tylko na ich temat tyle, że kosztują około 50 zł/m2 i że są zalecane na powierzchniach z ogrzewaniem podłogowym, ponieważ podobno lepiej od innych typów wylewek oddają ciepło. Jak się je technicznie wykonuje – nie wiem.

Gdy pytałam o opinię na temat wylewek jastrychowych kilku pracujących na naszej budowie fachowców, wszyscy kiwali głowami, krzywili się i lekko cmokali:
- No niby piszą, że jastrychy przy ogrzewaniu podłogowym lepsze, ale czy ja wiem? Jak dla mnie to jest wyciąganie kasy. Nie widzę specjalnej różnicy.

Marek, jako dyplomowany magister fizyki, zrobił mi wykład na temat bezwładności cieplnej, zasady zachowania energii i bilansu energetycznego. Mało z tego zrozumiałam ale zapamiętałam morał:
- Sranie w banie - zaczął małżonek - Różnice w przewodzeniu i oddawaniu ciepła mogą wystąpić, owszem, ale tylko w pierwszej fazie nagrzewania. Jak się już rozbuja, to jest to samo. Skoro jastrych szybciej przyjmuje, to i szybciej oddaje. A skoro zwykła wylewka wolniej przyjmuje ciepło, to znaczy że ma większą bezwładność i że również wolno będzie ciepło tracić. A bilans musi być taki sam, kwestia rozłożenia procesu w czasie – tak twierdzi mój osobisty fizyk.

Ale o czym ja w ogóle piszę. Nie będzie jastrychu i koniec. Po pierwsze nie mamy ogrzewania podłogowego w całym domu, a jedynie w łazience na dole w wiatrołapie, a po drugie mam inne pomysły na wydawanie pieniędzy.

No więc miksokret. Ciekawe, co to za licho?

Wybraliśmy wykonawcę, który został nam polecony przez naszego dekarza.
Pan Arek przyjechał na budowę, obejrzał dom, pomierzył z grubsza powierzchnię przy pomocy stalowej taśmy mierniczej. Przez chwilę negocjowaliśmy cenę. Ostatecznie umówiliśmy się na cenę ryczałtową za całość – czyli za robociznę i materiał razem. Na nasz dwupoziomowy dom o powierzchni podłóg 212 m2 (trochę na klatkę odejdzie) ustaliliśmy cenę 6200 zł.

Zgodnie z zaleceniem pana Kukułki hydraulika zaznaczyłam, że w łazience i w przedpokoju, a więc w pomieszczeniach, gdzie rozłożone jest ogrzewanie podłogowe, koniecznie do betonu musi być dodany plastyfikator. Na to pan Arek odpowiedział:
- Proszę pani, ja robię całość plastyfikowaną, bo wtedy mam gwarancję, że nic nie popęka. Daję też podwójne zbrojenie, z metolowej siatki raz, z włókna dwa. Pani się nie martwi, wszystko będzie zrobione jak się należy. I taśmy dylatacyjne będą, i szczeliny dylatacyjne też będą.

No dobra. Cokolwiek to znaczy.

Zbrojenie z siatki stalowej w miarę kojarzę, widziałam takie ustrojstwa w składach budowlanych. Ale ciekawe, na czym polega to zbrojenie z włókna. Czy będą zatapiać w betonie jakąś tkaninę? No i te szczeliny dylatacyjne – chyba ważna rzecz, choć nie wiem, jak się je wmontowuje w posadzkę.

Pan Arek wziął klucz od kłódki, którą zamykana jest brama, na łańcuch, i powiedział, że za dwa dni przywiozą piach, a za trzy dni przyjadą z maszyną i zaczną „robić”. Powiedział też, że z robotą zejdzie im dwa dni. Jeden dzień poddasze – i od niego zaczną, a drugi dzień parter.

Dwa dni i już? Super!

Dziś wiem, że dwa dni to początek zabawy. Owszem, ekipa skończyła i odjechała błyskawicznie, tylko że potem przez – uwaga – półtora tygodnia – trzeba było te wylewki polewać wodą dwa razy dziennie, a przy upałach nawet częściej. Więc czas niezbędny do wykonania wylewek to minimum 2 tygodnie.

- I niech pani naprawdę nie lekceważy tego podlewania, bo jak beton za szybko wyschnie, to z wierzchu będzie się wydawał twardy, a pod spotem będzie miał, tylko rozeschnięty, kruchy piach. I nic z tego nie będzie, bez podlewania to wyrzucone pieniądze – instruował nas pan Arek.

Tu wtrącił się wysoki pracownik pana Arka, który mówił do mnie „szefowa” i sypał dowcipami jak z rękawa:
- Szefowo, bo beton trzeba traktować jak alkoholika. Trzeba mu zawsze dać pić i nie dać mu wyschnąć.

No to instrukcje mamy. Oczywiście zastosujemy się.
Ależ my się na tej budowie napielęgnujemy, to chyba sobie niedługo czepki pielęgniarskie sprawimy :)

Najpierw przyjechał piach. Kierowca miał kluczyk od pana Arka, ale szczęśliwie zastał nas na działce, więc mogłam porobić zdjęcia hi hi.

Wysypał wywrotkę piachu „na ganku”, między słupami. Zawalił całe wejście. Dużo tego! Pogadał z nami chwilę i powiedział:
- Dobra, to ja jadę po resztę, jeszcze pół wywrotki. Razem 36 ton.
- Co? Aż tyle? Przecież nam się strop zarwie od samego piachu. Poza tym tu się już więcej nie zmieści, gdzie pan to wysypie?
- Zmieści się, zmieści. Najwyżej zajmiemy trochę chodnika i nie zamkniemy bramy.
Brama zresztą była już zdjęta z zawiasów, bo nasz wjazd na działkę jest oczywiście za wąski dla normalnych ciężarówek.











W dniu rozpoczęcia prac wylewkowych pojechaliśmy na działkę na godzinę ósmą rano, żeby otworzyć robotnikom dom. Klucza postanowiliśmy więcej nie udostępniać obcym ludziom, choćby im dobrze z oczu patrzyło. Zbyt wiele osób będzie się przewijać przez nasz dom. Dwa dni jakoś damy radę bywać.

Chwilę czekaliśmy na ekipę. W tym czasie postanowiłam zabezpieczyć nasze piękne, nowe drzwi wejściowe przed ewentualnymi uszkodzeniami mechanicznymi. Strzeżonego, jak to mówią … no, wiadomo. Lepiej, żeby moje nowe futryny pozostały nowe.

Na progu leży kawałek folii fundamentowej – i dobrze, niech leży. Niech robotnicy depczą gumę zamiast lakierowanego drewna. Na futryny z obydwu stron założyłam natomiast nakładki z grubej tektury, którą wycięłam z opakowania po otulinach hydraulicznych. Pudło było długaśne, więc tektury wystarczyło na zabezpieczenie całej wysokości. Pozaginałam je w odpowiednich miejscach, aby przylegały do futryn, przykleiłam je taśmą do drzwi owiniętych folią streczową, a z drugiej strony Marek przytwierdził tekturę do muru gwoździem. Trzyma się pięknie. Drzwi otworzyliśmy na oścież, blokując je deską przed samoczynnym zamykaniem się i gotowe. Panowie mogą teraz swobodnie wnosić sobie worki z cementem, łopaty albo inne cudaki i raczej naszych drzwi nie zarysują.



Ekipa przyjechała samochodem dostawczym z otwartą paką. Na pace spakowane były siatki zbrojeniowe, listwy dylatacyjne (czyli takie białe taśmy z miękkiej pianki zwinięte w duże kręgi), łopaty, beczka, wąż i czort wie co jeszcze. Za autem jechała przypięta na hak do holowania żółta maszyna. To sprawca całego zamieszania, ów tajemniczy miksokret.





Mikstokret działa na ropę, warczy przy tym potwornie głośno i dymi spalinami. Niestety, sąsiedzi przez te dwa dni nie mieli lekko. Bardzo przepraszamy.

Obok maszyny stanęła plastikowa beczka na wodę, wiaderko, kanister z ropą, kanister z plastyfikatorem i woreczki z – jak się okazało – zbrojeniem włóknistym.






Plastyfikator to płynny dodatek do betonu, wlewa się go, w odpowiednich proporcjach, których nie znam, do zaprawy wyrabianej przez warczącego miksokreta.

Zbrojenie włókniste to nie żadna tkanina, jak początkowo sądziłam, ale syntetyczne, miękkie włókna, przypominające nieco gęsie pierze, w zasadzie puch. Włókna te składały się z drobnych niteczek. Pan operator od miksokreta wyjaśniał mi, że włókna wsypuje się do zaprawy, one się w niej równomiernie rozsypują na kosmyki i dzięki temu wiążą dodatkowo beton włóknistą strukturą nitkowych, syntetycznych połączeń. Ot, cała filozofia zbrojenia włóknistego.


Panowie przyjechali do pracy we czterech. Szef, pan Arek, harował przy łopacie na równi ze swoimi pracownikami. Świetnie posługuje się łopatą, ale jeszcze lepiej butami. Górki zaprawy o wiele szybciej i precyzyjniej zagarniał nogą z kopniaka bokiem stopy, niż łopatą. Jeszcze nie widziałam takich cudów, żeby kilkoma kopniakami rozsypać zaprawę na powierzchni kilkunastu metrów kwadratowych, i to równo! Kopanie perfect! Szybciej i skuteczniej niż łopatą.

Każdy z panów miał co robić. Oj miał! Jeden pan zajmował się produkowaniem „materiału”. I tu dochodzimy do sedna sprawy, co to są te wylewki z miksokreta. Otóż wylewki to po prostu wysypki! Bo się je wysypuje a nie wylewa. Wiem wiem, też byłam zdziwiona.

A więc pan obsługiwał żółtą, warczącą maszynę. Przez okrągły wlot z otwartym włazem, jak przy czołgu he he, wrzucał do niej kilka odliczonych łopat piachu. Potem ze stojącej obok beczki nabierał wiadro wody, wlewał do niego kubek plastyfikatora oraz wsypywał kubek puchowego włókna i całość zawiesiny wlewał do "włazu" maszyny. A tam się wszystko trzęsło i bulgotało. Na koniec dosypywał pół worka cementu. I tak bez przerwy. Piach, woda. plastyfikator, puch, cement. Piach, woda. plastyfikator, puch, cement. Piach, woda. plastyfikator, puch, cement. Nudne i męczące zajęcie. Za to pan miał ładne muskuły i z pewnością nie zapłacił za siłownię ani złotówki.

Z dużej maszyny zwanej miksokretem wychodził gruby, gumowy wąż, o średnicy jakieś 10 cm. Wąż ten pociągnięty był na górę domu, a jego wylot przytwierdzony był do „garnka” ustawionego na trójnogim stojaku.

Maszyna po zmieszaniu piachu, cementu, wody i dodatków pompowała uzyskany materiał przez owego węża, do góry, aż do wylotu, czyli do "garnka". Garnek miał dziurawe dno, więc materiał wysypywał się z niego na podłogę, usypując kopce.





Kopce te wyglądały identycznie jak kretowiska. Podejrzewam, że stąd właśnie wywodzi się nazwa MIKSO – KRET. Najpierw miksuje, potem zostawia kopce - niczym kret. Panowie musieli co chwilę przestawiać garnek z miejsca na miejsce, aby kopce rozłożyć mniej więcej na całej powierzchni pomieszczenia, a nie tylko w jednym miejscu. Zresztą, jak spod gara wylatywało za dużo materiału , to kopiec zaczynał go unosić i wszystko się wywalało.

Proces usypywania krecich kopców przebiega dość żywiołowo. To prawie jak kataklizm. Maszyna potwornie warczy, więc jest głośno i trzeba do siebie krzyczeć. Wąż, przez który tłoczona jest ciemna zaprawa w konsystencji mokrego, gęstego piachu, lata jak szalony. Cały skacze, drga i wierzga. Raz prawie mnie zrzucił ze schodów! Panowie próbują okiełznać potwora. Co kilka metrów przywalają go dwoma workami cementu, czyli kładą na nim 50 kilo ładunku, żeby przygwoździć go do podłogi i żeby tak nie skakał. Często też na wężu stają. A on mimo to wierzga i przepompowuje zaprawę. Oprócz hałasu i skaczącego węża z „gara” wydostaje się mnóstwo kurzu. Kopce się sypią, a wraz z nimi pompowane jest sprężone powietrze, które dmucha w materiał i rozpyla dookoła drobinki kurzu i piachu. A gdy kończy się partia tłoczonej zaprawy, na koniec tłoczone jest samo sprężone powietrze, i wtedy wszystko syczy i z „gara” wydostaje się sam kurz.

No po prostu syf i brud! Nie dość, że na nasz piękny, biały, czyściutki styropian, tak pieczołowicie układany i docinany między rurami wodnymi, wysypuje się prawie brudne błoto, to jeszcze tyle kurzu! Załamka :)

Kopce się sypią, "garnek" przestawiany jest z miejsca na miejsce, a dwóch panów w tym czasie rozgarnia kopce po całej powierzchni domu. Jeden młody, szczupły i sprytny chłopak wysyła łopatą długie równe bryzgi zaprawy, a szef robi to samo z buta, przy czym szef jednorazowo zasypuje większą powierzchnię niż młody!

Gdy panowie rozgarnęli z grubsza pierwszą warstwę „mokrego piachu” w pierwszym pomieszczeniu, garnek został przeniesiony do drugiego, i tam do akcji rozgarniania przystąpił trzeci pan, czyli czwarty, bo trzeci cały czas zasypywał miksokreta piachem, cementem i wodą.

Teraz pan Arek zajął się rozkładaniem na ścianach, tuż przy posadzce, taśm dylatacyjnych. Rozwijał białą, miękką taśmę piankową, zagarnywał dłonią „piach” usypany z gara i przysypywał nim taśmy, aby przylegały do ścian i nie przewracały się. Wszystko robił w pozycji klęczącej, nie kucał, tylko łaził po mokrym brudnym „piachu” na kolanach. Pomimo lekkiego brzuszka był bardzo sprytny i żwawy w tej robocie. Rach ciach i taśma dookoła ogromnego pomieszczenia rozwinięta.

Panowie założyli do tych prac klęczących specjalne, gumowane spodnie, a raczej nakładki na spodnie, jakby szerokie getry chroniące całe łydki i kolana. Bez tych ochraniaczy szybko nabawiliby się reumatyzmu, bo jak się okazało przeważającą większość czasu spędzają klęcząc w mokrym „piachu”.

Gdy kretowiska zostały z grubsza rozsypane w całym pomieszczeniu, a listwy dylatacyjne przylegały do ścian, przyszedł czas na układanie stalowych siatek. Zostały one rozłożone na całej powierzchni rozsypanego w pierwszej warstwie „piachu”. Następnie znów przyszedł czas na kretowiska. Rura znów poszła w ruch i zaczęła tłoczyć zaprawę, szamocząc się na całej długości. Chodziło o to, aby rozłożone, stalowe siatki przykryć kolejną warstwą "piachu". Zbrojenie miało się znaleźć mniej więcej w połowie grubości wylewki.



Trzeba przyznać, że panowie przygotowani byli do pracy perfekcyjnie. W trosce o nasz styropian oraz o ogrzewanie podłogowe, na podłodze rozciągnęli dywany, a na nich ułożyli deski tworzące ścieżki do chodzenia. Oczywiście tylko w miejscach newralgicznych. Dywany były brudne jak diabli, całe uwalone piachem i cementem. Ale były i chroniły rurki od podłogówki oraz styropian przed butami robotników i wierzgającą wciąż rurą.

W miejscach narażonych na urazy mechaniczne, przez które panowie ciągle musieli przechodzić albo na których leżała skacząca rura, a na które zabrakło dywanów, panowie rozciągnęli tektury z pudeł kartonowych, jakie zostały na naszej budowie po sedesach albo innych kupowanych sprzętach. Tak więc gdy wnosili na górę siatki, taśmy, łopaty albo worki z cementem, żeby przywalić nimi nieznośną rurę, nie było obaw, że zdepczą i rozwalą styropian albo podłogówkę. Podobała mi się ta dbałość.









Poza dywanami panowie mieli ze sobą sporo różnego rodzaju szmat, na przykład mocno brudną, podartą i wymazaną w cemencie koszulę nocną, w różyczki. Obwiązywali tego typu szmatkami skaczącą rurę w miejscach, gdzie mogłaby ona wyrządzić jakieś szkody, na przykład podrapać futrynę. Wprawdzie i próg i futryny sami zabezpieczyliśmy przed przyjazdem ekipy, ale szmaty i tak się przydawały.

Panowie są zaprawieni w tej brudnej robocie. Mają umorusane ciuchy, więc klękają i siadają gdzie popadnie nie patrząc, gdzie jest czysto a gdzie piach. W przerwach kładli się na wznak na ciepłym, białym, ale ukurzonym przecież i nieco zdeptanym styropianie, i odpoczywali w pozycjach na luzaka, pijąc kawę i jedząc kanapki.


Aaaa, zapomniałam napisać, że panowie całą robotę zaczęli od rysowania kresek na ścianach. Dysponowali elektroniczną poziomicą z laserowym, czerwonym wskaźnikiem. Najpierw coś tam sobie pomierzyli, coś pikało, a potem dookoła całego domu, na ścianach, na wysokości ok. 30 cm nad posadzką, narysowali ołówkiem poziome kreseczki. Wszystkie kreski, rozmieszczone co kilkadziesiąt centymetrów, były na jednym poziomie. Potem przekonałam się, że stanowiły one punkt odniesienia – to właśnie do nich dociągana była i wyrównywana wylewka.

Ciąg dalszy nastąpi. 

środa, 29 października 2014

43. Winda, tęcza i niebieskie ognisko

2013-09

Po skończeniu zalewania stropu pan Jarek z chłopakami pojechali do domu po podnośnik. Budowanie parteru zostało zakończone i nadszedł czas na prace wysokie. Może nie wysokościowe, ale jednak wyższe, bo na poddaszu, gdzie wchodzi się po schodach. Aby ułatwić sobie transport wszelkich materiałów budowlanych na górę, podnośnik warto mieć. I pan Jarek ma.





Podnośnik okazał się dość prowizoryczną windą napędzaną silnikiem elektrycznym. Kabina, która przypominała bardziej platformę niż zamkniętą przestrzeń, wciągana jest na górę za pomocą stalowych linek mocowanych na kółkach i przekładniach. Wygląda to dość paskudnie. Stalowy stelaż pomalowany jest rudą, matową farbą podkładową, belki są poobijane, brudne i szorstkie, aż ciarki przechodzą jak się je dotknie. Brrrr! Ale najważniejsze, że po złożeniu całości, skręceniu ze sobą wszystkich elementów mieszczących się na małej przyczepce samochodowej pana Jarka, urządzenie działa. I jest całkiem duże, wysokie w każdym razie.


Na dole podnośnika znajduje się jakby kabina, czyli platforma stanowiąca podłogę o wymiarach metr na metr, z barierkami z jednej strony, niby zapobiegającymi wypadnięciu – choć oczywiście standardy bezpieczeństwa są dalekie od ideału. Na owej platformie mieści się albo człowiek albo taczka. Razem człowiek z taczką nie za bardzo. Gdy na paltformie ustawi się ładunek, na przykład taczkę pełną świeżej zaprawy, wówczas należy uruchomić silnik i winda jedzie pionowo w górę, wzdłuż ściany, aż nad strop. Potem "kabinkę" obraca się o 90 stopni tak, że platforma w całości zawisa nad stropem. Następnie między platformą a stropem układa się kładeczkę z deseczki i już można zjechać taczką na strop. Sprytne urządzenie, dzięki któremu budowlańcy nie będę musieli dźwigać po schodach pustaków, cegieł, narzędzi i wiader z zaprawą. Bo betoniarka produkująca zaprawę jest na dole, a budowa trwa już na górze.





Panowie skręcali podnośnik dobre pół godziny. Po skończeniu, z kilkunastu niedużych elementów mieszczących się na małej przyczepie, powstała całkiem wysoka i potężna maszyna. Ostrożnie sprawdzili czy działa, a potem okryli silnik i kabel elektryczny czarną folią, na wypadek deszczu, folię przywalili do ziemi kilkoma cegłami, żeby wiatr jej nie zwiał, i pojechali do domu.

Strop powoli schnie a podnośnik czeka w gotowości, aż możliwe będzie budowanie ścian poddasza. Do wtorku niczego nie zrobią. Wreszcie mają zasłużony odpoczynek, prawie cały piątek, potem sobota, niedziela i poniedziałek wolne!

Za to naszym zadaniem w te dni, zwłaszcza w piątek i sobotę - było podlewanie betonu wodą. Żeby zbyt szybko nie wysechł i żeby nie popękał. W tym celu na końcówce węża zamontowaliśmy zraszacz, czyli plastikowe urządzenie przypominające pistolet, które kupuje się w sklepie ogrodniczym. Zraszacz pozwala na zmianę grubego strumienia wody w lekką, rozproszoną mgłę. Ale to pewnie wszyscy wiedzą. Tylko ja jakoś tak późno się dowiedziałam, bo gdy byłam mała to na naszej działce tato robił zraszacz sam, poprzez umiejętne ściśnięcie palcami końcówki węża. Dziś dzięki Bogu są nowocześniejsze metody.



Pan Jarek poinstruował Marka, jak należy korzystać ze schodów, aby ich nie uszkodzić. Mnie w tej edukacji zignorował uznając słusznie, że powinnam poczekać na moment, w którym możliwe będzie wejście na górę bez akrobacji. Dopóki beton nie zastygnie, nie wolno po nim chodzić. To jasne. Czyli stąpamy tylko po krawędziach desek dolegających do stopni pionowo, opierając stopy na drewnianych rantach i uważając, aby czubkiem buta nie odkształcić stopni. Aby utrzymać równowagę należy trzymać się ścian. No, przyznaję, nie dla mnie takie akrobacje, zwłaszcza, że potknięcie grozi odciśnięciem śladów stóp na świeżym betonie, i to na zawsze,. Na szczęście zakaz chodzenia po schodach obowiązywał tylko w piątek. Pan Jarek twierdzi, że już w sobotę beton będzie na tyle twardy, że można będzie po nim normalnie chodzić.





Na strop natomiast, gdzie warstwa betonu jest o wiele cieńsza niż na schodach, można było wejść już po trzech godzinach od zalewania. Pan Jarek wszedł tam jako pierwszy, delikatnie przerysował podłoże butem, potem lekko, z wyczuciem tupnął i rzekł:
- No, jako taka twardość już jest, można delikatnie wchodzić, byle nie na obcasach i całymi stopami. Bo już trzeba zacząć polewać. Tylko pamiętajcie, żeby nie mocnym strumieniem, żeby nie wypłukiwać cementu. Ma być zraszanie. O, tak – zademonstrował pierwsze polewanie stropu osobiście.
I pojechali.

Na parterze, przez szczeliny między pustakami stropowymi, do środka domu kapała brudna betonowa woda. Na parterze na wylewce między stemplami w kilku miejscach pojawiły się stojące, brudne kałuże a na pustkach stropowych od spodu wyszły mokre, ciemne plamy. Kiedyś myślałam, że deszcz w czasie budowy to największa katastrofa, jaka może się przydarzyć. Teraz wiem, że przy zalewaniu betonu deszcz to samo dobro. Ma być mokro, ma kapać i ma wiązać. A schnąć to sobie będzie potem, przez kilka albo kilkanaście długich miesięcy, które nastąpią po zadaszeniu domu.



Tego dnia zamówiliśmy z hurtowni ostatni już transport pustaków i cegieł, Mają je przywieźć we wtorek rano. Pan Jarek chce, aby palety z materiałami wyładowane były hds-em bezpośrednio na strop. Wtedy nie będzie potrzeby wnoszenia pustaków albo wwożenia ich windą na górę.

Kolejną sprawą, jaką załatwialiśmy w ten piątek było umówienie serwisu wc. Upłynął już bowiem miesiąc trwania naszej budowy i toj-toj upominał się o sprzątanie. Pan z firmy asenizacyjnej, od której wynajęliśmy wc, po telefonicznym uzgodnieniu terminu i godziny, przyjechał niewielkim samochodem – szambiarką. Wypompował śmierdzącą rurą wszystkie fekalia, roztaczając na chwilę nieprzyjemną woń po okolicy. Potem przy pomocy myjki ciśnieniowej umył prysznicem całą kabinę, spłukując ją mocno pachnącym detergentem, zawiesił dwie nowe rolki papieru toaletowego, nalał na dno toalety jakąś pachnącą, niebieską ciecz, wypalił z Markiem papierosa, zainkasował 150 zł i pojechał. Po krótkiej, sprytnej acz gównianej można by się rzec robocie, znów jest czysto, pachnąco i przyjemnie. Mamy spokój na kolejny miesiąc. Mam nadzieję, że do tego czasu budowa się zakończy.



Polewaliśmy beton przez cały piątek, co okazało się bardzo przyjemnym zajęciem. Wszyscy wchodziliśmy na strop i wszyscy po kolei dopominaliśmy się o swoją kolejkę do bycia operatorem węża. Każdy chciał być polewaczem. A już największą frajdę miał nasz młodszy syn, który zamiast rozlewać bryzę po stropie, kierował pistolet ku niebu i strzelał wodą pod słońce, robiąc piękną, szeroką tęczę. Słońce załamywało swe promienie na rozproszonych kropelkach wody i Karol czuł się jak cudotwórca. Sporo tej wody wylał „na darmo”, no ale pięknie było. Taka okazja szybko mu się nie powtórzy, więc specjalnie nie protestowaliśmy. Zresztą wszyscy mieliśmy z tego frajdę.







Pogoda była piękna tego dnia. Siedzieliśmy na działce aż do wieczora. Paliliśmy ognisko i w międzyczasie pielęgnowaliśmy strop. Posprzątaliśmy sporo gałęzi, które zalegały na działce z czasów jeszcze sprzed budowy. Paliliśmy też ścinki od stempli, których mnóstwo leżało pod płotem. Bo każdy stempel, zanim stał się podporą stropu i zanim został wpasowany między belkę stropową a posadzkę, docinany był na indywidualny wymiar, aby pasował w konkretne miejsce. Jeden stempel trzeba było przyciąć o 6 cm, a inny o 8, bo drobne różnice w poziomie wylewki jednak występują. Pozostało więc wiele niepotrzebnych, drewnianych krążków, które teraz tworzyły dla nas płomień ogniska. Spedziliśmy naprawdę cudny wieczór.



Pan Jarek mówił, że stemple będzie zdejmował najwcześniej po miesiącu od zalania stropu. Do tego czasu na parterze będzie stać las nieokorowanych pni. Po zdemontowaniu stemple raczej nie nadadzą się na żadną inną budowę, a jedynie do spalenia, bo wszystkie zostały skrócone – chyba że ktoś planuje niższy strop.


Spaliliśmy w ognisku sporo papierowych worków z cementu, które złożone były w stertę obok garażu. Ku uciesze Karola dawały zielono-niebieskie płomienie. Zostawiliśmy tylko worki z plastikowymi butelkami po wodzie mineralnej, ze ścinkami styropianu i z plastikowymi taśmami, którymi związane były materiały budowlane na paletach. Zostało tego naprawdę dużo. Po skończeniu budowy trzeba będzie zamówić kontener na śmieci i zapakować do niego wszystkie toksyczne odpadki, które nie nadają się do spalenia.
W każdym razie i tak spora kupa suchych gałęzi i papierowych śmieci została strawiona przez płomienie ogniska, co niezmiernie mnie cieszy, bo znów na działce zapanował prawie porządek.

Z piątku na sobotę padał deszcz, więc rano strop podlał się sam, oszczędzając nam jednego wyjazdu na działkę. Strop podlaliśmy tylko wieczorem. Potem bardzo się ochłodziło, słońce schowało się za chmury, przestało palić gorącym żarem i woda nie parowała, tylko stała w kałużach na stropie. W niedzielę od czasu do czasu pokrapywał deszczyk.
Matka natura nam sprzyjała, pogoda jak na zamówienie. Strop wypielęgnował się praktycznie sam, jakby w prezencie. Nic nie popękało.

We wtorek znów się ociepliło, chyba żeby murarze nam nie pomarzli. Rano zawieźliśmy dzieci do szkół i pojechaliśmy na działkę. Panowie zdążyli już pozdejmować blaty, żeby – jak tłumaczył pan Jarek - spuścić wodę, która stała w kałużach na stropie. Bo strop ma być wilgotny, a nie zanurzony w wodzie. Za dużo wody to też podobno niedobrze. Panowie zdjęli też część desek ze schodów, zostały tylko te pionowe ograniczniki dla stopni.

Dodatkowo robotnicy zbili z desek prowizoryczną poręcz i barierkę, aby nikt przypadkiem nie spadł ze stropu na klatkę schodową. Tam naprawdę jest wysoko i upadek mógłby się bardzo źle skończyć. I nie wiem, co tego dnia panowie robili dalej, bo pojechaliśmy po nowe zakupy zamówione przez pana Jarka.


Tym razem dokupowaliśmy pręty gwintowane, fachowo nazywane są złączami śrubowymi. Kupiliśmy też śruby i podkładki. Poprzednio użyte do skręcania blatów pręty pan Jarek odzyskał, wykręcił z wieńca. Będą jeszcze potrzebne, a nowymi zakupami jedynie uzupełniliśmy stan do potrzebnej ilości. Dokupiliśmy też kilka grubszych prętów, które będą potrzebne do przykręcenia murłat. Nie wiem o co chodzi, ale pewnie niebawem się dowiem.

Jak zwykle w naszej hurtowni, jako stały już klient, poprosiłam o rabat, czym wzbudziłam powszechną wesołość, bo zakupy były naprawdę drobne i kwota śmieszna. Rabat, a przy okazji dobry humor pana sprzedawcy, udało nam wywalczyć. Marek powiedział mu, że jak nie będzie rabatu, to żona (niby ja) straci humor na cały dzień i w domu będzie piekło. Pan przyznał:
- Uuuu, no tak nie może być, żeby żona piekło robiła. Zaraz tu coś zaradzimy. Ooo, bardzo proszę, całe 5 złotych rabatu dla państwa! – śmiał się facet. I super.

Pan Jarek tego dnia polecił nam jeszcze załatwić płukankę. Płukankę! Tak dokładnie się wyraził.
- Jaką znowu płukankę panie Jarku? – spytałam całkiem pogubiona ze wzrokiem błagającym o litość.
- No, normalną, taką nie za grubą, od 8 do 16. Tonę tylko, tona wystarczy – tłumaczył pan Jarek tak, jakby wszystko było oczywiste, jakoby chodziło o rosół z kluskami, o coś totalnie swojskiego, a nie o całkiem nowe dla nas pojęcie.
Jezu, o co chodzi? Jaką płukankę? Co to znowu jest! Ja znam tylko płukankę do włosów, albo płukankę do odświeżenia jamy ustnej, ale tego się nie mierzy w tonach ani w ósemkach czy szestanstkach!
Nie ma lekko. Trzeba będzie się dowiedzieć, dopytać, co to jest ta płukanka, i trzeba będzie ją „załatwić”. Ale o tym opowiem w następnym poście, bo "załatwiania płukanki" nie da się opisać w dwóch akapitach.