Dom

Dom

wtorek, 2 września 2014

37. Spóźniony komin i oporne stemple

2013-08

Dziś, gdy pojechaliśmy na budowę, pan Jarek kończył ostatnie ścianki wydzielające łazienkę. Z niepokojem w głosie spytał:
- Co z tym kominem? Miał być wczoraj, i nie ma. Ja tu mam roboty na jakieś dwie godziny i dalej stoję! Jak nie ma komina to ja nie mam co tu robić – odgrażał się pan Jarek.
No fakt. Komin powinien już być. Zadzwoniłam natychmiast do sprzedawcy i tonem nieznoszącym sprzeciwu (mają dzień spóźnienia!) spytałam, o której mam się spodziewać dostawy.
- Panie Jarku, w hurtowni mówią, że będą z kominem za 2 godziny.
- A skąd ten komin?
- Z tego składu na rogu.
- Eee, oni to kłamią! Jak na koniec dnia dotrą to będzie dobrze. Z nimi zawsze tak, nigdy nie mogą zdążyć na czas. No dobra, zobaczymy. Jak nie przyjadą za dwie godziny to na dziś najwyżej skończymy.

Ekipa może skończyć i odjechać, tylko że wtedy to my mamy kłopot. Ktoś przecież musi być na działce by otworzyć bramę i przyjąć transport. Nie wygraliśmy czasu na loterii, nie możemy spędzić połowy dnia siedząc na budowie i oczekując na samochód z kominem!

W kolejnym telefonie do hurtowni udało mi się przekonać pana, że komin to sprawa życia i śmierci. Obiecał sprawę przyspieszyć. I faktycznie, komin przyjechał zanim pan Jarek skończył swoje murowanie.
A tego komina były trzy palety, plus osobno spakowana wełna mineralna, którą pan Jarek od razu polecił zanieść pod dach, do garażu:
- To tak na wypadek deszczu. Wełna nie powinna zmoknąć.





Zanim się zorientowaliśmy, nasze harty rzuciły się na robotę i zbudowały część komina, aż do wysokości stropu! Na paletach zostało jeszcze mnóstwo elementów. Mają one wystarczyć na wybudowanie prawie 9 metrów komina, żeby sięgał wysoko, aż nad dach.

Jutro ekipa zaczyna układać belki stropowe. A do tego konieczne są stemple. Oczywiście są one zamówione. Transport ma być dziś, tylko jeszcze nie wiadomo o której.
Dzwonię do tartaku i dostaję informację, że "Jakoś po południu".
- A dokładnie o której? - zdenerwowałam pana moim wścibstwem.
Nie wiadomo. Zdezorientowany pan w słuchawce nie umiał mi odpowiedzieć. No nieźle. Czyżby było nam pisane spędzić ten dzień na budowie? Umówiłam się z facetem, żeby zadzwonił do mnie na pół godziny przed przyjazdem. Zdążymy w tym czasie dojechać na działkę z domu.

Zadzwonili o 14, że będą u mnie za półtorej godziny. Cóż, niektórzy nie odróżniają pół godziny od półtorej godziny, ale to jeszcze nic.
Pojechaliśmy na działkę po raz drugi tego dnia, na 15:30. Niestety, transport opóźnił się – bagatela - o 3 godziny! Oczywiście nikt nas o tym nie powiadomił! Gdy zadzwoniłam po godzinie spóźnienia usłyszałam, że właśnie do mnie wyjechali. Ale to było oczywiste kłamstwo, bo trasę pokonywali dobre dwie godziny zamiast szacowanych 35 minut.
Ktoś nieźle nas już wkurzył. Nie mamy wyjścia. Czekamy. Mój starszy syn w takich sytuacjach mawia z rozbrajającym uśmiechem na twarzy "Co zrobisz jak nic nie zrobisz?".
Pan Jarek i jego ekipa dawno już zeszli z budowy, a my czekamy, jak te głupki.

Wreszcie przyjechał samochód z tartaku. Była to niewielka półciężarówka z odkrytą paką. Na spodzie płasko leżały rygi, a na nich stemple, 150 sztuk. Tworzyły one pokaźny stosik, który powiązany był linami w cztery pęki.


Chociaż byłam wkurzona czekaniem i odgrażałam się Markowi , że jak już dojadą to im nawtykam, to jednak nie krzyczałam na kierowcę. Odpuściłam awanturę. To nie jego wina, że panowie z biura obiecują o wiele za dużo, niż biedny kierowca może wykonać. Facet jeździ sam, zachrzania od rana i zbiera cięgi za puste obietnice szefów.

Okazało się, że przed domem, gdzie miały zostać wyładowane stemple i deski, jest zbyt mało miejsca, aby je po prostu zrzucić z paki. Samochód ledwo się zmieścił w bramę wjeżdżając tyłem. Część ładowna samochodu podnosi się na wszystkie strony, teoretycznie można więc zrzucić te bale na bok albo do tyłu. Ale u nas na bok się nie da, bo mało miejsca. Zrzucić do tyłu też się nie da - bo mało miejsca! W dodatku przy ścianie domu, po bokach, przy toj-toju, czyli dosłownie wszędzie stoją palety z materiałami budowlanymi. Są tam pustaki stropowe, pustaki kominowe, paleta z workami cementu i pustaki porothermu. No i do tego kupa piachu na środku. Wolny jest zaledwie kawałeczek placu, na ukos, między paletami. Tam pan Jarek wymyślił „wypakowanie” stempli i ten fragment placu polecił posprzątać swoim chłopakom. Oni  uprzątnęli leżące tam jeszcze dziś rano belki stropowe, przenosząc je w głąb działki, za dom. Jednak teraz okazało się, że to niewiele dało. Miejsca wciąż jest zbyt mało. 





Pan Jarek spodziewał się, że stemple będą zrzucane z samochodu–wywrotki. Obawiał się, żeby spadające bale nie poleciały na pustaki w sposób niekontrolowany. 
- Bo jak zacznie kipować, to bale polecą. Żeby nam tych pustaków nie roztrzaskali. No kurde ciasno, ciasno! – martwił się pan Jarek.
Poustawiał więc prowizoryczne zabezpieczenia z pustych palet, którymi obstawił na sztorc materiały budowlane. Wiedział, że nad spadającymi z auta okrągłymi stemplami nie da się za bardzo zapanować. I miał rację.


Kierowca zaczął podnosić przyczepę, żeby stemple zsunęły się tylną burtą. Patrzyliśmy na to z przerażeniem. Miejsca było stanowczo za mało. Wiedzieliśmy już, że puste palety oparte o pustaki nie są w zasadzie żadną ochroną. Pomimo, że kierowca szarpał podniesioną przyczepą w górę i w dół, próbując strząsnąć bale, drewno się zablokowało. I całe szczęście! Nieokorowane stemple nie chciały się ześlizgnąć z auta, choć przyczepa była uniesiona pod kątem ponad 45 stopni. Gdyby to spadło, nasze pustaki stropowe zostałyby potłuczone jak nic! Oj, wyobraźnia nie jest mocną stroną kierowcy. Aż dziw bierze.  





Cóż, tak nie pójdzie. Kierowca był niemal załamany. Nie było innego wyjścia, jak rozwiązać przynajmniej jedną wiązkę drewna i zrzucić część stempli z samochodu ręcznie. „Jak się trochę poluzuje, to może reszta się jakoś łagodnie ześlizgnie” – mówił facet. Może???!!!!


Kierowca klął pod nosem, że na koniec zmiany musi jeszcze zrzucać ręcznie 150 stempli, ale nie było innego wyjścia. Facet opuścił przyczepę, odjechał nieco w stronę ulicy, aby zrobić miejsce na zrzucanie stempli i zgasił auto. Potem założył rękawice, wlazł na przyczepę i zrzucał po kolei na ziemię pojedyncze bale. Marek porządkował je na ziemi w równy stos, żeby belki leżały równolegle. Jest ich za dużo i nie zmieściłyby się leżąc jakkolwiek. Porządek jest po prostu koniecznością.

Po zrzuceniu ręcznie około 30 belek kierowca ponowił próbę skipowania reszty drewna samochodem. Tym razem się udało. Belki zsunęły się, do połowy długości, wraz z częścią desek pod nimi. Kierowca odjechał nieco samochodem i prawie cały transport bali znalazł się na ziemi, dokładnie w bramie. Pół ich długości leżało na działce, a pół na chodniku.


Pięknie. Teraz czeka nas wrzucenie tego wszystkiego, ręcznie, na działkę. Resztę desek, która została na samochodzie, kierowca zrzucił już na chodnik i jezdnię. Na działce nie było ani odrobiny wolnego miejsca. Oczywiście za domem jak najbardziej. Miejsca dużo. Tylko dopóki nie przebudujemy zjazdu, nie usniemy drzewa i nie przestawimy toj-toja,  nijak nie da się tam wjechać.

Zapłaciłam za ten interes 1470 zł i pan odjechał, zostawiając nas z deskami i balami na ulicy, na chodniku i centralnie w bramie, której w takim stanie nie dało się zamknąć.

I wtedy zjawił się sąsiad Wojtek, który ochoczo zaproponował pomoc:
- Pomogę wam, to raz dwa się to wrzuci – zaćwierkał wesolutko. No wariat. Nie ma co robić, czy jak? Ale  to miło, że przyszedł! Wojtek to świetny facet.
Razem z Markiem i z naszym starszym synem zaczęli przerzucać belki i deski z ulicy i chodnika w głąb działki. Napocili się przy tym nieźle, aż mi ich było żal. Niestety, nie pozwolili mi pomagać. 
- To nie jest robota dla bab. Ty sobie rób te swoje zdjęcia i nie przeszkadzaj.
No to robiłam. I nie przeszkadzałam.

Wojtek przejął dowodzenie. Powbijał w ziemię pionowo kołki zabezpieczające bale przed sturlaniem się ze sterty, "żeby nikomu nie spadło na nogi", i dyktował gdzie co kłaść. On to jednak lubi.




Stempli i desek jest tak dużo, że zawalają całe wejście. Obecnie na działkę nie da się wejść ani z niej normalnie wyjść. Żeby się wydostać na ulicę musieliśmy wgramolić się na szczyt sterty, a to niełatwe, gdy okrągłe bale turlają się spod nóg. Jakoś daliśmy radę, choć ja z trudem, prawie skręciłam nogę.

Żeby móc zamknąć bramę, której jedno skrzydło otwarte było do środka działki, trzeba było je zdjąć z zawiasów. Marek z Wojtkiem sprytnie przenieśli przęsło przez stos i nadziali je na zawiasy z drugiej strony. Teraz bramę dało się zamknąć. Uff!
Jutro pan Jarek i jego ekipa będą zaczynać dzień od sprzątnięcia stempli i desek z przejścia.




Dziś pan Jarek opowiedział nam, jak będą wyglądać schody. Okazało się, że pod biegami (czyli pod schodkami) cała przestrzeń została przewidziana przez naszego architekta na schowki. W projekcie jest ich dwa. Jeden mały, z niskim wejściem od strony spiżarki (to dziupla Karola), drugi duży, do którego będzie się wchodzić na stojąco. A więc żadnych strat przestrzeni. Super! Na rysunkach i szkicach tego nie wyłapałam. Nawet pan Jarek pochwalił, że fajnie to wymyślone. Odkurzacz, deska do prasowania, drabina i suszarka na pranie – wszystko bez problemu zmieści się pod schodami. I wiele innych rzeczy też. To ważne, zwłaszcza że nie mamy piwnicy. Upychanie deski do pracowania między segmentem a kaloryferem nie jest fajne i cieszę się, że mnie to nie spotka.
I tak oto rozwiązał się mój dylemat, gdzie będę trzymać maszynę do szycia.

Oj, duży ten dom. Nie wiem, czy nie za duży.
Salon też zaczął mi wyglądać na spory :)

poniedziałek, 1 września 2014

36. Ścianki działowe ciąg jeszcze dalszy

2013-08

Prawie już widać wszystkie pomieszczenia. Prawie, bo część ścianek jest zrobiona do połowy wysokości. Niemniej kształty pomieszczeń są już poodcinane, wydzielone z jednej dotąd, dużej płaszczyzny. Nadal nie wiem, czy salon nie będzie zbyt mały. Patrzę na niego i patrzę i nijak go nie widzę. Wyobraźnia mi się zablokowała czy co?


O pokojach chłopców nawet boję się myśleć. Te wydają mi się kategorycznie zbyt małe. Pan Jarek mnie pocieszał:
- Nie są za małe. To tylko tak się wydaje, bo nie ma sufitu. Jak dojdzie strop wrażenie będzie zupełnie inne. Zawsze tak jest - powiedział całkiem sporo słów na raz! Widocznie rozczuliło go moje zmartwienie.
- A salon? Też mi sie wydaje mały?
- Mały? To ma być mały salon? Ogromny jest! Zbudowałem już kilkadziesiąt domów i niech mi pani wierzy, że rzadko spotykam tak duże salony jak ten.

Wchodziłam dzisiaj do tych mikro-pokoików niemal na czworaka, bo wejścia zastawione były rusztowaniami. Musiałam się przeczołgiwać pod stelażem, między szczebelkami metalowych konstrukcji.  Wybrudziłam się przy tym nieźle czerwonym pyłem leżącym na posadzce. Ale cóż, musiałam zaspokoić swoją ciekawość. Samo zaglądanie do pokoi z zewnątrz przez okna nie pozwalało mi ocenić ich wielkości. 


Od środka faktycznie nie wygląda to najgorzej. Pokoje mają ok. 10,5 m2 każdy, a ich kształty pozwalają na logiczne ustawienie łóżka, szafki nocnej, biurka, szafy i biblioteczki. A przecież o to tylko chodzi, więcej nie potrzeba.

Przypomniał mi się mój mały pokój, który w dzieciństwie dzieliłam z bratem. Jego wymiary to 2,2 na 3 metry, czyli powierzchnia 6,6 m2. I mieszkało się jakoś w tym przyciasnym bloku, dzieląc imitację pokoju z rodzeństwem.. Nie było innego wyjścia.
Tak więc pokoje chłopaków są jakie są, inne nie będą. Prawdę mówiąc bardziej zależy mi na przestrzeni w salonie, bo jak znam życie tam właśnie będzie toczyć się życie. 10 m2 na jedną osobę, do przespania się w nocy i odrobienia lekcji w dzień, powinno wystarczyć. Żeby tylko ten salon nie był za mały, kurcze!

Dziś przywieźli strop. Belki zbrojone i pustaki stropowe. Pustaki są keramzytowe, 12-kanałowe. Pan Jarek powiedział, że to dobrze, że 12-kanałowe a nie np. 2-kanałowe, bo ponoć im więcej kanałów tym pustak mocniejszy:
- Na ostatniej budowie robiłem strop z 3-kanałowych. Potrafiły pęknąć pod ciężarem stóp, gdy się po nich chodziło. Kruche toto strasznie było. Aż strach pomyśleć, co się stało z tymi pustakami pod naporem betonu przy zalewaniu. Dobrze, że kupiliście lepsze.







Strop rozpakowany został bezproblemowo przy użyciu jakże użytecznego systemu hds. Pan kierowca-operator wykazał się wielką wprawą w precyzyjnym ustawianiu ciężkich i bujających się w powietrzu palet załadowanych tonami materiałów. Brawo. 

Dziś dostaliśmy od pana Jarka "krótką rozpiskę". Potrzebne są gwoździe, kołki rozporowe, złącza śrubowe, czyli takie nagwintowane pręty, śruby i podkładki. Zakupy faktycznie drobne - koszt 200 zł. Pręty będą potrzebne do zalewania wieńca, czyli oczywiście nie mam pojęcia do czego, ale jak zobaczę, to napiszę. 


Musieliśmy też załatwić transport jednej palety pustaków. Pan Jarek niedoszacował ilości pustaków potrzebnych na ścianki działowe parteru i przy poprzednim transporcie zamówił o jedną paletę za mało. Nie możemy niestety przywieźć wszystkich zakupionych pustaków od razu, bo na działce przed domem jest za mało miejsca i nie ma ich gdzie składować. Dlatego wozimy na raty. 
Z przywiezieniem jednej palety nie jest łatwo. Hurtownia niechętnie realizuje takie zachcianki. O zaangażowaniu w to dużego wozu z dźwigiem hds w ogóle nie ma mowy, więc pan Jarek zadeklarował, że wraz z ekipą rozładują te pustaki z palety, z samochodu, sami, ręcznie. Kierowca w składzie budowlanym, po naszych usilnych prośbach, zgodził się na przywiezienie tej nieszczęsnej pojedynczej palety:
- Ale piwo musi być za ten ekstra transport. Bez piwa to powiem pani że się tego nijak nie da zrobić - śmiał się facet. 
Dostał czteropak i podziękowania, bo naprawdę jechał specjalnie do nas, z jedną jedyną paletą. Za to ścianki działowe rosną. 




Pan Jarek trochę dziś narzekał na architekta, że "narysował sobie cwaniak tyle narożników, ścianek i pierdół, jakby nie mogło być to prościej. Łatwo się rysuje, trudniej wykonuje". Ale mnie się te ścianki bardzo podobają. Pan Jarek najchętniej zwiększyłby łazienkę kosztem sypialni, żeby ścianka się nie załamywała. Ale wtedy nie miałabym w sypialni wnęki na szafę - a to absolutnie wykluczone. Cóż, panowie pracują na całkowicie innych etapach budowy i niestety mają pewien konflikt interesów.

Według nas jak na razie architekt nie dał plamy. Może poza tym jedynie, że zaprojektował dach, jakby miały na nim leżeć dwie warstwy dachówek ceramicznych, a nie lekki gont. Za radą pana Jarka, po potwierdzeniu jego racji przez kierownika budowy, krokwie trochę odchudziliśmy i zamówiliśmy cieńsze, niż przewidywał projekt. Zamiast krokwi o wymiarach 0,22 m x 0,08 m będą 0,18 x 0,08. Pan Jarek twierdzi, że to i tak za dużo. W tartaku potwierdzili - bo spytałam - że taka więźba jaką zamówiliśmy nawet dachówkę ceramiczną utrzyma z zapasem, a co dopiero gonty.

Foto: Rozpiska więźby dachowej.


Co do konstrukcji dachu pan Jarek zaproponował jeszcze jedną poprawkę po architekcie. Mianowicie żeby dostawić w środku na poddaszu dwa dodatkowe słupy podpierające belkę poprzeczną. "Wtedy dach będzie na pewno sztywny i dobrze podparty" - tłumaczył. Oczywiście zgodziliśmy się bez zastrzeżeń. Skoro Pan Jarek robi dach to wie, jak najlepiej go podeprzeć. A rysunek to tylko rysunek.

Kierownik budowy pojawił się na działce wczoraj (nas przy tym nie było) i zapowiedział panu Jarkowi, że w piątek wyjeżdża na urlop, na dwa tygodnie. Oznacza to, że jeśli kierownik chce doglądać osobiście zbrojenia stropu przy wieńcu przed zalewaniem betonem, to budowa stanie na ponad tydzień. Panu Jarkowi, no i nam oczywiście, to całkiem "niewsmak".
Pan Jarek poprosił mnie więc, czy bym nie zagadała z tym kierownikiem, żeby nie było przestojów. Zadzwoniłam do Krzyśka i zaproponowałam, żebyśmy w czasie jego urlopu porozumiewali się mailowo. Jak zbrojenia będą powiązane, zrobię szczegółowe zdjęcia albo nagram filmik i wyślę mu materiał do akceptacji. Krzysiek oczywiście się zgodził. Powiedział, że ma teraz wielkie urwanie głowy, prowadzi kilka budów jednocześnie i wcale mu się pali, żeby wszędzie być osobiście.
Krzysiek przystał na moją propozycję zastrzegając, że jeśli zdjęcia mu nie wystarczą, to podeśle na budowę kolegę, jakiegoś innego kierownika, który zobaczy na żywo co i jak i ewentualnie zatwierdzi albo wstrzyma prace. Tak się umówiliśmy, więc ku uciesze pana Jarka przestojów prawdopodobnie nie będzie.
Krzysiek powiedział też:
- Ten wasz majster jak dotąd robi wszystko z głową, to jest szansa, że zbrojenia też dobrze pójdą. Bo jak ktoś mysli, to od razu widać. No, ale sprawdzić muszę zanim zaleją. Pilnuj tego, żeby nie zalewał dopóki nie zatwierdzę, ok.?
- Ok.

Słyszałam o bardzo wielu budowach, na których kierownik nie pojawił się ani raz. Wypełnił tylko dziennik budowy, podpisał papiery gdzie było trzeba i zainkasował gażę "za nadzór". Cieszę się, że Krzysiek tak nie robi i faktycznie sprawdza, jak i co jest robione.
Jutro mam zawieźć na działkę dziennik budowy. Krzysiek przed wyjazdem chce porobić w nim zaległe wpisy, bo dom już do połowy zbudowany a w dzienniku nie wszystko jest odnotowane. Podobno za nieprawidłowe prowadzenie dziennika budowy, w tym za brak wpisów o postępie prac, kierownik może dostać mandat. Krysiek o tym dobrze wie więc pilnuje papierków.




Pan Jarek poinformował nas, że z jego strony w zasadzie to już koniec wydatków. Skoro kupiony jest komin, strop, stemple i rygi oraz więźba dachowa, to dojdzie jeszcze tylko zalewanie stropu, płyty OSB na dach i papa. Uff! Co za ulga wiedzieć, że kasa nie skończy nam się w połowie piętra!

Najgorzej było na początku budowy, gdy codziennie dowiadywałam się o nieplanowanych przez nas zakupach albo gdy ceny materiałów przerastały nasze szacunki. Zaczęliśmy budowę nie wiedząc tak naprawdę, jakie materiały i ile przyjdzie nam kupić. Szybko się przekonałam, że zakup pustaków to kropla w morzu wydatków. Wreszcie mamy spojrzenie na całość i wreszcie wiemy, co nas jeszcze czeka – przynajmniej na etapie stanu surowego otwartego. 

Wszystko nam się uda :) 

piątek, 29 sierpnia 2014

35. Ścianki działowe ciąg dalszy

2013-08-20

Dziś pojechaliśmy na budowę z dziećmi. Karol wypatrzył niskie kwadratowe wejście do schowka pod przyszłymi schodami i zachwycił się dziuplą. Natychmiast zaklepał sobie to miejsce na swoją kryjówkę. jakby się bał, że ktoś go uprzedzi. Zaczął snuć plany, że będzie jak Harry Poter i zamieszka w komórce, pod schodami. Stwierdził poważnie, że konieczna będzie tam lampka, no i sam pomaluje ściany, po swojemu.
Nie mam pojęcia, po co nasz architekt zaprojektował taką dziurę w murze, ale pewnie na coś się ona przyda. Jak panowie budowlańcy dobudują schody i postawią wszystkie ścianki, to się okaże co to za schowek. Póki co jest radocha dla Karola.


Ścianki działowe zbudowane są do połowy wysokości, ale jeszcze nie wszystkie. Nadal nie widać, jakie będą pokoje dzieci, jaka łazienka i jaka sypialnia. Tylko wielkość salonu połączonego z kuchnią na razie można wyodrębnić od reszty. Pewnie jutro wszystko się wyjaśni.





Podejrzałam dziś, jak panowie stawiają ścianki działowe.
Najpierw wbijają w spoiny na końcach ściany po jednym gwoździu. Do gwoździ przywiązują sznurek, który wyznacza poziom. Sprawdzają to poziomicą. Sznurek wyznacza linię, na której ma kończyć się kolejny rząd pustaków. Następnie na rosnący murek przy pomocy kielni nakładana jest warstwa zaprawy, po czym na zaprawie układane są pustaki. Wszystko idealnie pod poziomo rozciągnięty sznureczek. Ułożenie każdego pustaka korygowane jest delikatnymi stuknięciami młoteczka. Żaden pustak nie może być ani niżej ani wyżej niż sznurek. Ściany faktycznie są idealnie proste. W pionie też, bo ścianki dostawiane są do pionowo przymocowanych desek i panowie wznosząc mur nie rozstają się z poziomicą, którą co chwilę przykładają do rosnącego muru kontrolując, czy równo idzie. 


Ścianki działowe łączą się prostopadle ze ścianami nośnymi nie tylko przy pomocy zaprawy, ale też przy użyciu drutów zbrojeniowych. Druty te wmurowane zostały najpierw w spoiny ścian zewnętrznych nośnych. Wystawały z nich niebezpiecznie, możnaby ich nie zauważyć i się nadziać, skaleczyć. Panowie pozaginali więc wystające ze ścian druty do dołu, żeby nie przeszkadzały.



Teraz z kolei, gdy do ścian zewnętrznych dostawiana jest ścianka działowa, druty wychodzące z każdej spoiny, jeden nad drugim, są odginane od ściany nośnej i prostopadle wmurowywane w spoinę ściany działowej. Dzięki temu ścianki działowe mają się nie obalić. Jak dla mnie pewnie sama zaprawa by to utrzymała w zupełności, ale pan Jarek twierdzi, że zbrojenie być musi. 

Pan Jarek przekazał nam kolejną karteczkę z rozpiską zakupów. Na czwartek potrzebne będą stemple (150 sztuk) i rygi, czyli grube, szerokie deski. Desek ma być 110 metrów bieżących, a każda deska musi być gruba na 3,2 cm, szeroka na 18 cm i mieć długość co najmniej 4 metry. Dechy konkretne. Ciekawe do czego?

Obdzwoniłam wszystkie znane mi tartaki i znalazłam ten, w którym stemple są najtańsze i kosztują 5 zł za sztukę. I wcale to nie był ten sam tartak, który miał najtańsze drzewo na więźbę dachową. Po raz kolejny okazało się, że dobra cena jednego produktu nie oznacza, że dany skład jest tani w całym potrzebnym asortymencie.
Za stemple, które służą tylko do tego, by podtrzymać strop przy jego zalewaniu a potem są w zasadzie do wyrzucenia, względnie do spalenia w ognisku, zapłacimy 750 zł.
Dziś wiem, że niektóre firmy budowlane dysponują stemplami metalowymi wielorazowego użytku. Stemple te mają regulację długości, można je więc wykorzystywać do podpierania stropów, nadproży albo czego się chce. Widziałam takie na budowie u znajomych. Pan Jarek jednak nie dysponuje takimi nowoczesnymi wynalazkami.

Dziś przez całą noc padał deszcz. Napadało sporo w te nieskończone mury, w przestrzenie powietrzne pustaków. Jak zwykle martwiłam się, czy to nie zaszkodzi naszemu domowi i jak zwykle zostałam wyśmiana przez ekipę murarzy. Uspokoili mnie, że budynek będzie sobie sechł do następnego roku, i tak wcześniej nie powinno się w nim nic robić. Więc spokojnie cała wilgoć zdąży odparować.

Po południu zadzwonili z fabryki stropów z informacją, że dostawa planowana na pojutrze dotrze już jutro, czyli dzień przed czasem. Będzie tego 9 palet pustaków i 2 złączone palety belek. Musimy więc przygotować miejsce na rozładunek. Niestety, na działce przed domem jest ciasno. Chłopaki będą musieli przerzucić ręcznie kilka palet pustaków w głąb działki albo wnieść je do domu. Zadzwoniłam do pana Jarka w tej sprawie. Ma się tym zająć.

Ustaliłam telefonicznie, że strop ma przyjechać na samochodzie z "hadeesem", czyli z dźwigiem, którym będą rozładowywane palety. To ważne bo oznacza, że transport mogę przyjąć choćby sama, nawet jak pana Jarka i ekipy nie będzie na budowie. Niczego nie trzeba będzie rozładowywać i dźwigać ręcznie, byle tylko było miejsce na ustawienie palet.

Dziś podejrzałam, że pan Jarek zamiata betonową posadzkę szczotką zmiotką. Wokół pełno piachu, pyłu, kamyków i odprysków z cięcia pustaków, a majster w tym całym syfie zaiwania sobie ze zmioteczką. Po co?
Otóż na zamiecionej powierzchni pan Jarek rozwija folię fundamentową, na której następnie stawiane są ścianki działowe. Pierwszy rząd ścianki działowej budowany jest z cegły pełnej, drugi i kolejne z pustaków.
Ciekawe, czy wszyscy budowlańcy wymiatają piasek i kamyczki spod folii? Nie sądzę. Ale pan Jarek jest pedantyczny w każdym działaniu. Dzięki temu folia z pewnością nie przedziurawi się o kamyczek i ewentualna wilgoć z wylewki nie wniknie do ściany. Pewnie folia i tak by się nie przedziurawiła, bo jest gruba i elastyczna, w dodatku zanim stanie na niej cegła najpierw idzie warstwa mokrej zaprawy. Jednak pan Jarek robi  porządnie i wymiata kamyki szzotką - zmiotką. 


Nie mogę się doczekać schodów na górę. No i żeby te pokoje dzieci już były!

środa, 27 sierpnia 2014

34. No przecież jeszcze komin!

- Na jutro to zdałoby się już ten komin przywieźć – zagadnął z głupia frant pan Jarek.
- Komin? Na jutro? - pierwszy raz usłyszeliśmy o kominie. 
- To nie mówiłem jeszcze?
Nie mówił. Zapomniał. Widocznie za szybko pracuje i to co pomyślał myli mu się z tym, co powiedział. Dobrze że choć pamięta co zrobił i wie co ma zrobić. 
No dobra. Będziemy kupować komin. Nie wiem wprawdzie, czy „na jutro” zdążymy, ale spróbujemy.

Zaczęliśmy od rozmowy z Irkiem, tym co to już zbudował dwa domy i się zna. Jak wygląda komin? Niech nas choć trochę oświeci.
Wyobrażałam sobie, że komin to strasznie długi element, pewnie jakaś rura, którą przywiezie nam na działkę very long-car. Oczywiście nic z tych rzeczy. Komin jest wprawdzie wysoki czyli długi, ale nie na etapie jego kupowania :) Podobnie jak strop komin przywożą w częściach, spakowany na paletach.

Komin się muruje. Stawia się go ze specjalnych pustaków, które łączy się ze sobą przy pomocy zaprawy murarskiej. Wewnątrz zestawionych jeden na drugim pustaków znajdują się kanały wentyalacyjne oraz kanał na rurę ceramiczną. Rura jest specjalna, odporna na żrące składniki chemiczne zawarte w spalinach. Te ceramiczne kręgi przed umieszczeniem w kanale pustaka otula się wełną mineralną, która uszczelnia i ociepla cały pion. Bez wełny w kominie hulałby wiatr i mróz, który mógłby z łatwością przeniknąć przez cienkie ścianki pustaków do domu. A mostków termicznych nie chcemy. Ma być ciepło.
Niektóre elementy ceramiczne są nietypowe, zawierają otwory i wyloty. Służą one zapewne do podłączenia w tych miejscach pieca. Ale tym zajmie się hydraulik na całkiem innym etapie budowy, mianowicie po położeniu tynków wewnątrz domu, gdy będziemy podłączać piec w kotłowni. Daleka droga.
W garażu leżą jeszcze niezamontowane elementy komina - jakieś stalowo-ceramiczne drzwiczki czy też zaślepki. Pan Jarek kazał je zachować i dać hydraulikowi w odpowiednim czasie.
Na szczycie komina, już po jego wybudowania, zauważyłam metalową, srebrną kopułkę, taki jakby grzybek. Niestety nie widziałam tego elementu na etapie budowy. Pewnie był spakowany gdzieś na palecie, między pustakami kominowymi. Przypuszczam, że chroni on wlot komina przed deszczem, ale głowy za to nie dam. Trzeba by o tym doczytać albo podpytać fachowca. Może hydraulik, który jest rozmowniejszy od pana Jarka mi to kiedyś wyjaśni.

Foto: kręgi ceramiczne komina i pustaki kominowe - w tym większym otworze ustawia się kręgi ceramiczne, mniejszy otwór to kanał wentylacyjny.



Foto: pustaki do ustawienia kanału wentylacyjnego przyległego do komina.


Irek uświadomił nam, że w obecnych czasach stawia się tzw. kominy systemowe. Ponoć najlepszą firmą produkującą kominy jest firma Schiedel, ale co za tym idzie mają też poważne ceny. Jak dla nas zbyt poważne. Irek zachwalał też sprawdzony przez siebie komin systemowy polskiego producenta z Bolesławca. Twierdził, że jest on równie dobry jak Schiedel, a kosztuje dwukrotnie mniej. Jednak po wykonaniu kilku telefonów okazało się, że w żadnym znanym nam składzie budowlanym nie handlują kominami z Bolesławca. A więc nie uda się szybko załatwić polskiego komina, a już na pewno nie „na jutro”. Schiedel natomiast jest dostępny od ręki. Jakże by inaczej. Ech, gdyby tak nie liczyć kasy, to budowanie w obecnych czasach byłoby czystą przyjemnością.
Komin Schiedel kosztuje 4 800 zł. Cóż. Drogo. Liczyłam, że na komin wydamy 2 500 zł. Szukamy dalej.

W kolejnych odwiedzanych przez nas składach budowlanych co rusz dowiadywaliśmy się o kominach czegoś nowego. W jednym z nich pan zapytał, jaka jest potrzebna średnica, ale niestety nie umiałam odpowiedzieć na to proste w sumie pytanie. Dysponowałam jedynie karteczką od pana Jarka, na której było napisane, że potrzebne jest 8,9 m.b. (metrów bieżących). Pan Jarek naszkicował też na kartce dwa przekroje dotyczące komina. Jeden to przekrój komina z wentylacją, a drugi to przekrój dodatkowej wentylacji z dwoma otworami. Pod każdym przekrojem podpisał ich wymiary:
- Jak pani pokaże tą rozpiskę, to w składzie już będę wiedzieć o co chodzi.
Nawet nie próbował mi tego tłumaczyć zakładając z góry, że niczego nie pojmę. Niech mu będzie. Skoro nie lubi gadać, niech nie gada. Z pracy techniki, rysowania rzutów i przekrojów akurat zawsze miałam piątkę, ale udałam, że przekrój faktycznie mnie przerasta. W domu przestudiowaliśmy szkic wnikliwie, żeby wiedzieć co kupić. Łatwe.


W jednym ze składów budowlanych sprzedawca wpadł na arcyciekawy pomysł. Mianowicie po ustaleniu, że komin ma obsługiwać piec gazowy, ów „fachowiec” poddał w wątpliwość, czy w ogóle komin jest nam potrzebny:
 - Bo niektórzy nie robią komina, tylko murują z pustaków przewód wentylacyjny i wylot. Kominy to są potrzebne do pieców na paliwa takie jak węgiel czy eko-groszek. A przy gazie to tylko skropliny się odprowadza i już. Po co aż komin – referował sprzedawca z wielkim przekonaniem.
Całkiem nam się to nie spodobało. Bo czy architekt, kierownik budowy i pan Jarek kazaliby budować komin, gdyby był on zbędny? Pan Jarek wyśmiał „nowatorski” pomysł sprzedawcy.
- Komin musi być zawsze. Do pieca gazowego też. Niech pani nie słucha głupot.

Potem pojawiła się nowa wątpliwość, jakie komin ma mieć fi, czyli jaką ma mieć średnicę. Czy potrzebne jest aż 20 cm, czy wystarczy 18 albo 16. Pan Jarek potwierdził, że do instalacji gazowej wystarczające jest fi 16 i takie się zazwyczaj robi. To dobrze, taniej.

Kolejne pytanie, to czy chcemy komin z wełną mineralną czy bez. Nie mam pojęcia, gdzie w kominie ma być wełna, ale pan Jarek potwierdził, że z wełną koniecznie, bo to element zapobiegający mostkom cieplnym. A więc z wełną - drożej.

Foto: wełna mineralna - element komina. Owija się nią ceramiczne, okrągłe elementy komina.


Ostatecznie ustaliliśmy, z pomocą pana Jarka, który wisiał na telefonie, wszystkie szczegóły dotyczące komina i wentylacji. Komin zamówiliśmy. Poprosiłam o przesłanie faktury pro-forma na e-mail, po południu zrobiłam przelew i na środę (a więc za dwa dni) komin ma być dowieziony na plac budowy. Z fakturą i – co ważne – z gwarancją. Koszt kupionego przez nas komina systemowego marki Leier to 3 000 zł.
Czekamy na dostawę.

Foto: Część wybudowanego komina. W rogu pustaki z kanałem na kręgi ceramiczne (owinięte wełną mineralną) i z kanałem wentylacyjnym. Z lewej dostawiony pion z pustaków wentaylacyjnych (dwukanałowy).


W poszukiwaniu komina, stropu i więźby dachowej przejechaliśmy naszym autem pond 160 km jednego dnia, jeżdżąc tylko po Łodzi i okolicach. O tym, że spędziliśmy na zakupach budowlanych ¾ dnia nie muszę pisać. Trzeba mieć duuuużo czasu, żeby to wszystko ogarnąć.

Jutro dostaniemy od pana Jarka „rozpiskę na stemple”.
- Muszę policzyć, ile ich tam będzie potrzebne. To zamówicie w tartaku.
Stemple mają służyć do podtrzymywania stropu przy jego zalewaniu betonem. Na razie wiem tylko, że są to młode, dość cienkie pnie drzew, które nie nadają się na deski, za to nadają się do bycia słupkami podporowymi.
- No i potrzebne będą rygi – kontynuował pan Jarek - czyli takie grubaśne deski – wyjaśnił od razu, uprzedzając moje pytanie – To też napiszę, razem ze stemplami w ratraku pani kupi.
Obawiam się, że zaplanowane przeze mnie w kosztorysie 700 zł na stemple i deski nie wystarczy. Cóż, zobaczymy.

Foto: Stemple (nieokorowane, młode pnie) i rygi (grube dechy).


Za to z pocieszających informacji jest taka, że pan hydraulik oddał nam 100 zł, czego kompletnie się nie spodziewaliśmy. Pieniądze i fakturę za zużyte materiały hydraulik podał przez pana Jarka. Zamiast przewidywanych i zainkasowanych 700 zł na fakturze wyszło 609 zł, a więc uczciwy człowiek policzył dla równego rachunku 600 zł i oddał stówę.
Zadzwoniłam do niego z podziękowaniem i zapewnieniem, że jak będziemy robić instalację hydrauliczną w środku domu to z pewnością skorzystamy z jego usług. Pan się ucieszył. Powiedział, że bardzo się poleca, że robi kompletną hudraulikę, czyli wodę i kanalizację, zakłada ogrzewanie, w tym również piece gazowe, kaloryfery, ogrzewanie podłogowe. No i elektryka sprawdzonego i niedrogiego też może podesłać. Poczta pantoflowa jest najskuteczniejsza. A pan ma ceny prowincjonalne, nie łódzkie, więc na pewno skorzystamy z jego usług. No i stówę oddał!

Na naszej budowie na szczęście coraz bliżej dach. Gonitwa jest niezła i zaczynamy odczuwać zmęczenie. Codziennie musimy być na działce, zamawiać materiały, ustalać, umawiać, płacić, podejmować decyzje, uczyć się co to rygi, pustaki deklowane, murłaty, krokwie i inne pierdoły, o których dotąd nie mieliśmy pojęcia.


Może jutro poczuję, jakie to te pokoje wyjdą. Przyznam, że się niepokoję. Z rysunku nie umiem sobie wyobrazić ich wielkości.




Podliczyłam koszty. Dotąd na budowę wydaliśmy ok. 60 tys. zł. Szacuję, że jeśli uda nam się postawić dom w stanie surowym otwartym (czyli z dachem pokrytym papą, bez okien i drzwi) za 110 tys. zł, to będzie bardzo bardzo dobrze.