Dom

Dom
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hds. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hds. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 grudnia 2014

46. Klinkier czy tynk? – czyli kilka słów o kominie


2013-09-05

Czas na kolejne wydatki. Tym razem do kupienia jest cegła klinkierowa. Będzie ona wykorzystana do wykończenia komina, a w zasadzie jego części wystającej ponad dach. Oprócz cegły klinkierowej trzeba będzie kupić też specjalną zaprawę do murowania klinkieru. Według pana Jarka szacowany koszt to 600 – 800 zł, zależnie od tego gdzie dokonamy zakupów i jaki „wzorek” wybierzemy. 



Klinkier na kominie jest zaplanowany w projekcie przez naszego architekta. Oszczędny z natury pan Jarek podpowiedział jednak, że jeśli bardzo zależy nam cięciu kosztów, to z klinkieru możemy zrezygnować. Że komin można wymurować ze zwykłej cegły, następnie obłożyć go styropianem i otynkować. A kiedyś, jak będziemy chcieli i mieli na to kasę, będzie można obłożyć komin z zewnątrz jedynie ozdobnymi nakładkami klinkierowymi. „To wtedy będzie trochę taniej” – powiedział.

Pewnie tak. Pewnie można zaoszczędzić ze 300 złotych. Pytanie tylko, czy ma to sens?

Zdecydowaliśmy z mężem jednogłośnie, że nie będziemy oszczędzać 300 złotych, które w kontekście kosztów całej budowy nie są istotne. Nie chcemy bowiem przez całe życie zmagać się z remontowaniem tynków na kominie. Nie chcemy żałować, że nie zrobiliśmy komina raz a porządnie.

Architekt szczególnie uczulał nas na ten problem. Mówił, żebyśmy nie popełniali błędu i nie rezygnowali z klinkieru na kominie:

- Wszędzie indziej tak, klinkier ma funkcję wyłącznie ozdobną i nie jest konieczny. Ale nie na kominie! Na kominie tylko klinkier! – mówił Pan Piotr.

Przekonywał nas, że to głupia i pozorna oszczędność, bo wszelkie substytuty typu tynki i nakładki, zawsze z kominów odpadają. Komin przecież się nagrzewa i stygnie, na przemian. Więc każdy materiał podlega szczególnie dynamicznym naprężeniom wynikającym z rozszerzalności cieplnej. Po prostu nie ma siły, aby tynk na kominie nie pękał.

Kominy otynkowane, nie dość że się brudzą i wyglądają paskudnie, to wymagają ciągłych remontów. Aby uniknąć nieustannego tynkowania, niektórzy okładają kominy blachą, ale to wygląda chyba jeszcze gorzej niż ten popękany tynk.
Po prostu nie warto.

Decyzja zapadła. Chcemy mieć komin klinkierowy. Pan Jarek twierdzi, że jemu jest wszystko jedno, w jaki sposób wykończy komin. Przyznał, że owszem, układanie klinkieru jest trudniejsze, bo żeby to dobrze wyglądało wymagana jest dbałość o szczegóły i precyzja. Ale to dla niego nie problem. Niejeden komin z klinkieru postawił i zrobi tak, że będzie ładnie – zapewnił.

Skoro pan Jarek chce i umie murować z klinkieru, to niech muruje. Gdzie ja potem znajdę takiego fachowca? No i niech ten komin będzie piękny i naprawdę porządny! Nie będziemy do niego wracać.

Dziś z Markiem ustalaliśmy rozmiary okna, jakie będzie w studio, w ścianie między reżyserką a kabiną nagraniową. Trzeba to ustalić już teraz, bo pan Jarek murując ściankę działową musi uwzględnić w niej odpowiedni otwór, a tego nie ma w projekcie. 



Wzięliśmy do ręki taśmę mierniczą, uruchomiliśmy wyobraźnię i najpierw wymyśliliśmy szybę szeroką na 2,5 metra. Taka wielkość wydawała się wcale nie przesadzona na tle rozpoczętej ścianki działowej. Proporcje na oko pasowały. Ale potem, będąc w naszym obecnym studio i sprawdzając wymiary okna między reżyserką a kabiną nagraniową, Marek puknął się w czoło. Dwa i pół metra?! Taką szerokość obecnie ma cała kabina nagraniowa! Fakt, nowe studio będzie ogromne, jednak nawet w tak dużych pomieszczeniach okno szerokie aż na 2,5 metra to gruba przesada. Musimy zaplanować coś mniejszego. Tym bardziej, że na etapie wykańczania koszt dźwiękoszczelnego okna o znacznych rozmiarach może nas przytłoczyć.

Dziś postanowiliśmy nie jechać na działkę z samego rana. Lubimy patrzeć, jak naszego domu przybywa, a rano zobaczylibyśmy prawie to samo, co wczoraj wieczorem. Plan był taki, że jedziemy tam po południu. Ale nie tak łatwo jest odpuścić sobie budowę choćby na pół dnia. 


Rano zadzwonił pan Jarek z zamówieniem na 30 worków cementu, „bo już się kończy i stanę z robotą!”. Ok, dzwonię do hurtowni, zamawiam i proszę, żeby to było „na już”. 

Niestety. „Na już się nie da” – słyszę w słuchawce. Mogą dowieź „na po dwunastej” i to pod warunkiem, że zdążą, bo mają mało samochodów a dużo zamówień.
Dobra, może być po dwunastej. Byle dziś.

O godzinie 13 pan Jarek już dzwonił do mnie:
- No gdzie ten cement! Bo roboty mam najwyżej na gadzinę i stanę! – grzmiał złowieszczo.
- Jeszcze nie dotarł? Ok, już jedziemy, pogonimy hurtownię, zaraz jesteśmy na działce – powiedziałam potulnie. He he, znów majster na mnie prawie nakrzyczał a ja znów nie mam nic przeciwko temu. Byle by robota szła do przodu.

Szkoda, że pan Jarek nie powiedział wczoraj o potrzebnym cemencie. Ale może nie ma się co dziwić, że zapomniał. W końcu musi spamiętać tak wiele rzeczy, że każdy by się w tym pogubił, ja na pewno.

Zadzwoniłam do hurtowni i ustaliłam, że faktycznie cement jeszcze nie wyjechał i że będzie dopiero na 15. A o tej godzinie robotnicy już są w drodze do domu. Budowa będzie zamknięta. Dzwonię więc znów do pana Jarka, że cement na 15, ale jak mu potrzeba to ze 3-4 worki możemy przywieźć w bagażniku.
- Eee, to nie ma sensu, 3-4 worki to mnie nie urządza, bo ja stopy chcę zalewać od ganku. To nie starczy. No dobra, wieniec zrobiliśmy to najwyżej jutro ruszymy dalej, a teraz sobie damy spokój.

Co ja słyszę? Pan Jarek odpuszcza? Tak łatwo? Nowość!
Czasem odnoszę wrażenie, że rozpoczął już równolegle drugą budowę, bo coraz wcześniej zjeżdża od nas. I robi to tak sprytnie, żeby wyglądało to na przypadek - że niby cementu zabrakło, albo cegieł. A wszystko to by mogło być na czas, gdyby tylko zlecał zakupy wcześniej. Jakby celowo przestał nagle panować logistycznie nad budową i zapomina zapewnić sobie dostaw materiałów na czas. 
Ale może się wkręcam. W każdym razie nawet jeśli tak jest, to w ogóle mi to nie przeszkadza. Tempo pracy i tak jest zawrotne. A przecież na więźbę dachową tak czy siak trzeba poczekać do 15-go września, więc niewiele da się podgonić. 



Dziś pan Jarek zagadał:
- Chyba zostanie sporo pustaków. Nie wiem, czy oni się w tej hurtowni nie walnęli i nie przywieźli za dużo, bo już się pogubiłem. Ale to nic. Jak zostanie, to będzie można zrobić zwrot. Na każdej budowie tak jest, bo nigdy nie wyliczy się co do sztuki. Wchodzą nadproża, otwory na okna i drzwi, więc różnice zawsze są – tłumaczył.
- Tak? Nie wiedziałam, że można robić zwroty. To co? Przyjadą z hurtowni odebrać te załadowane palety?
- Tak tak, i oddadzą kasę. To normalne, zawsze się tak robi. Tak liczę i wychodzi mi, że chyba się pomylili. Myśmy dokupowali bloczki, pamięta pani, bo brakło, a teraz mi tu na palecie przywieźli jakieś sztuki. Ale to nic się nie stało. Odda się albo wykorzysta do budowy garażu.


Nie chciałam się z panem Jarkiem spierać na ten temat, ale moim zdaniem to on się pomylił, nie hurtownia. Pustaki, cegły i bloczki zamawiane były na sztuki - zgodnie z rozpiską pana Jarka sporządzoną na podstawie projektu. Wiadomo, ile sztuk jakiego materiału wchodzi na jedną paletę. W hurtowni przy każdym transporcie odhaczali ilość dostarczonych już palet, a w ostatnim transporcie przywieźli wszystkie te pozostałości, niepełne palety, żeby dobić do ilości zamówionych sztuk. To pan Jarek nie policzył, że wymurował 1000 bloczków, a zamówionych było 1100. I gdy bloczków zabrakło nie pamiętał, że do przywiezienia zostało jeszcze 100 szt. Zamiast zamówić transport materiałów kupionych, kazał dokupić nowe bloczki, 35 szt. A teraz zostało.


Oczywiście nie powiedziałam mu o tym, bo nie chcę go denerwować. On jest szalenie ambitny i nie uznaje swoich błędów. A zresztą nie mogę się czepiać faceta. Sama powinnam tego pilnować, liczyć palety i kontrolować ilości przywiezionych materiałów - też się w tym pogubiłam, a przecież miałam na głowie o wiele mniej niż pan Jarek. 
Naprawdę nie można mieć o to pretensji. Zwłaszcza, że nic się nie stało. Bloczki albo się odda, albo wykorzysta później, do budowy garażu. Kilka bloczków zawsze się przyda, choćby na chwilę, do ułożenia prowizorycznych schodków przed wejściem do domu. Marek twierdzi, że bloczki będą mu też potrzebne do budowy cokołów pod odsłuchy w studio. Czyli problemu nie ma.

Transport cementu miał przyjechać na 15. Uprzedziłam telefonicznie panią sprzedawczynię, że o tej godzinie na budowie nikogo nie będzie, więc nie będzie ludzi do rozpakowania i noszenia worków cementu:
- Przydałoby się, żeby przyjechało auto z hds-em, żeby ustawić paletę za bramą. Bo o tej porze nie mam już ludzi do rozładunku – uprzedziłam grzecznie.
- Dobrze, nie ma problemu. Tak przekażę kierowcy.

Pojechaliśmy z dziećmi do McDonalda na obiad. Są mega promocje, kupony rabatowe i można zjeść niezdrowy obiad za 12 zł sprawiając dzieciom i sobie frajdę. Czasem głupiejemy, żeby nie było za zdrowo. A tu telefon od kierowcy, że za 20 minut będzie na budowie z cementem i żeby ktoś był na miejscu i otworzył bramę:
- Bo nie mam hds, a przez ogrodzenie nie przerzucę.
Cóż, umowa była inna. Kierowca miał sobie poradzić w wstawieniem palety za bramę bez jej otwierania, a więc bez naszej obecności. Ale co zrobisz jak nic nie zrobisz?

No dobra, szybki powrót na działkę. Niedojedzone tortille i niedopite napoje w dłonie i do auta. Aż strach pomyśleć co by było, gdybyśmy z mężem pracowali na etatach w godzinach od 8 do 16. Nie wyobrażam sobie, jak wtedy ogarnąć życie, zakupy, mieszkanie, dwoje dzieci i jeszcze budowę, która co chwilę wymaga obsługi, jeżdżenia, zakupów i przyjmowania transportów.

Pan kierowca to młody, chudy chłopak, który okazał się nadspodziewanie silnym facetem. Jego chudość mnie zmyliła, dopiero po bliższym przyjrzeniu się dostrzegłam jego silne muskuły. Błyskawicznie wyładował z samochodu, własnymi rękami, 30 worków cementu, z których każdy ważył 25 kilo. A brał je po dwa na raz! Siłownia temu panu nie jest potrzebna. Ja ledwie podnoszę pojedynczy worek i po takim rozładunku chorowałabym tydzień. A na tym chudym facecie nie zrobiło to żadnego wrażenia. Nawet nie dostał zadyszki! Spryciarz jeden.


Przy okazji rozładunku cementu podlaliśmy strop i wieńce. Było trochę frajdy dla dzieciaków z lania wody wężem. 

środa, 29 października 2014

43. Winda, tęcza i niebieskie ognisko

2013-09

Po skończeniu zalewania stropu pan Jarek z chłopakami pojechali do domu po podnośnik. Budowanie parteru zostało zakończone i nadszedł czas na prace wysokie. Może nie wysokościowe, ale jednak wyższe, bo na poddaszu, gdzie wchodzi się po schodach. Aby ułatwić sobie transport wszelkich materiałów budowlanych na górę, podnośnik warto mieć. I pan Jarek ma.





Podnośnik okazał się dość prowizoryczną windą napędzaną silnikiem elektrycznym. Kabina, która przypominała bardziej platformę niż zamkniętą przestrzeń, wciągana jest na górę za pomocą stalowych linek mocowanych na kółkach i przekładniach. Wygląda to dość paskudnie. Stalowy stelaż pomalowany jest rudą, matową farbą podkładową, belki są poobijane, brudne i szorstkie, aż ciarki przechodzą jak się je dotknie. Brrrr! Ale najważniejsze, że po złożeniu całości, skręceniu ze sobą wszystkich elementów mieszczących się na małej przyczepce samochodowej pana Jarka, urządzenie działa. I jest całkiem duże, wysokie w każdym razie.


Na dole podnośnika znajduje się jakby kabina, czyli platforma stanowiąca podłogę o wymiarach metr na metr, z barierkami z jednej strony, niby zapobiegającymi wypadnięciu – choć oczywiście standardy bezpieczeństwa są dalekie od ideału. Na owej platformie mieści się albo człowiek albo taczka. Razem człowiek z taczką nie za bardzo. Gdy na paltformie ustawi się ładunek, na przykład taczkę pełną świeżej zaprawy, wówczas należy uruchomić silnik i winda jedzie pionowo w górę, wzdłuż ściany, aż nad strop. Potem "kabinkę" obraca się o 90 stopni tak, że platforma w całości zawisa nad stropem. Następnie między platformą a stropem układa się kładeczkę z deseczki i już można zjechać taczką na strop. Sprytne urządzenie, dzięki któremu budowlańcy nie będę musieli dźwigać po schodach pustaków, cegieł, narzędzi i wiader z zaprawą. Bo betoniarka produkująca zaprawę jest na dole, a budowa trwa już na górze.





Panowie skręcali podnośnik dobre pół godziny. Po skończeniu, z kilkunastu niedużych elementów mieszczących się na małej przyczepie, powstała całkiem wysoka i potężna maszyna. Ostrożnie sprawdzili czy działa, a potem okryli silnik i kabel elektryczny czarną folią, na wypadek deszczu, folię przywalili do ziemi kilkoma cegłami, żeby wiatr jej nie zwiał, i pojechali do domu.

Strop powoli schnie a podnośnik czeka w gotowości, aż możliwe będzie budowanie ścian poddasza. Do wtorku niczego nie zrobią. Wreszcie mają zasłużony odpoczynek, prawie cały piątek, potem sobota, niedziela i poniedziałek wolne!

Za to naszym zadaniem w te dni, zwłaszcza w piątek i sobotę - było podlewanie betonu wodą. Żeby zbyt szybko nie wysechł i żeby nie popękał. W tym celu na końcówce węża zamontowaliśmy zraszacz, czyli plastikowe urządzenie przypominające pistolet, które kupuje się w sklepie ogrodniczym. Zraszacz pozwala na zmianę grubego strumienia wody w lekką, rozproszoną mgłę. Ale to pewnie wszyscy wiedzą. Tylko ja jakoś tak późno się dowiedziałam, bo gdy byłam mała to na naszej działce tato robił zraszacz sam, poprzez umiejętne ściśnięcie palcami końcówki węża. Dziś dzięki Bogu są nowocześniejsze metody.



Pan Jarek poinstruował Marka, jak należy korzystać ze schodów, aby ich nie uszkodzić. Mnie w tej edukacji zignorował uznając słusznie, że powinnam poczekać na moment, w którym możliwe będzie wejście na górę bez akrobacji. Dopóki beton nie zastygnie, nie wolno po nim chodzić. To jasne. Czyli stąpamy tylko po krawędziach desek dolegających do stopni pionowo, opierając stopy na drewnianych rantach i uważając, aby czubkiem buta nie odkształcić stopni. Aby utrzymać równowagę należy trzymać się ścian. No, przyznaję, nie dla mnie takie akrobacje, zwłaszcza, że potknięcie grozi odciśnięciem śladów stóp na świeżym betonie, i to na zawsze,. Na szczęście zakaz chodzenia po schodach obowiązywał tylko w piątek. Pan Jarek twierdzi, że już w sobotę beton będzie na tyle twardy, że można będzie po nim normalnie chodzić.





Na strop natomiast, gdzie warstwa betonu jest o wiele cieńsza niż na schodach, można było wejść już po trzech godzinach od zalewania. Pan Jarek wszedł tam jako pierwszy, delikatnie przerysował podłoże butem, potem lekko, z wyczuciem tupnął i rzekł:
- No, jako taka twardość już jest, można delikatnie wchodzić, byle nie na obcasach i całymi stopami. Bo już trzeba zacząć polewać. Tylko pamiętajcie, żeby nie mocnym strumieniem, żeby nie wypłukiwać cementu. Ma być zraszanie. O, tak – zademonstrował pierwsze polewanie stropu osobiście.
I pojechali.

Na parterze, przez szczeliny między pustakami stropowymi, do środka domu kapała brudna betonowa woda. Na parterze na wylewce między stemplami w kilku miejscach pojawiły się stojące, brudne kałuże a na pustkach stropowych od spodu wyszły mokre, ciemne plamy. Kiedyś myślałam, że deszcz w czasie budowy to największa katastrofa, jaka może się przydarzyć. Teraz wiem, że przy zalewaniu betonu deszcz to samo dobro. Ma być mokro, ma kapać i ma wiązać. A schnąć to sobie będzie potem, przez kilka albo kilkanaście długich miesięcy, które nastąpią po zadaszeniu domu.



Tego dnia zamówiliśmy z hurtowni ostatni już transport pustaków i cegieł, Mają je przywieźć we wtorek rano. Pan Jarek chce, aby palety z materiałami wyładowane były hds-em bezpośrednio na strop. Wtedy nie będzie potrzeby wnoszenia pustaków albo wwożenia ich windą na górę.

Kolejną sprawą, jaką załatwialiśmy w ten piątek było umówienie serwisu wc. Upłynął już bowiem miesiąc trwania naszej budowy i toj-toj upominał się o sprzątanie. Pan z firmy asenizacyjnej, od której wynajęliśmy wc, po telefonicznym uzgodnieniu terminu i godziny, przyjechał niewielkim samochodem – szambiarką. Wypompował śmierdzącą rurą wszystkie fekalia, roztaczając na chwilę nieprzyjemną woń po okolicy. Potem przy pomocy myjki ciśnieniowej umył prysznicem całą kabinę, spłukując ją mocno pachnącym detergentem, zawiesił dwie nowe rolki papieru toaletowego, nalał na dno toalety jakąś pachnącą, niebieską ciecz, wypalił z Markiem papierosa, zainkasował 150 zł i pojechał. Po krótkiej, sprytnej acz gównianej można by się rzec robocie, znów jest czysto, pachnąco i przyjemnie. Mamy spokój na kolejny miesiąc. Mam nadzieję, że do tego czasu budowa się zakończy.



Polewaliśmy beton przez cały piątek, co okazało się bardzo przyjemnym zajęciem. Wszyscy wchodziliśmy na strop i wszyscy po kolei dopominaliśmy się o swoją kolejkę do bycia operatorem węża. Każdy chciał być polewaczem. A już największą frajdę miał nasz młodszy syn, który zamiast rozlewać bryzę po stropie, kierował pistolet ku niebu i strzelał wodą pod słońce, robiąc piękną, szeroką tęczę. Słońce załamywało swe promienie na rozproszonych kropelkach wody i Karol czuł się jak cudotwórca. Sporo tej wody wylał „na darmo”, no ale pięknie było. Taka okazja szybko mu się nie powtórzy, więc specjalnie nie protestowaliśmy. Zresztą wszyscy mieliśmy z tego frajdę.







Pogoda była piękna tego dnia. Siedzieliśmy na działce aż do wieczora. Paliliśmy ognisko i w międzyczasie pielęgnowaliśmy strop. Posprzątaliśmy sporo gałęzi, które zalegały na działce z czasów jeszcze sprzed budowy. Paliliśmy też ścinki od stempli, których mnóstwo leżało pod płotem. Bo każdy stempel, zanim stał się podporą stropu i zanim został wpasowany między belkę stropową a posadzkę, docinany był na indywidualny wymiar, aby pasował w konkretne miejsce. Jeden stempel trzeba było przyciąć o 6 cm, a inny o 8, bo drobne różnice w poziomie wylewki jednak występują. Pozostało więc wiele niepotrzebnych, drewnianych krążków, które teraz tworzyły dla nas płomień ogniska. Spedziliśmy naprawdę cudny wieczór.



Pan Jarek mówił, że stemple będzie zdejmował najwcześniej po miesiącu od zalania stropu. Do tego czasu na parterze będzie stać las nieokorowanych pni. Po zdemontowaniu stemple raczej nie nadadzą się na żadną inną budowę, a jedynie do spalenia, bo wszystkie zostały skrócone – chyba że ktoś planuje niższy strop.


Spaliliśmy w ognisku sporo papierowych worków z cementu, które złożone były w stertę obok garażu. Ku uciesze Karola dawały zielono-niebieskie płomienie. Zostawiliśmy tylko worki z plastikowymi butelkami po wodzie mineralnej, ze ścinkami styropianu i z plastikowymi taśmami, którymi związane były materiały budowlane na paletach. Zostało tego naprawdę dużo. Po skończeniu budowy trzeba będzie zamówić kontener na śmieci i zapakować do niego wszystkie toksyczne odpadki, które nie nadają się do spalenia.
W każdym razie i tak spora kupa suchych gałęzi i papierowych śmieci została strawiona przez płomienie ogniska, co niezmiernie mnie cieszy, bo znów na działce zapanował prawie porządek.

Z piątku na sobotę padał deszcz, więc rano strop podlał się sam, oszczędzając nam jednego wyjazdu na działkę. Strop podlaliśmy tylko wieczorem. Potem bardzo się ochłodziło, słońce schowało się za chmury, przestało palić gorącym żarem i woda nie parowała, tylko stała w kałużach na stropie. W niedzielę od czasu do czasu pokrapywał deszczyk.
Matka natura nam sprzyjała, pogoda jak na zamówienie. Strop wypielęgnował się praktycznie sam, jakby w prezencie. Nic nie popękało.

We wtorek znów się ociepliło, chyba żeby murarze nam nie pomarzli. Rano zawieźliśmy dzieci do szkół i pojechaliśmy na działkę. Panowie zdążyli już pozdejmować blaty, żeby – jak tłumaczył pan Jarek - spuścić wodę, która stała w kałużach na stropie. Bo strop ma być wilgotny, a nie zanurzony w wodzie. Za dużo wody to też podobno niedobrze. Panowie zdjęli też część desek ze schodów, zostały tylko te pionowe ograniczniki dla stopni.

Dodatkowo robotnicy zbili z desek prowizoryczną poręcz i barierkę, aby nikt przypadkiem nie spadł ze stropu na klatkę schodową. Tam naprawdę jest wysoko i upadek mógłby się bardzo źle skończyć. I nie wiem, co tego dnia panowie robili dalej, bo pojechaliśmy po nowe zakupy zamówione przez pana Jarka.


Tym razem dokupowaliśmy pręty gwintowane, fachowo nazywane są złączami śrubowymi. Kupiliśmy też śruby i podkładki. Poprzednio użyte do skręcania blatów pręty pan Jarek odzyskał, wykręcił z wieńca. Będą jeszcze potrzebne, a nowymi zakupami jedynie uzupełniliśmy stan do potrzebnej ilości. Dokupiliśmy też kilka grubszych prętów, które będą potrzebne do przykręcenia murłat. Nie wiem o co chodzi, ale pewnie niebawem się dowiem.

Jak zwykle w naszej hurtowni, jako stały już klient, poprosiłam o rabat, czym wzbudziłam powszechną wesołość, bo zakupy były naprawdę drobne i kwota śmieszna. Rabat, a przy okazji dobry humor pana sprzedawcy, udało nam wywalczyć. Marek powiedział mu, że jak nie będzie rabatu, to żona (niby ja) straci humor na cały dzień i w domu będzie piekło. Pan przyznał:
- Uuuu, no tak nie może być, żeby żona piekło robiła. Zaraz tu coś zaradzimy. Ooo, bardzo proszę, całe 5 złotych rabatu dla państwa! – śmiał się facet. I super.

Pan Jarek tego dnia polecił nam jeszcze załatwić płukankę. Płukankę! Tak dokładnie się wyraził.
- Jaką znowu płukankę panie Jarku? – spytałam całkiem pogubiona ze wzrokiem błagającym o litość.
- No, normalną, taką nie za grubą, od 8 do 16. Tonę tylko, tona wystarczy – tłumaczył pan Jarek tak, jakby wszystko było oczywiste, jakoby chodziło o rosół z kluskami, o coś totalnie swojskiego, a nie o całkiem nowe dla nas pojęcie.
Jezu, o co chodzi? Jaką płukankę? Co to znowu jest! Ja znam tylko płukankę do włosów, albo płukankę do odświeżenia jamy ustnej, ale tego się nie mierzy w tonach ani w ósemkach czy szestanstkach!
Nie ma lekko. Trzeba będzie się dowiedzieć, dopytać, co to jest ta płukanka, i trzeba będzie ją „załatwić”. Ale o tym opowiem w następnym poście, bo "załatwiania płukanki" nie da się opisać w dwóch akapitach.