Dom

Dom

czwartek, 26 listopada 2015

70. Geberity, styropiany i nierówna walka o warkocz.

2014-06

Na koniec wstępnych ustaleń pan hydraulik powiedział, że poza zakupami czysto-hydraulicznymi, które zrobi on sam bo najlepiej wie jakie, musimy pilnie zakupić:
- czarą folię budowlaną - koniecznie ma to być folia budowlana, czarna i gruba, nie chodzi o folię malarską!
- styropian
- stelaże do zamontowania wc.

A to zaskoczenie!
Owszem, folii i styropianu spodziewaliśmy się, ale stelaży do wc? Już? O co chodzi?
Okazało się, że chodzi o stelaże, popularnie zwane geberitami. Czyli o stalowe konstrukcje do zamontowania wc, przykręcane do ścian, które stanowią szkielet do zabudowy spłuczki, i do których później przykręca się muszle klozetowe, że niby wystają ze ściany.
- Chyba że nie chcecie geberitów, tylko sedesy kompaktowe, czyli takie stojące na podłodze, to wtedy nie trzeba jeszcze kupować - rzekł pan Kukułka.


Nie, nie chcemy kompaktowych. Chcemy sedesy zawieszane, wystające ze ściany, geberity, z zabudowaną spłuczką i z zamontowanymi w ścianie przyciskami do spłukiwania wody. Jako pani domu, która nie korzysta z wynajmowania pomocy domowej i samodzielnie sprząta swoje mieszkanie, mam serdecznie dość wymywania brudnego kurzu zza toalety! W nowym domu wszystko muszę mieć tak urządzone, aby podłogę w łazience móc posprzątać łatwo, mopem. Zwyczajnie, jak w większości normalnych domów. I na tym nie zamierzam oszczędzać. Sedesom przykręcanym do podłogi (kompaktom) mówimy więc stanowcze NIE!

Po folię pojechaliśmy od razu, do najbliższego, zaprzyjaźnionego składu budowlanego, w którym kupowaliśmy cegły, pustaki, bloczki i milion innych rzeczy i gdzie dają nam - jako stałym klientom – rabaty, albo też za każdym razem wciskają nam kit, że tak robią. Zdaję sobie sprawę, że pewnie mówią tak wszystkim klientom i że te "rabaty" to zwykły chwyt marketingowy. Klient zawsze się cieszy, że miał kupić za 100, a kupuje za 98. Ale niech tam. Nie będziemy dociekać, co to za rabat i czy faktycznie jest, bo nie będziemy jeździć za folią nie wiadomo gdzie. Cena nie jest warta spalania paliwa i marnowania czasu.

Za 100 m2 czarnej folii budowlanej zapłaciliśmy 105 zł. Folia jest szeroka na 4 m (były też 5-cio metrowe, ale hydraulik wybrał węższą, aby łatwiej było ją rozkładać), i jest zwinięta w poręczną rolkę. Spokojnie mieści się do bagażnika, nie trzeba zamawiać transportu.


Filię rozkłada się na wylanej płycie fundamentowej tylko na parterze. Na górze, na stropie, nie ma takiej potrzeby. Tak twierdzi nasz hydraulik, no to ja powtarzam.
Następnie na folii ułożony będzie styropian, jak izolacja termiczna, a potem, na tym styropianie zrobiona zostanie wylewka, czyli wygładzony podkład betonowy pod podłogi (panele, płytki, deski, wykładziny czy co tak komu pasuje). Rolą folii jest dodatkowe odizolowanie podłóg od wilgoci, jaka może podchodzić do podłogi spod spodu.

Hydraulik dużo nie gadał. Przebrał się w strój roboczy, założył maseczkę na usta, okulary ochronne, otworzył okna, wziął w garść pilarkę kontową i zaczął wycinać rowki w ścianach, w których potem będzie umieszczał rury.
Zrobił ich kilka, pod przyszłymi umywalkami w łazience, przy wc, przy przyszłym ujęciu wody w kuchni. W jednym miejscu przebił się rowkiem na wylot, przez ściankę działową między łazienką a pokojem. Młodszy syn się nawet wystraszył, że będzie miał dziurę w ścianie w pokoju. Na razie nie wyprowadzamy go z błędu. Nawet wkręciliśmy go, że tak musi być, bo nie ma jak zrobić wentylacji w łazience. Nie martwił się jednak długo, bo nie uwierzył.





W naszym domu, w łazience, umywalki będą dwie, żebym nie musiała rano czekać w kolejce, aż Marek skończy mycie zębów. Nasza obecna, mega mała łazienka, bez umywalki w ogóle, gdzie zęby myje się nad wanną i nie można się dopchać do kranu, to jakaś katastrofa. Dwie umywalki to ma być rekompensata za dotychczasowe lata katorgi.
Podejrzałam ten patent w domu mojej przyjaciółki lata temu, zanim jeszcze podwójne umywalki stały się modne, i rozwiązanie to uważam za bardzo praktyczne. Skończą się kłótnie, kto się pierwszy goli a kto układa włosy przed lustrem. Już nie mogę się doczekać tego luksusu!

W sprawie styropianu uruchomiliśmy znajomości. Ma to być styropian typu "strop - podłoga", a więc stosunkowo twardy. Miękki, taki do ocieplenia murów (czyli typ fasada), pod wylewki się nie nadaje.
Hydraulik rzekł, że na parter będziemy potrzebować dwóch warstw styropianu o grubości 4 cm, a na górę jedną warstwę o grubości 5 cm.

Przy okazji kupowania folii zapytaliśmy w składzie o cenę styropianu. Z upustem zaproponowano nam 54 zł za paczkę styropianu o grubości 4 cm, a więc za 7,5 m2. I to podobno bardzo dobry styropian, najlepszy na rynku, nazywa się Thermo Organika czy jakoś podobnie. "No lepszych nie ma" - zapewniał pan sprzedawca.

Z kupowaniem styropianu jest trochę gimnastyki, bo generalnie podaje się cenę za 1 m3, a kupuje się go według zapotrzebowania na m2. Trzeba więc sobie wszystko przeliczać, uwzględniając potrzebną grubość, z metrów kwadratowych na metry sześcienne i z metrów sześciennych na metry kwadratowe.
Musiałam sobie przypomnieć z matematyki, jak się liczy proporcje. Ale dałam radę.

Wyszło mi, że 1 m3 styropianu o grubości 4 cm wystarcza na pokrycie 25 m2 powierzchni. Paczka, czyli 7,5 m2, to objętość 0,3 m3.
Z kolei 1 m3 styropianu o grubości 5 cm pozwala ułożyć 20 m2 powierzchni. Paczka, czyli 6 m2, to objętość 0,3 m3.
Wychodzi, że 1 m3 każdego z tych styropianów kosztował w składzie 180 zł.
Proste, prawda?

Z kartką, długopisem i kalkulatorem policzyłam to moment, ale tak w głowie, z pamięci, przyznam że niezła łamigłówka. Ale ja podobno wolno myślę - tak mówi mój mąż. On liczy szybciej, a że czasem źle .... to ja zawsze w domku, na spokojnie, sprostuję. No dobra, tym razem Marek się nie pomylił i policzył wszystko w głowie szybciej niż ja z kartką.

Ostatecznie zamówiliśmy styropian korzystając z uprzejmości kolegi Artura, który siedzi w branży, ma upusty i załatwia minimalne marże. Mamy trochę taniej. Dzięki Artur!

Drugi kolega, Adam, uświadamiał nam, że w jakości styropianu liczą się dwa parametry: lambda (przenikalność cieplna, im niższa tym lepsza), i gęstość (podawana w kg na m3, im styropian cięższy tym twardszy i na podłogę lepszy). Adam twierdzi, że producent jest w zasadzie nieistotny, byle parametry były ok.

Z kolei kolega z branży, Artur, upierał się, że producent jednak ma znaczenie a parametry to oni sobie wypisują w cały świat. Mówił, że najlepsze styropiany produkuje Organika i Swisspor, i że na te marki jeszcze skarg nie miał. I sprzedał nam właśnie Swisspor.
A ja nie wiem, kto ma rację i kupiliśmy po prostu tańszy. I już.
Obaj koledzy stanowczo odradzali nam zakup styropianu w popularnych marketach budowlanych, bo nawet jeśli cena będzie ok, to jakość z pewnością nie - mówili obaj zgodnie.

Jutro ma przyjechać transport zamówionego styropianu. Musimy być na działce, by go odebrać i pomóc kierowcy zdjąć kilkadziesiąt paczek z samochodu. Dobrze, że styropian jest lekki. Jestem gotowa "dźwigać" te paki.

Dzisiejsze dopołudnie upłynęło nam na poszukiwaniu sedesów. Nie spodziewaliśmy się tych zakupów już teraz, a jednak zamontowanie stelaży podtynkowych należy wykonać na obecnym etapie rozprowadzania i podłączania rur hydraulicznych.
Sedesy w naszym domu mamy zaplanowane dwa. Jeden w łazience na górze, drugi w łazience na dole. No to szukamy.


Hydraulik uświadomił nam, że w sprzedaży dostępne są zarówno zestawy, jak i same stelaże podtynkowe, a miskę klozetową i przyciski do spuszczania wody można dokupić i zamontować potem. Na razie do montażu pójdzie sam stelaż, natomiast tzw. biały montaż nastąpi na późniejszym etapie, po tynkach. Hydraulik stwierdził jednak, że kupowanie elementów osobno jest droższe, niż kupowanie całych zestawów. Ale oczywiście wszystko zależy od preferencji klienta.
Nasze preferencje to prostota, funkcjonalność i dobra cena.

Zaczęliśmy poszukiwania od ogromnego salonu łazienkowego, piętrowego, na ulicy pełnej hurtowni i składów budowlanych, gdzie mieliśmy nadzieję na duży wybór i korzystne ceny. No bo zaczynać od taniego marketu to chyba nie bardzo wypada. Ostatecznie zaczynamy urządzać nasz dom, nie chcemy tandety.

I co? I przeżyłam wielki szok. Salon okazał się wysoce snobistyczny, z cenami absolutnie absurdalnymi. Najtańszy zestaw wc ze spłuczką podtynkową kosztował ponad 1000 zł. Ale to był wyjątek. Ceny większości klozetów były tam znacznie wyższe. Najbardziej zdumiał mnie przycisk do spłuczki, srebrny, z tłoczeniami w listeczki, trochę w połysku a trochę w macie, no nawet mógłby taki sobie być (może nie u nas, bo nam taki nie pasuje do niczego i nie jest w naszym guście), ale uwaga. przycisk kosztował 2 500 zł! Sam przycisk!

No raczej nie. Jak szybko weszłam do tego salonu łazienek, tak jeszcze szybciej wyszłam, czując na sobie pogardliwe spojrzenia sprzedawców, że „nie dla psa kiełbasa”.
Wyszliśmy stamtąd prędziutko w przeświadczeniu, że nawet gdybyśmy spali na pieniądzach i kwota 2,5 tys. zł nie robiłaby na nas wrażenia, to żaden plastikowy przycisk nie jest wart tylu pieniędzy.

Po pięknym i snobistycznym salonie łazienkowym skierowaliśmy nasze kroki do zdecydowanie tańszych miejsc - a więc do marketów budowlanych. Byliśmy w kilku. Asortyment praktycznie wszędzie mają ten sam. Średnia cena kompletnego zestawu podtynkowego to 700 zł. Ale udało nam się wyszukać zestawy tańsze, po 430 zł za komplet znanej i popularnej firmy Koło. Może deska nie zwala z nóg, ale ten akurat element łatwo wymienić. Natomiast muszla ok, niewielka, stelaż wydawał się mocny. Bierzemy!

Wybrane przez nas wucety mają białe przyciski do spłuczek, czyli dokładnie takie, jakie chcieliśmy mieć w naszych łazienkach. Nie chcieliśmy niklowanych, chromowanych czy też pomalowanych zwykłą srebrzanką. Na wszystkich tych sreberkach zostają ślady palców i wymagają one nieustannego czyszczenia i pielęgnowania. A więc nie dla mnie chrom, my wolimy po prostu zwykłe białe przyciski.

Deska w kupionych przez nas zestawach nie jest wolno-opadająca, z czego ja osobiście bardzo się cieszę. Nienawidzę czekać, aż deska opadnie samoczynnie, zwłaszcza gdy stoję w ubikacji z pełnym pęcherzem i przebieram nogami, a mam świadomość, że dopchnięcie deski w celu przyspieszenia sprawy po prostu ją zniszczy i złamie. Nie, nie i jeszcze raz nie. Gdy chcę opuścić deskę, to po prostu ją opuszczam, a nie jak kretynka stoję i czekam, aż sama opadnie, Wystarczy, że stoję jak kretynka na przejściach dla pieszych, na czerwonym, i czekam na zielone chociaż dawno mogłabym przejść, bo nic nie jedzie. I zafundować sobie takie durne czekanie we własnej łazience, aż deska opadnie, uważam za wielki dyskomfort. Nienawidzę desek samoopadających!

Dwa zestawy wc podtynkowych kupiliśmy w markecie Bricoman. Ceny wielu rzeczy w tym sklepie są wyższe niż gdzie indziej, ale akurat wc mieli najtańsze. Warto było zrobić objazd po marketach, bo te same zestawy w innych marketach były droższe o 90 - 120 zł na sztuce. No a firma Koło znana jest od lat, gdyby coś - tfu tfu - się zepsuło, to łatwo o części i podzespoły. 
W sprzedaży marketowej były też wc tańsze, ale kompletnie nieznanych marek i zgodnie z radą sprzedawcy nie chcieliśmy ryzykować. Kupić tanio i dobrze jest lepiej, niż kupić najtaniej nie wiadomo co.

Na razie tyle odnośnie wc. Ceramiczne muszle spoczęły na półkach w garażu, deski i przyciski do spłuczek wylądowały w naszym mieszkaniu na szafie (w garażu w lato może być upał, nie chcemy, aby tropikalne temperatury działały na plastik). A stelaże, w tekturowych paczkach, zostawiliśmy w domu, do zamontowania przez hydraulików.

Przyznam, że to niesamowite uczucie kupować sedesy. Nagle, z tej chmury gruzu, pyłu i betonu, wyłania ci się w wyobraźni obraz czystej, nowej łazienki. I tak już będzie coraz częściej! Zaczyna do mnie docierać, że to jednak będzie nasz dom.


2014-06-04

Rano zadzwonił kierowca, że wiezie styropian. No tak, wszystko zgodnie z umową. Miał dzwonić, to dzwoni.
- Jestem w Zgierzu, będę u państwa za jakieś 20 minut.
Kawa, dopiero co zaparzona, tylko podłechtała nasze zmysły aromatem. Nie zdążymy się nią podelektować. Szybkie dwa łyki i do auta. Mało czasu.

Wielki tir z przyczepą stał już na naszej niewielkiej ulicy, przy bramie, i czekał.
Kierowca, przesympatyczny facet, zarządził, żeby jak najszybciej wyładować paczki styropianu z samochodu i ustawić je gdziekolwiek, przed domem, przed bramą. Chodziło o to, by nie blokować ulicy zbyt długo. Samochód był tak wielki, że praktycznie uniemożliwiał ruch, zwłaszcza że wzdłuż chodnika po jednej stronie zaparkowane były inne samochody.



No to do roboty.
Założyliśmy z Markiem rękawiczki. Kierowca odpiął plandekę tira, odsunął ją na bok i zaczął przekładać na skraj auta paczka po paczce. A my, we dwoje, odbieraliśmy je, układając dwie wielkie styropianowe ściany na podwórku, tuż za bramą. Po lewej stronie była ściana z "czwórek" (styropian o grubości 4 cm), a po prawej ściana z "piątek".

O rany, ale tego dużo! Wypakowaliśmy łącznie 47 paczek, co utworzyło dwie, wielkie styropianowe mury.
Po rozładowaniu samochodu kierowca ocenił, że na naszej ulicy nic w zasadzie nie jeździ, więc nie musi szybko zmykać. A więc:
- A czy mogę obejrzeć wasz dom? Bo ja też właśnie jestem w trakcie budowy i chętnie bym sobie zerknął? Tu chyba ruchu za bardzo nie blokuję?
_ No jasne! - I się zaczęło. Gadaliśmy z tym facetem o budowie dobre pół godziny, tyle doświadczeń do opowiedzenia!



Gdy tir odjechał, zostało nam wniesienie 47 niebyt poręcznych paczek styropianu do domu. Przez chwilę się zastanowiłam, czy ta ilość białych, wielkich prostopadłościanów nie zajmie przypadkiem całego salonu. Wyobraziłam sobie, że jak to wszystko sprzed domu wniesiemy do środka, to zostanie tylko wąskie przejście przez środek.
Ale nic podobnego się nie stało. O dziwo paczki styropianu prawie zniknęły pod ścianami. salonu. Nasz salon okazał naprawdę wielki! I bardzo dobrze.
Ja nosiłam paczki do progu, a Marek od progu. Organizacja pracy na piątkę. Poszło nam raz dwa. Dobrze, że styropian jest lekki.




Po uporaniu się ze styropianem poszłam nakarmić kota. Niestety, kot był w kiepskim stanie i odmówił przyjmowania pokarmów. Nie chciał też pić. Wczoraj był całkiem inny, żwawy, miauczący, ucieszony z jedzenia. A dziś jakby się poddał. Po powrocie do domu postanowiłam wezwać służby ze schroniska. Niech zabiorą kota, niech go zbada weterynarz i niech rozstrzygną, co z nim dalej zrobić.

Umówienie odebrania chorego kota wiązało się z ponownym pojechaniem na działkę, po południu.
W sumie dobrze się składa, bo do posprzątania zostało nam całe poddasze.
Znów namachałam się miotłą. Pył, drobny gruz, wióry z cięcia drewna i piach z cementem zamiataliśmy na kupki. Potem zbieraliśmy je przy użyciu szufelki (zrobionej z kawałka zagiętej blachy) do grubych, foliowych worków. Wyszliśmy z budowy całkiem brudni i zakurzeni, pomimo zroszenia posadzki wodą.

W trakcie naszych porządków przyjechali hydraulicy. Przywieźli dużo plastikowych rur, które zaczęli łączyć ze sobą w dłuższe odcinki. Nagwintowane brzegi przesmarowywali jakąś pastą – tzw. uszczelniaczem.


Potem zaczęli montować stelaże od wc. Pan hydraulik pochwalił ich jakość, powiedział, że "te z Koła są niezłe, przynajmniej profile się nie gną. Bo czasem, jak przyjdzie montować jakąś chińszczyznę, to wszystko się giba".
I super. Znaczy się nie trzeba wydawać dwóch tysięcy złotych na sedes, żeby kupić przyzwoitą jakość. A przecież tą prostą deskę sedesową możemy wymienić na bardziej ekskluzywną w każdej chwili. Możliwe, że waśnie tak kiedyś zrobimy. Póki co fajnie, że stelaż podtynkowy w oczach doświadczonego hydraulika zyskał pozytywną opinię.


Po oględzinach domu zanotowałam, że wczoraj panowie hydraulicy przebili otwór w stropie, w pobliżu komina. Będzie tamtędy biegła siwa plastikowa rura odpowietrzająca kanalizację. W ścianie w łazience panowie wykuli też miejsce na drugi kanał odpowietrzający, którym poprowadzona będzie szara plastikowa rura odpowietrzająca kanalizację wychodząca aż do grzybka na dachu.



Potem uzgodniliśmy z hydraulikami, w którym miejscu dokładnie ma być zamontowany sedes, czy 10 cm w prawo czy w lewo, i odjechaliśmy, zostawiając hydraulików na placu boju.
Wygląda na to, że pracują we dwóch i że są to ojciec i syn. Lubię ich nawet choć niewiele gadają i ufam ich fachowości - w przeciwieństwie do elektryków.

Dziś podobno starszy elektryk był na działce, ale nic nie zrobił, bo jak twierdzi nie udało mu się otworzyć górnego zamka w drzwiach wejściowych! No po prostu mistrz. Nowe drzwi, nowy zamek, a jemu się nie udało! A przecież wszystko chodzi leciutko, jak po maśle.
Sądzę, że elektryk próbował nam sprzedać taką wymówkę na swoje kolejne już odroczenie pracy. Facet wiecznie ma kaca i ciągle zawala terminy. Ale nie obchodzi mnie to. Zapłacimy dopiero wtedy, gdy robota będzie zrobiona i gdy elektrownia przepnie nam prąd na nowy licznik.

Kot został zabrany do schroniska. Dostaliśmy informację, że będzie leczony. Uff!


2014-06-14

W zeszłym tygodniu pan Andrzej – dekarz obiecał podjechać na działkę, aby uszczelnić dziurę w dachu, tą od sztycy z kablami, co to ją elektrycy zrobili bez naszej wiedzy i zgody. Dekarz miał dzwonić, ale skoro nie dzwonił to znaczy, że nie miał czasu. Pewnie jak znajdzie lukę między robotami to zadzwoni, on jest solidny facet.
Zadzwonił w środę:
- Dzień dobry pani Klaro. Mogę zająć chwilkę, może pani rozmawiać?
- Tak tak, co tam? Pewnie chce się pan umówić, żeby nam rurkę zaklajstrować?
- No właśnie chciałem powiedzieć, że dach macie uszczelniony. Byłem tam dziś i zrobiłem po mojemu.
- Serio? A jak pan tam wszedł? Przecież pozamykane?
- Mam swoje sposoby.
- Nieźle. I jak to wyszło? Nie będzie się lać woda w płytę?
- Zobaczymy, jak deszcze pójdą. – zawiesił głos. Znów mnie wkręca! – Żartowałem. Nic się nie będzie lać. Nie ma prawa, rurka jest obrobiona kołnierzem i wszystko uszczelnione.
- Wiedziałam! Super. Dzięki jak nie wiem co. To ile ta przyjemność?
- Dwa tysiące.
- Ile? – nie uwierzyłam ani przez chwilę, ale podjęłam wątek – To musimy rozkładać na raty, najlepiej po 2 złote, wyjdą prawie dożywotnio. A tak na serio?
- Na serio to 60 złotych, za dojazd.
- Panie Andrzeju, a mamy jeszcze nierozliczone z panem jakieś gwoździe. To może jakoś się umówmy.
- A tak, tam było 150 zł, ale to przy okazji.
- Jakie 150, 140 pan mówił.
- Tak mówiłem? No dobra.
- Czyli dwie stówki dla pana, tak? To jak się umawiamy? - W tle słyszałam jego dzieciaki i żonę, jechali samochodem.
- Pani Klaro, jak kiedyś będę w okolicy to przedzwonię, nie ma pośpiechu. Może jeszcze będziecie chcieli, żebym wam robił podbitki.
- No pewnie, że będziemy chcieli. Nie wiem jeszcze kiedy, ale na pewno. Przywiązaliśmy się do pana bardzo.
Ostatecznie nie umówiliśmy się na rozliczenie. Pan Andrzej podpytał mnie jeszcze o adres firmy, w której kupowaliśmy drzwi. Oglądał, pochwalił i stwierdził, że skoro mają takie ceny jak mówiłam, to też do nich podjedzie i zobaczy ofertę. Jak zwykle poczta pantoflowa działa najlepiej.


Elektrycy skończyli robić przyłącze. Artek, pomimo naszego zakazu, znów wlazł na dach podczas naszej nieobecności. Na czubek sztycy założył plastikowy grzybek, takie wykończenie, żeby woda nie wlewała się do środka rury. Zainstalował pod nim jakieś objemki i haki, do których będzie przypięty warkocz. Tłumaczył się, że nie dzwonił po nas, bo robił to bardzo późnym wieczorem i nie chciał nas kłopotać. Wolałabym jednak, żeby nas kłopotał.

Obejrzeliśmy dokładnie dach i obróbki blacharskie, czy aby wchodząc na dach Artek ich nie uszkodził i nie powyginał opierając o nie drabinę. Wygląda, że wszystko w porządku. Żadna rynna i blacha na pierwszy rzut oka nie ucierpiały, ale nie podoba mi się, że umawiasz się z facetem na telefon, on obiecuje, że gdy będzie jechał coś robić to po nas zadzwoni, po czym nie dzwoni i robi sam. Nie podoba mi się ta „współpraca”. Poza tym Artek obiecał pomalować sztycę. Nie zrobił tego, nadal jest srebrna. I co? Będzie właził na dach jeszcze raz? I znów, gdy nas przy tym nie będzie? 

Po czasie powiem, że ocynkowanej sztycy nie warto malować. Po pierwsze dlatego, że do przyłączania prądu przez elektrownię jest lepiej, gdy widać, że sztyca jest ocynkowana, czyli srebrna, brzydka, za to na pewno nierdzewna. A po drugie ten ocynk z czasem sam ciemnieje, napiera patyny, u rurka z pomazanej-siwo-srebrnej robi się czarno-matowa. Można sobie więc darować malunki.

Artek zadzwonił, że w sobotę będą kończyć przyłącze. Chciał, żebyśmy przyjechali na działkę aby się rozliczyć za materiały i robociznę. Zrozumiałam, że w sobotę chcą całą zapłatę. Nie chciałam z nim dyskutować przez telefon, ale nie taka była umowa. Kurcze, jak ja ich nie polubiłam! I ciekawe, jak wyjdzie rozliczenie materiałów. Jeśli wyjdzie dopłata do tych dwóch tysięcy zaliczki na materiały to będzie słabo. Panowie mają przedstawić faktury a Marek obiecał, że sprawdzi każdą pozycję, punkt po punkcie, czy wszystko co na fakturze faktycznie jest zamontowane. Brak zaufania mamy wielki.



Umawialiśmy się, że panowie biorą zaliczkę na materiały, a za robotę rozliczymy się po przyłączeniu prądu przez zakład energetyczny. Na etapie zawierania umowy tak właśnie było:
- Oczywiście, tak tak, jak najbardziej, rozliczenie po przyłączeniu – mówił. starszy elektryk. Mówił też, że w elektrowni ma znajomości, wszystkich tam zna, to nie będzie żadnego problemu z przyłączeniem. Nawet rzucał nazwiskami, „Bo wie pani, tyle lat się robi te przyłącza, to już się wszystkich ich tam zna”. 
Teraz pan elektryk zmienia zdanie i chce się rozliczać zanim pojawi się ktokolwiek z elektrowni i dokona przyłączenia!. A jeśli elektrownia nie podłączy prądu, bo wynajdzie jakieś przeszkody, że coś jest źle zrobione, to gdzie ja będę szukać potem panów elektryków do poprawek? Jeśli im zapłacę teraz, to nie będą już mieć żadnego interesu, żeby dopilnować przyłączenia przez elektrownię. Liczyłam na to, że facet załatwi papiery i wykorzysta swoje rzekome znajomości, i że nie będę musiała chodzić do elektrowni osobiście!
Nie podobało mi się to wszystko. Nagle pan zmienił zdanie o elektrowni. Już nie mówił, że ma tam układy i że bez problemu wszystko pozałatwia:
- No wie pani, wszystko jest zrobione zgodnie z warunkami przyłączenia. A jak do tego podejdzie elektrownia, to zobaczymy. Powinno być w porządku, tylko wie pani, jak to z nimi jest. Oni lubią się czepić byle pierdoły i każdy mówi co innego.
- Zaraz zaraz, obiecał pan pomóc nam to pozałatwiać. Tak się umawialiśmy na początku.
- Złóżcie państwo wniosek i zobaczymy.
Do dupy taka umowa! Nagle pan stracił znajomości i zapomniał nazwisk. W dodatku nie jest pewien, czy wykonana przez niego robota zostanie przyjęta przez inspektorów elektrowni bez zastrzeżeń! Ależ ja nie lubię takich krętaczy!

Panowie skończyli montowanie skrzynki prądowej z bezpiecznikami. Starszy facet poprosił Marka, żeby mu opowiedzieć jak dalej wyprowadzać kable. Tłumaczył, że jest 6 bezpieczników i który jest od czego, że założył grzebień – czyli jakąś listwę krosownicę, dzięki której nie trzeba przepinać kabli i nie wiem, o czym tam jeszcze gadali. Ale Marek stwierdził, że wie o co chodzi. Dalszą część instalacji, czyli rozkładanie kabli od rozdzielni, po całym domu, Marek zamierzał wykonać samodzielnie.

Potem facet przekazał nam trzy faktury za materiały i mówi:
- Razem wyszło 1300 zł. A więc dla nas do zapłaty trzy i pół minus siedemset. Zgadza się? – Uff. Wyszło mniej, niż się spodziewaliśmy. Ale facet pomylił się w sumowaniu trzech faktur o 110 zł na swoją korzyść.
- Ok. Przy sobie mamy tysiąc złotych. A po resztę możemy podjechać do domu. Jak pan chce, to możemy jechać teraz, albo kiedy tam panu wygodnie. Bo musimy się jeszcze spotkać w sprawie papierów. O ile wiem (pamiętałam jak załatwiało się przyłącze tymczasowe), musi pan podpisać jakieś zgłoszenia, oświadczenia, wnioski. Na tych drukach z elektrowni potrzebny jest pana podpis i numer uprawnień.
- Tak tak, to ja podpiszę.
Wyjął z teczki jeden druk elektrowni „o zawarcie umowy na dostawę prądu” – do umowy z PGE Obrót. Podpisał się na drugiej stronie, postawił pieczątkę.
- To sobie wypełnijcie te dane tutaj, nazwiska, dane osobowe.
- No dobrze. Ale to nie wszystko. Bo to jest druk do PGE Obrót. A co z przyłączeniem? Do przyłączenia, jak mi się wydaje, są inne wnioski, bo to inna firma, o ile się nie mylę PGE Dystrybucja?
- No inna. Ale nie mam tych druków przy sobie.
Ja natomiast miałam te druki w domu, w teczce „Prąd”, zostały mi czyste formularze od czasu załatwiania przyłącza tymczasowego.
Ostatecznie umówiliśmy się z facetem na rozliczenie w poniedziałek po południu. Będę miała czas na przypomnienie sobie, co tam się wypełnia, jakie druki i podpisy są potrzebne. 
Ale chyba nie tak to miało wyglądać, żebym to ja musiała wiedzieć o potrzebnych papierach i pilnować, co jest do ogarnięcia!
- A co z tą sztycą? Taka wstrętna ma zostać? Artek obiecał, że ją pomalujecie na czarno? - i tu facet się zagotował.
- Proszę pani! Ja nie jestem od malowania sztycy! Jak wam się nie podoba kolor, to sobie go przemalujecie, ale potem. Do czasu odbioru i przyłączenia nie radzę tego robić. Bo elektrownia może odmówić podłączenia. Oni wymagają, żeby sztyca była ze stali ocynkowanej i ta sztyca u was jest ocynkowana. A jak pani zamaluje, to nie będzie widać ocynku i nie podłączą. Już to przerabiałem. Z elektrownią trzeba ostrożnie.
- Tak pan mówi? – facet nie jest miły, ale chyba mówi z sensem.
- No oczywiście.
- A nie da się tej sztycy trochę wyprostować? O, niech pan spojrzy, lekko leci na ścianę, nie jest idealnie pionowa.
- Sztyca jest zamontowana dobrze. Nic tu nie trzeba kombinować. Pod dachem jest dokręcona płasko do muru, na sztywno, a przy dachu jest dokręcona do krokwi, najbliżej jak się dało. Ileż tam pani odstaje, kilka stopni? Jak zaczniemy ją mocować w powietrzu, to nic z tego nie wyjdzie, nie będzie się dobrze trzymać. Przecież z tego się nie strzela!
Marek popatrzył na mocowanie i przyznał, że dodawanie podkładek między rurę a objemkę osłabi konstrukcję i że faktycznie teraz jest optymalnie. No dobra, nie upieram się, choć daleko temu montażowi do ideału. Jednak wszystkie argumenty facet odpiera albo swoimi kontrargumentami, albo bezczelnością. Jeszcze chwila, i na mnie nakrzyczy!

Wreszcie panowie elektrycy dostali 1000 złotych wstępnego rozliczenia, oddali klucze i umówiliśmy się, że facet podjedzie do nas w poniedziałek uzupełnić pozostałe papiery i po resztę kasy. Ma wcześniej zadzwonić.

W poniedziałek facet nie zadzwonił, ale po prostu przyjechał do domu. Nie było nas, zastał same dzieciaki. Syn zadzwonił do nas, że pan elektryk właśnie przyszedł i czeka:
- To niech czeka. Miał dzwonić! Co, szkoda mu na rozmowę? Nie ma numeru? My stoimy w korku, dotrzemy do domu najwcześniej za 20 minut, albo i dłużej – powiedziałam zirytowana.
Kolejne spotkanie z elektrykiem mnie wkurza. Kompletny brak komunikacji z tym człowiekiem!
Myślałam, że facet się przygotuje do wizyty, że będzie miał ze sobą druki, które musi podpisać. Ale nic z tych rzeczy. Wyciągnęłam więc moje druki, posadziłam go przy biurku i zażądałam wypełnienia. Wypełnił coś tam. Wyciągał z teczki swoje cenne uprawnienia, przepisywał ich numery. Podpisał oświadczenie, że wykonał przyłącze zgodnie z warunkami i z przepisami. Resztę danych mamy wpisać sobie sami.
- Proszę pana, a co z wpisem do dziennika budowy? Chyba tu też musi być wpis uprawnionego elektryka, prawda?
- Aaaa, to jest zupełnie inna sprawa. To do odbioru budynku.
- No właśnie, do odbioru. Rozumiem, że pan się wpisze?
- Na razie nie wpiszę, bo instalacji w środku nie ma. Jak kable będą, to trzeba je sprawdzić i wtedy.
- Czyli jak skończymy, to będziemy po pana dzwonić, tak?
- No dobrze. Nie ma problemu. To się dogadamy - facet zasugerował, że zapłacone przez nas 3500 zł obejmuje tylko zamontowanie rozdzielni.
Wyczułam w jego głosie niechęć. Nienawidzę z nim gadać. Płacisz facetowi trzy i pół koła za dwa dni pracy, a on okazuje zniecierpliwienie, że o coś pytam i że usiłuję coś ustalić, dowiedzieć się. Koszmar!
- No dobrze. W takim razie złożymy te dokumenty i jakby coś,  tfu tfu, poszło nie tak, to będziemy pana nękać.
- No tak. W razie czego proszę dzwonić. Ale wszystko powinno być w porządku.
- Czyli dla pana jeszcze 1700 zł.
- 1800 – poprawił facet.
- A czemu? Materiały wyszły niecałe 1200.
- 1300. Albo ja coś źle policzyłem? To przepraszam. - Obejrzał faktury, podliczył.
- Zgadza się, 1700. - Wziął kasę i poszedł.

Czyli jak dotąd przyłącze kosztowało nas 1700 zł za materiały plus 3500 zł za robociznę i podpisanie przygotowanych przeze mnie papierów, które teraz sami musimy wypełnić i złożyć w elektrowni. Plus 60 zł za obróbkę dekarza. Nie jest źle. Żeby tylko elektrownia podłączyła warkocz bez przeszkód to będę w miarę zadowolona i szybko postaram się zapomnieć o niefajnym elektryku, choć „współpracę” z nim oceniam bardzo negatywnie. 

Po czasie powiem, że współpraca z inną ekipą, od przyłącza kanalizacyjnego, wyglądała zgoła inaczej. Jedyne, co musieliśmy zrobić, to udzielić pełnomocnictwa, na podstawie którego pan załatwił wszelkie formalności, dokumenty, wnioski. Ostatecznie zawarł w naszym imieniu umowę o odbiór ścieków i nie musieliśmy się ani na niczym znać, ani nigdzie fatygować. Bo tak właśnie powinna wyglądać usługa, za którą płacimy. Ale pan elektryk, na którego mieliśmy nieszczęście trafić, sprawy załatwia zgoła inaczej, to znaczy inkasuje należność, ale żadnych formalności niestety nie załatwia. Gdybym mogła cofnąć czas niggdy bym go nie wynajęła.

Następnego dnia pojechaliśmy do elektrowni na ósmą rano. Jeszcze nie było tłumu. Przed nami jedna osoba. W sali obsługi klienta pozmieniało się, pojawiły się boksy przedzielające biurka. Jest 6 stanowisk, ale niestety tylko dwa czynne, w pozostałych nikogo nie ma.
Czekamy ale już widzimy, że z naburmuszonym facetem zza biurka lekko nie pójdzie. Marek dyskretnie włączył dyktafon, postanowił rejestrować rozmowę, na wszelki wypadek.
Facet wziął wniosek o przyłączenie, który wypełniliśmy. Do niego załącznik w postaci oświadczenia wykonawcy, czyli naszego pożal się Boże elektryka.  Poczytał i powiedział:
- Ale z tym powinni się państwo udać do działu inwestycji. 
Wiedziałam! Miałam złe przeczucie, że facet będzie nas spławiał!
- Czyli dokąd? – spytałam jak najgrzeczniej, bo postanowiłam się nie denerwować. – To nie tutaj się załatwia przyłącza, skoro to jest dział przyłączeń? – spytałam.
- Proszę pani. My tu nie jesteśmy w stanie robić wszystkiego. Ma pani umowę?
- Mam. – Podałam mu umowę.
- Proszę bardzo, w umowie jest napisane, że waszą sprawę załatwia pan Kowalski. Tu jest wpisany do niego numer telefonu. Proszę dzwonić do pana Kowalskiego i z nim załatwiać.
- W takim razie proszę mi powiedzieć, czemu przyłącze tymczasowe załatwialiśmy u was, dokładnie w tej sali, a przyłącza docelowego nie możemy załatwić? Coś się zmieniło? Wtedy nikt nas nie odsyłał do żadnego działu inwestycji. O ile wiem na ulicy Ratajskiej, w dziale inwestycji, nie ma działu obsługi klienta. Czyli gdy się tam udamy, to pocałujemy klamkę i zostaniemy odesłani z powrotem do pana, bo to tu jest tak zwany dział obsługi klienta, prawda? I to wy umawiacie przyłączanie! - nie dawałam za wygraną.

Facet popatrzył na mnie spode łba. Za cholerę nie chciał pomóc, ale nie dawałam się spławić. Zaczął szukać czegoś w komputerze. Po chwili wydrukował druk wniosku „Zgłoszenie gotowości do przyłączenia”, i wkurzony rzekł:
- O ile mi wiadomo, taki wniosek powinni państwo wypełnić. Można go złożyć w kancelarii. W sali obok.
Po czym wstał i wyszedł. Skończył załatwianie petentów! Wyglądało na to, że facet wylał na nas cały swój żal frustrację za niewłaściwy rozdział pracy w firmie PGE Dystrybucja. Możliwe, że w punkcie obsługo klienta pracuje zbyt mało ludzi, ale czy to nasza wina? 
Za nami kolejka zdążyła urosnąć o kolejne kilka osób, jednak facet się zmęczył i poszedł na zaplecze. Na sali obsługi klienta było ośmiu poirytowanych petentów i jeden obsługujący pracownik za biurkiem. Toż to kpina z ludzi!
Wyszliśmy stamtąd wiedząc, że nic nie wiemy.

Dzwonimy do pana Kowalskiego, tego z umowy. Nie odbiera. Nie odbiera przez najbliższe pół godziny.
Pytamy w kancelarii, pod jakim innym numerem telefonu możemy się skontaktować z owym facetem, bo wskazany numer nie odpowiada. Nic niewiedzące panie wzruszają ramionami. Czeski film, nikt nic nie wie.
- To na sali obok proszę spytać, w dziale przyłączeń. My tylko przyjmujemy wnioski.
Dobra, tylko że z sali obok właśnie wyszliśmy, jest tam sześć pustych okienek, siódme z pracownikiem, ale do niego jest kolejka na jakieś dwie godziny!
Na okienku kancelarii widnieje wielki napis „Kancelaria nie udziela informacji”. Czyli informacji jako takiej nie ma wcale. Jest tylko dział obsługi klienta z owymi sześcioma biurkami, z których jedno jest czynne i do którego jest kolejka, dłuższa z każdą minutą. 
Ma się wrażenie, że pracownicy stosują włoski strajk. Pracują nadzwyczaj powoli, co chwilę znikając na zapleczu na przerwy.

Chciałam złożyć skargę, ale pokój kierownika wskazany przez strażnika był zamknięty. Trafiłam do pokoju obok, w którym siedział jakiś facet ze związków zawodowych. Bezradnie rozłożył ręce mówiąc:
- Nic pani nie poradzę. Nasz wniosek o zwiększenie zatrudnienia w biurze obsługi klienta został zaopiniowany negatywnie. Do widzenia.
Petenci w elektrowni są wkurzeni, wszyscy klną pod nosem. Że to paranoja, że niczego nie można załatwić, że nie ma z kim rozmawiać ani kogo zapytać. Że aby załatwić prąd trzeba mieć miesiąc urlopu na stanie w kolejkach. Zdenerwowana kobieta stwierdziła, że jest tu codziennie od trzech dni i nie jest w stanie nawet pobrać właściwych wniosków do wypełnienia, bo nikt nie wie, jakie to mają być wnioski  „Co za upodlenie! Przyjazne państwo kurwa mać!” – wrzeszczała kobieta całkiem wytrącona z równowagi.

Usiedliśmy w dużej sali poczekalni, przy biurkach, i zastanawiamy się. Z przerażeniem odkryliśmy, że wniosek, który otrzymaliśmy w biurze obsługi klienta – tzw. zgłoszenie gotowości przyłączenia – zmienił się od zeszłego roku. Niby jest taki sam, ale doszedł do niego drugi załącznik – mapa! Na dole kartki widnieje jak byk: 'Załączniki: mapa".
Mapy przy sobie nie mamy. Leży gdzieś w domu, w szufladzie z całą zgrają innych dokumnetów budowalnych.
Ale zaraz zaraz, czy my przypadkiem już nie składaliśmy mapy na etapie występowania o warunki przyłączenia? Sądzę, że tak, jednak teraz elektrownia żąda mapy po raz drugi, pewnie żeby nie musieć szukać w segregatorach, gdzie jest ta poprzednio złożona. Na tym etapie w zeszłym roku mapa nie była potrzebna. Teraz jest.
- Co robimy? Nic nie załatwiliśmy! – powiedziałam do Marka.
Straciliśmy godzinę, ja urwałam się z pracy. Marek też ma kupę roboty, a tkwimy w jakiejś durnej elektrowni niczego nie załatwiwszy!
- Nie wiem.
- Nie możemy stąd wyjść z niczym. Złóżmy ten wniosek w kancelarii – powiedziałam.
- Ale przecież nie mamy mapy.
- To złóżmy ten wniosek na starym druku, bez mapy. Te kobiety w kancelarii się na niczym nie znają. Może nie wiedzą, że powinna być mapa i może się nie zorientują, że obowiązuje nowy wzór wniosku. Przynajmniej spróbujmy - powiedziałam.
Tak zrobiliśmy. Najpierw zrobiliśmy fotokopię dokumentów (oświadczenie elektryka mamy w jednym egzemplarzu, który musimy zostawić w okienku jako załącznik). Podaliśmy papiery do okienka (stary druk wniosku), pani wzięła, nawet nie przeczytała co przyjmuje, przystawiła datownik i wrzuciła w szufladę.
- A jakieś potwierdzenie złożenia wniosku otrzymamy? - spytałam.
- Jak macie państwo kserokopię to tak.
- Nie mamy. Może nam pani skserować?
- Nie. Nie mamy ksero.
- W takim razie ja spiszę oświadczenie i poprosimy o podstemplowanie. Czy dostanę chociaż czystą kartkę papieru? - nie ustępowałam.
- No dobrze – Mało zorientowana kobieta z kancelarii podała mi czystą kartkę, napisałam oświadczenie, że w dniu tym i tym złożyłam to i to. Podstemplowała.

Zobaczymy co będzie dalej. Możliwe, że wniosek uznają ze niekompletny z powodu braku mapy, ale wtedy powinni nas wezwać do uzupełnienia. Najważniejsze, że piłeczka odbita, machina ruszyła, teraz ich ruch, procedura została wszczęta, choć czułam się przez chwilę, jakbym była w rzeczywistości Franza Kafki w książce "Proces".

- Wiesz co, wypełnijmy jeszcze wniosek do PGE Obrót. Może to jeszcze uda się załatwić. Bo chyba licznik i umowę o dostawę prądu załatwia się równolegle, tylko w innej firmie, nie w PGE Dystrybucja, ale w PGE Obrót – zagadałam do Marka.

Wypełniamy więc. Mamy jeden egzemplarz wniosku z podpisem elektryka, który nie jest całkowicie wypełniony. Okazuje się, że we wniosku trzeba wpisać fachowe terminy – jakie są rodzaje zabezpieczeń przelicznikowych, a jakie zalicznikowych. Kompletnie nie umiemy tego wypełnić. Jakie taryfy – też nie wiemy. Zadzwoniliśmy do naszego niesympatycznego elektryka – na szczęście powiedział co wpisać i jego szczęście, bo przecież to właśnie on powinien wypełniać! Za to wziął 3500 zł! Ale o taryfach nic nie wiedział, dobra, zapytamy o nie w okienku.

Ustawiliśmy się w kolejnej, kłótliwej kolejce. Czekamy. Każdy petent załatwiany jest bardzo długo, trzy czwarte okienek jest nieczynne. Jedna pani przystawiła sobie krzesło ze środka sali w pobliże okienka, bo miała dość stania w pochyleniu i wypinania tyłka do sali.
Wreszcie, po pół godzinie, doszła nasza kolej. Pani była nawet miła, wzięła nasz wniosek i powiedziała:
- Certyfikat poproszę.
Zwaliło nas z nóg.
- Jaki znów certyfikat?
- O możliwości przyłączenia. Z PGE Dystrybucja. Bez tego nic nie mogę załatwić. To się załatwia w sali obok. - Znaczy się u tego niemiłego faceta co uprawia włoski strajk.
- No właśnie stamtąd idziemy. O żadnym certyfikacie nam facet nie powiedział!
- Przykro mi. Najpierw tam.

Wracamy więc do biura obsługi klienta PGE Dystrybucja, czyli do pana-buca. Kolejka jest już ogromna. Tłum. Stania na dobre dwie godziny, o ile pan nie wyjdzie na przerwę. Ale skoro już jesteśmy i straciliśmy tyle czasu, trzeba załatwić sprawy do końca. Jeden klient 20 minut. Kilku petentów z kolejki wyszło, nie mając czasu czekać. A pan skończył obsługiwać jedną osobę, zabrał się i poszedł! I nie ma go już 10 minut! Czekamy. Marek w międzyczasie cały czas dzwoni do pana Kowalskiego z umowy.
Wreszcie udało się połączyć.
Pan Kowalski okazał się miłym i kompetentnym gościem. Powiedział, że pracownik z działu obsługi klienta nie miał prawa nas spławiać i odsyłać do niego, bo od tego on tam siedzi w tym pożal się Boże biurze obsługi klienta, żeby obsługiwać petentów i przyjmować wnioski.

- Wniosek złożyliśmy w kancelarii. Tylko co dalej? W PGE Obrót mówią, że chcą jakiś certyfikat? Jak się go załatwia, na jakim etapie? Czy mamy składać jakiś dodatkowy wniosek w tej sprawie? - pytamy Kowalskiego.

Pan Kowalski wyjaśnił Markowi jak wygląda procedura:

1) zgłoszenie gotowości do przyłączenia – do niego załącznik – oświadczenie wykonawcy, że wszystko wykonane zgodnie ze sztuką

2) potem skontaktuje się z nami inspektor z elektrowni i wyśle na działkę gościa do odbioru

3) jak tamten klepnie, że jest ok., dostaniemy certyfikat i fakturę do zapłacenia za przyłączenie – o ile pamiętam wstępna wycena to ok. 1300 zł netto,

4) jak zapłacimy – przyjedzie kolejna ekipa podłączać warkocz.

Po tej rozmowie opuściliśmy elektrownię, nie czekając dłużej w kolejce do pustego okienka. Nie ma na co czekać, na tym etapie wszystko co można było załatwić - załatwiliśmy. Jedyne dwie godzinki, trochę nerwów i dezorientacji i już. Teraz czekamy. Przeczuwam, że jeszcze wiele perypetii przed nami. Nienawidzę elektrowni!

A przecież to nie jest skomplikowane. Czy nie można zrobić ulotek, planszy z opisem procedury, z punktami, jak po kolei załatwia się prąd? Co, gdzie i na jakim etapie złożyć? Nie wiem, o co w tym chodzi, ale ludzie w całym tym bałaganie i dezinformacji czują się strasznie upokorzeni, pogubieni, zdani na łaskę cholernie niemiłych albo niekompetentnych ludzi, których elektrownia zatrudnia na tym odcinku zdecydowanie w zbyt małej ilości. Katastrofa.

Znajomi nam podpowiadają, żeby nie wpuszczać ekipy przyłączeniowej do środka domu. Podobno często pracownicy z elektrowni chcą tam wejść, że niby muszą obejrzeć instalację i sprawdzić, czy wszystko ok. i czy można przyłączać prąd. Wynajdują wtedy jakieś niedoróbki i odmawiają przyłączenia, wymuszając w ten sposób łapówki. A podobno panom od przyłączeń nic do instalacji wewnątrz domu, za którą odpowiada uprawniony elektryk wykonujący instalację i kierownik budowy. Instalacja wewnętrzna jest sprawdzana dopiero przy odbiorze technicznym budynku. Nie ma więc obowiązku wpuszczać zakładu energetycznego do domu na etapie przyłączania prądu. Ich ma interesować tylko sieć energetyczna od słupa do sztycy i do licznika, zainstalowanego na elewacji domu. Gdy w skrzynce licznikowej wszystko gra, gdy jest odpowiedni bezpiecznik i wszystko jest wykonane zgodnie z warunkami przyłączenia – mają obowiązek podłączyć prąd i założyć plombę na licznik.
W naszym przypadku  pracownicy elektrowni, którzy przyjechali podłączać prąd, nie próbowali dostać się do domu i sprawdzać instalacji wewnętrznej. Po prostu podpięli warkocz kabli od słupa do sztycy i do skrzynki prądowej na elewacji, i już.
Ale powiem, że to jest niewiarygodne, żeby tak się bać elektrowni i żeby tak bardzo nie można było się z nią dogadać! Monopol w branży dystrybucji prądu jest rzeczą najgorszą, bo klient w tej machinie po prostu nie ma wyboru. 

czwartek, 15 października 2015

69. Skrzynka licznikowa, peszle i decyzje hydrauliczne

2014-06-03

Dzieje się dzieje. Dużo. Równocześnie pracują dwie ekipy: elektrycy w weekendy i hydraulicy popołudniami. Wszyscy ci ludzie pracują gdzieś na etatach, a nasze zlecenia to dla nich zajęcia dodatkowe. Stąd prace nie posuwają się błyskawicznie, ale zawsze trochę do przodu.

Elektrycy wzięli zaliczkę na materiały i powiedzieli, że zaczynają roboty w sobotę.
Niestety, nie zaczęli, bo gdy pojechali na działkę zastali tam nowe drzwi, do których nie mieli klucza. Sądziłam, że panowie przed przyjazdem zadzwonią, ale nic z tych rzeczy.

Zadzwoniłam więc do tego starszego, w sobotę raniutko, żeby zapytać, kiedy zamierzają zaczynać i żeby się umówić na konkretną godzinę, wpuścić ich do domu. Na to pan do mnie z pretensjami:
- No właśnie! Byliśmy dziś na działce, a tam pozamykane droga pani! Nie mieliśmy się jak dostać do domu. No to jak mamy robić? – rzekł z lekką ironią w głosie. Ależ mnie wkurzył!
- A czemu pan nie zadzwonił? Podwiezienie klucza to jest kwestia 20 minut – z trudem panowałam nad sobą, żeby być grzeczną.
- Aaaaa, bo nie wziąłem tej kartki z telefonem do pani.
- No, to gapa z pana. A gapowe się płaci. I co dalej?
- Jutro rano, na ósmą, umówiłem się z Artusiem, to zaczniemy jutro.
- No dobra. Niech będzie. Do jutra zatem!

Nie chciałam jeszcze z nim zadzierać, ale wcale mi się nie uśmiechała wczesno-poranna pobudka w niedzielę. Cóż, chyba nie mamy wyjścia, podjedziemy na działkę na ósmą i udostępnimy panom elektrykom front robót.
Niemniej wymówki tego pana, że nie miał numeru przy sobie, wydały mi się nieco pokrętne. Zaczęłam nawet podejrzewać, że to jest zwykły kłamczuch. Może i karteczki zapomniał, ale mógł się ze mną skontaktować przez Artusia, bo Artuś numer do mnie ma.
Widać nie pasowała im ta sobota.
Powiedział tylko, że rurę, znaczy się sztycę, która jest dość długa i nie mieści się do samochodu, schował na działce pod deskami, a resztę materiałów zabrał ze sobą do domu i przywiezie w niedzielę.

W niedzielę dotarliśmy na działkę punktualnie na godzinę 8:00. Artuś był. Starszego pana nie. I wszystkie jego opowieści, jak to on najpierw wymaga od siebie a dopiero potem od innych, okazały się pustymi słowami. Cóż, chyba się tego spodziewałam.
Pogadaliśmy z Artusiem, oczywiście na tematy wykańczania wnętrz, nakarmiliśmy kota i wreszcie doczekaliśmy się pana elektryka główno-dowodzącego. Przyjechał spóźniony o dwie godziny. Podobno miał kłopoty żołądkowe. Ok. Nie wnikam, mogło się zdarzyć.

Tego dnia panowie zamontowali szarą skrzynkę licznikową na ścianie bocznej (znaczy się szczytowej) naszego domu.
Najpierw nawiercili wiertarką mnóstwo dziurek, jedna przy drugiej, po obrysie prostokąta. Potem zaczęli wiercić też otworki wewnątrz prostokąta i gdy ściana w tym miejscu, do połowy swej grubości, przypominała durszlak, z łatwością wyrypali z muru prostokąt. Powstała prostokątna wnęka, w którą wpuszczona miała być skrzynka licznikowa, mniej więcej do połowy jej grubości.


Panowie mieli ze sobą tylko drabinę, poziomicę i wiertarkę. I wiertarką właśnie kruszyli bardzo twardy, i nie poddający się łatwo porotherm. Walczyli z oporną ścianą na zmianę. Nie jestem pewna, czy nie ma do takich robót lepszych narzędzi, może przydałaby się jakaś szlifierka kątowa? Ale co mnie to obchodzi. Skoro panowie nie mają sprzętu, to najwyżej więcej się napracują.

Po zmaganiach z wycinaniem prostokątnej wnęki wreszcie panowie osadzili skrzynkę, używając do tego pianki montażowej. Zapaprali tą pianą wszystko dookoła, skrzynkę też. Oj, przyglądałam się tej papraninie z coraz szerzej otwartymi oczami, a gdy Marek zobaczył moją minę powiedział:
- Daj spokój, pianka jak zaschnie to z metalu łatwo odchodzi.
No faktycznie, gdy zdejmowałam z niej potem farfocle zaschniętej pianki, nie było z tym problemu. No, ale niesmak pozostał. Panowie, którzy pianowali okna i drzwi robili to dużo estetyczniej.


Cóż, na razie nie jestem zachwycona pracą elektryków. Mam nadzieję, że panowie się ogarną i zrobią wszystko jak należy. Marek obiecał, że będzie im patrzył na ręce i że posprawdza, czy wszystkie pozycje z faktur zakupowych zostały faktycznie wykorzystane w naszej instalacji.

Póki co na ścianie zewnętrznej zawisła skrzynka licznikowa. Od strony domu, w miejscu przewiercenia na wylot, z muru wychodzi biała, karbowana rurka.
- To nie jest żadna rurka, tylko peszel – śmiał się ze mnie Marek.
- Peszel?
- Peszel peszel, to taki tunel, przez który przeciągnięty będzie kabel.
Peszel na razie zwisa sobie swobodnie i czeka na ciąg dalszy prac panów elektryków, podobnie jak my.


Panowie powiedzieli, że „będą się przymierzać do zamontowania sztycy, ale to jak piana wokół skrzynki zastygnie”. I pojechali.

Sztyca to taka rura, która zamontowana będzie gdzieś wysoko przy dachu i przez którą wprowadzone będą kable elektryczne biegnące od słupa z ulicy do domu, znaczy się do skrzynki licznikowej. Gdy owa sztyca leżała sobie w salonie na podłodze, to wydawała nam się ogromna, trochę za gruba i trochę za długa:
- Ale to krowa wielka ta sztyca. Jak takie coś będzie na dachu wyglądało? – wyraziłam swoją wątpliwość – Nie mogliście kupić czegoś delikatniejszego?
Ale Artuś zapewnił, że inna być nie może, bo musi się w niej zmieścić całkiem gruby warkocz kabli:
- Nie da się cieńszej,, już przez to będzie ciężkawo kable przecisnąć. A na końcu rury zostanie zainstalowany plastikowy grzybek , takie wykończenie będzie, o, żeby było ładniej – powiedział puszczając pocieszające oko.


Ok. Jak nie można to nie można. Po czasie okazało się, że rurka zamontowana na dachu wydaje się o wiele mniejsza, niż gdy leży w salonie. Z dalekawszystko wygląda jak w skali.
Dodam także, że sztyca do przyłącza prądu musi być wykonana ze stali ocynkowanej, czyli ma być nierdzewna. Innej nie odbiorą.

Przed odjazdem elektryków upewniliśmy się jeszcze, że panowie będą montować sztycę do muru na wysięgniku, aby nie tykać i nie uszkodzić gotowego już dachu. Nie ma mowy o przebijaniu się z dziurą przez nasz piękny, nowy, szczelny dach pokryty gontem bitumicznym. Zapewnili nas, że tak właśnie zamierzali robić i że dach będzie nietknięty.

Jeden z naszych znajomych "wujek dobra rada" skrytykował naszą sztycę, że niby jest za długa. Doradził, aby przymocować warkocz kabli bezpośrednio do belki dachowej, a nie do sztycy. Ale nam się sztyca podoba. Poza tym uważamy, że kabel powinien być rozciągnięty od słupa w ulicy do domu dość wysoko, w miarę poziomo, aby nie opadać w dół na drewnianą belkę więźby. Bo przecież w czasie deszczu po kablu będzie się lać woda. A lepiej, żeby woda sobie kapała na ziemię gdzieś pośrodku łuku wiszących kabli, zamiast spływać do belki dachowej. Zresztą w projekcie jest sztyca i tego się trzymamy. Patrząc na okoliczne domy wszędzie widać dokładnie takie mocowanie, na sztycy.

W sobotę urządziliśmy w naszym domu wielkie sprzątanie. Chłopaki wynieśli na zewnątrz wszystkie worki i pudła ze śmieciami, jakie zostały po kładzeniu gontów. Wynieśli też leżące na podłodze deski, blaty i palety. No i resztki cegieł, pustaków stropowych i bloczków, które zostały z budowy i które kiedyś bezsensownie (moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina!) ustawiliśmy na palecie wewnątrz domu, zamiast na zewnątrz. Marek się pukał w czoło, że przez moje sprzątanie na jesieni mają teraz wynoszenie wszystkiego na wiosnę. Prawda. Więc nie ustawiajcie nigdy stosiku cegieł i pustaków wewnątrz domu, bo będziecie musieli to wszystko potem wynosić.
No, ale wynieśli. Teraz paleta z cegłami stoi pod tarasem. Pewnie przydadzą się, gdy będziemy budować garaż (kiedyś kiedyś).
Na zakończenie porządków Marek ułożył z palet prowizoryczne schodki z tarasu do drzwi balkonowych. Od razu zrobiło się przytulniej. I jak łatwo się teraz wchodzi! Że też wcześniej na to nie wpadliśmy.


Ja zajęłam się zamiataniem posadzek. Było na nich mnóstwo pyłu, cementu, piachu i drobnego gruzu. Aby nie utonąć w tumanach kurzu i pyłu zwilżaliśmy posadzki wodą, rozpylaczem z węża. I zamiatałam tak sobie, usypując co kilka metrów kupki miałowo-gruzowe, które następnie Marek pakował przy użyciu prowizorycznej szufelki zrobionej z blachy do grubych, foliowych worków. Wyrzucimy je razem z innymi śmieciami, gdy zamówimy kontener. Na razie trzy worki z miałem z posadzek stoją na tarasie, który przeradza się w składowisko gruzu i coraz większy śmietnik.


Do pozamiatania została jeszcze góra. Jednego dnia nie daliśmy rady zrobić wszystkiego, bo czas, bo dzieci, bo obiad, bo odciski od szczotki na nieprzywykłych do pracy fizycznej dłoniach. Mimo rękawic ochronnych zrobiłam sobie na rękach krwawiące rany, najbardziej bolącą między palcem wskazującym a kciukiem. Nie mogę ruszać dłonią, bo co rana przyschnie, to przy każdym ruchu się rozrywa i szczypie. Aż dziw bierze, że w czasie zamiatania tego nie czułam. Dopiero po zdjęciu rękawic odkryłam, że mam skórę zdartą bardzo głęboko. Do wesela się zagoi, nie wiem tylko czyjego, bo moje było tak dawno, że aż nie wiem, czy to prawda. Grunt, że dom jest gotowy na prace hydrauliczne.




W poniedziałek po południu (wczoraj), spotkaliśmy się na działce z hydraulikami. Panowie wnieśli sobie do środka pięknie pozamiatanego salonu paletę, przyklęknęli na niej i studiowali projekt.
Tego dnia byliśmy potrzebni aby uzgodnić, w których miejscach mają wisieć grzejniki, gdzie mają być umywalki i sedesy oraz z której strony wanny chcemy mieć zamontowaną baterię. Trzeba było też zdecydować, czy bateria przy wannie ma wychodzić ze ściany, czy też będzie osadzona na wannie:
- A jak powinno być? – spytałam, bo całkiem zaskoczyło mnie to pytanie.
- Ja zrobię tak, jak państwo wybiorą, może być bateria ze ściany, a może być stojąca.
- A jak jest lepiej?
- Nie ma lepiej, to kwestia gustu, co się komu podoba.
- I to już teraz mamy wybrać?
- No tak, bo muszę wiedzieć, jakie wyprowadzenia zrobić. Jeśli bateria będzie stojąca na wannie, to wtedy robi się wyprowadzenia rur ze ścian poniżej górnej krawędzi wanny, a dalej, do baterii wodę ciągnie się wężykami elastycznymi. A jak chcecie baterię w ścianie, to rurki ciągnie się wyżej, nad wannę i bateria mocowana będzie na sztywno.
- A ha, no to my nie wiemy, prawda kochanie? – zwróciłam się do Marka z głupawą miną.
- A pan które rozwiązanie by wybrał dla siebie? – spytał Marek przytomnie.

Hydraulik zaśmiał się przyjaźnie wobec naszej bezradności i dezorientacji i powiedział:
- Ja proponuję zrobić baterię stojącą. Tak jest ładniej, teraz już mało kto montuje w ścianie. Na pewno będziecie kupować wannę akrylową, z tworzywa, nie stalową, prawda? No właśnie, więc takie wanny idealnie nadają się do montażu baterii w rancie samej wanny. Będzie tak nowocześniej.
- No dobra. Jak tak to tak. Zgadzamy się!

Po czasie powiem, że to była doskonała decyzja. Bateria stojąca jest wprawdzie nieco droższa od baterii ściennych, za to wygląda naprawdę ekskluzywnie. No i dla pana płytkarza łatwiejsza robota, bo płytki na ścianach kładzie się w całości, bez żadnego docinania i przewiercania pod baterię. Ale o baterii napiszę szczegółowo w innym poście, bo to szeroki i ciekawy temat.

Ustaliłam jeszcze z panem hydraulikiem (za poradą Krzyśka - kierownika budowy), aby rury doprowadzające wodę do grzejników wychodziły ze ścian, a nie z podłogi.
- Nie ma problemu. Zresztą my inaczej nie robimy, bo rury z podłogi są brzydkie i niepraktyczne. Ani tam odkurzyć, ani wymyć, nie ma jak podłóg ułożyć. Nie robimy z podłogi. Niech się pani nie martwi, będą ze ścian.

Po krótkiej rozmowie wszystko było ustalone. Pan zaznaczył sobie kredą na ścianach miejsca, w których mają wisieć grzejniki, sedesy i umywalki.
Na tym etapie zrezygnowaliśmy z umywalki w kotłowni, która była uwzględniona w projekcie. Panowie przekonali nas, że przy obsłudze pieca gazowego ręce się nie brudzą, więc umywalka w kotłowni nie jest niezbędna. Oczywiście możemy ją mieć, odpływ jest, ale po co?

No właśnie. po co? W pomieszczeniu kotłowni, poza piecem gazowym, ma stać także pralka. Byłoby dobrze, gdyby obok niej znalazło się miejsce na kosze na brudne ubrania. A gdy na ścianie zawiśnie umywalka, zajmie ona całe miejsce i może być z tym kłopot. Więc bez żalu, za namową hydraulika, zrezygnowaliśmy z umywalki w kotłowni.
- Ma pan rację. Lepiej wygospodarować miejsce na szafkę z proszkiem do prania, na płyny albo na kosze z brudną bielizną.
No i przy okazji mamy taniej o kilka stówek. Życie pokaże, czy to była dobra decyzja.

Dodatkowo, po rozmowie z kolegą Arturem, zamieniliśmy kaloryfer z przedpokoju na ogrzewanie podłogowe. Koszty wyjdą podobne, a zimą ciepła podłoga przy wejściu, na której szybko schną mokre buty śniegowe, to super sprawa. Tak więc będziemy mieć ogrzewanie podłogowe w dwóch pomieszczeniach: w łazience i w przedpokoju. W pozostałych pomieszczeniach będą tradycyjne grzejniki.

Jak widać w ustaleniach z hydraulikiem nie trzymamy się projektu. Zmienialiśmy miejsca kilku grzejnikom, niektóre z nich zamieniliśmy na ogrzewanie podłogowe albo zamiast dwóch małych wybraliśmy jeden większy. Pan Kukułka mówi, że w tym zakresie projekt nie jest wiążący i że nikt przy odbiorze budynku nie będzie kwestionował, że grzejnik miał być tu a jest tam. To wszystko jedno. Zależy od tego, jak chce się umeblować dom. A decyzje takie można podejmować dopiero, gdy dom jest zbudowany, bo z samego projektu niewiele da się wywnioskować. Hydraulik tylko przeliczał, jak duże mają być kaloryfery w poszczególnych pomieszczeniach i ile ma ich być, aby zapewnić odpowiednie dogrzewanie domu, adekwatnie do powierzchni i kubatury.

Kolejne ustalenie z hydraulikiem dotyczyło wyboru miejsc, z których będą się rozchodzić wszystkie rury z wodą, do każdego grzejnika i do każdego kranu. Czyli fachowo mówiąc musieliśmy zdecydować, gdzie chcemy rozdzielnie. Okazuje się bowiem, że oprócz rozdzielni prądu w domu będziemy mieć jeszcze dwie rozdzielnie do centralnego ogrzewania – jedną na dole, drugą na górze.
- Mnie jest wszystko jedno. Niech pan robi, gdzie panu pasuje. Bo te rurki jak rozumiem i tak będą szły w posadzce wszystkie, będą zabetonowane prawda?
- Nooo, rurki tak, ale rozdzielnia będzie, że tak powiem, na wierzchu.
- A do czego ta rozdzielnia jest potrzebna? Musimy to zakładać?
- He he, no powiem tak. Musicie. Ja inaczej nie zrobię instalacji bo nie wyobrażam sobie, żeby nie było zaworów do wody. Do każdego obiegu wody, czyli, tak w uproszczeniu do każdego grzejnika, będzie pani miała w rozdzielni osobny zawór,czyli taki mały kranik, który w razie tfu tfu awarii można będzie szybko zakręcić.
- Aaa haaa, no to faktycznie by się przydała. A duża będzie ta rozdzielnia?
- Taka – wyrysował w powietrzu ogromny prostokąt.
- Taaakaaaa? O Jezu. No to w takim razie to nie wszystko jedno, gdzie ona będzie.
- Chyba gdzie one będą, bo będą  dwie.
- No dobra. To gdzie pan proponuje? - poddałam się.


Pan Kukułka zaproponował, aby rozdzielnię na dole umieścić w schowku pod schodami, a rozdzielnię na górze w schowku za łazienką.
I git. Wierzę, że dobrze to wymyślił, bo ja kompletnie nie wiem, o co chodzi z tymi rozdzielniami. Chyba dość decyzji jak na jeden dzień.

piątek, 2 października 2015

68. Drzwi zewnętrzne, czyli pierwszy mebel

2014-05-28

Dziś byliśmy na działce spotkać się z naszym hydraulikiem. Przyjechał swoim wypasionym mercedesem i po raz pierwszy widzieliśmy go „po cywilnemu”, znaczy się nie w stroju roboczym. Był fajnie ubrany, miał czapkę z daszkiem, jeansy, t-shirt z nadrukiem i rozpiętą, cienką koszulę jeansową z krótkim rękawem zarzuconą niezobowiązująco zamiast sztywnej marynarki. Na daszku czapki zaczepił ciemne okulary. No prawie gościa nie poznałam, naprawdę fajnie wyglądał. Facet ma około pięćdziesiątki, świetną sylwetkę, jest zadbany (co nie mieści się trochę w stereotypie polskiego hydraulika) i dziś okazało się, że ma też niezły gust.
Z rozmowy wyniknęło, że facet właśnie jedzie na mecz, ale nie jako kibic, tylko jako zawodnik. Wyszło na jaw, że pan Kukułka jest czynnym, niemal zawodowym piłkarzem piłki nożnej, a jego drużyna szczyci się sukcesami w krajowej lidze seniorów! No no, zaimponował nam gościu:
- Powiedziałem sobie kiedyś, że robota robotą, ale na życie też trzeba znaleźć czas. No i tak już szósty rok będzie jak jestem w drużynie. Nie wiem, jak kiedyś mogłem bez tego żyć. Tak więc nie mam dziś za wiele czasu, bo gramy. Przyjechałem tylko po projekt, bo tam sobie wymiary zdejmę i będę wiedział ile czego kupić. No i klucze bym wziął, żebym od poniedziałku od rana mógł zaczynać.

Projektu niestety nie zabrałam z domu ze sobą, choć przez chwilę miałam w głowie taki pomysł. Daliśmy mu więc tylko klucze od bramy, kłódki od skobla prowizorycznych drzwi i od blaszanego garażu. Umówiliśmy się, że jutro, gdy będziemy na działce, przywieziemy projekt i zostawimy go w domu. W wolnej chwili będzie mógł po niego podjechać bez konieczności umawiania się z nami.

Jutro na godzinę 10. umówiony jest na działce montaż drzwi zewnętrznych.
- Jak zamontują drzwi wejściowe, to klucz do domu zostawimy panu w garażu, na haczyku przy wejściu, żeby mógł się pan dostać do środka - zaproponowałam.
Marek mówi, że jestem zbyt ufna i że nie powinniśmy nikomu zostawiać kluczy od zamków w drzwiach naszego domu, ale jakoś ufam temu Kukułce i nie za bardzo widzę możliwość, aby nosić klucz przy tyłku i za każdym razem przed robotą je otwierać a po robocie zamykać. Musielibyśmy chyba mieszkać na budowie. Póki co kluczami się nie przejmuję, po prostu po skończeniu budowy wymienimy wkadki w zamkach i po sprawie.

Gdy Kukułka pojechał na mecz, ja zajęłam się koszeniem trawy a Marek przeistoczył się w murarza. W świetle drzwi wejściowych wmurował w progu dwa brakujące bloczki fundamentowe, uzupełniając pozostawioną przez budowlańców lukę. Zaprawy wystarczyło dosłownie na styk. Ale udało się, bloczki są, dziury nie ma. Brawo Marek!






Zapytaliśmy pana hydraulika, co sądzi o rozważanym pomyśle, aby zamiast tynków wyłożyć ściany i sufity regipsami. Pan Kukułka serdecznie nam odradził:
- Tynki maszynowe są naprawdę niewiele droższe od regipsów. bo koszt samych płyt to tylko ułamek kosztów. Trzeba doliczyć jeszcze profile stalowe, taśmy dylatacyjne, wkręty, szpachlówkę do spoinowania, to suma sumarum wyjdzie prawie tyle samo co za tynki, uzbiera tych kosztów niemało. A tynk to tynk, jakość ścian jest o wiele lepsza. Po pierwsze ze względu na twardość, a po drugie i ważniejsze, ze względu na wilgotność. Regipsy są higroskopijne i chłoną wilgoć z powietrza, osadza się na nich para. Widziałem nawet już grzyb na stosunkowo nowych ścianach. Ja bym regispów nie robił. Tynk cementowo-wapienny oddycha i daje lepszą jakość powietrza w domu, nie ma efektu wilgotnej puszki czy takiego jakby termosu, jak przy regipsach – mówił hydraulik, który przez lata doświadczeń w zawodzie zwiedził mnóstwo domów. Nie mamy powodów, żeby mu nie ufać.

Pan hydraulik doradził też, aby najpierw zrobić wylewki, a dopiero potem zamówić ekipę do tynkowania ścian i sufitów:
- A nam doradzali odwrotnie, żeby wylewki robić właśnie po tynkach. Bo podobno przy tynkowaniu ścian sporo tynku zlatuje na posadzkę i można go po prostu zalać wylewką, zamiast zeskrobywać z gotowej wylewki – powiedziałam.
- No właśnie. Tynk zlatuje. Jak pani ma gotową posadzkę, to tynkarz musi to co mu spadnie posprzątać. Na bieżąco, zanim zaschnie, żeby potem nie musieć odkuwać. A gdy jest etap przed wylewkami, to chlapią ile wlezie. Jak spadnie to spadnie, nie patrzą. I potem ma pani takie byle co, przy ścianach grubo, po środku mniej. I po co? Niech tynk robią tak, żeby jak wyjdą było czyściutko, na gotowo. Wiem z doświadczenia, że jak tynkują po wylewkach, to idzie mniej tynku, a jak przed, to pod ścianami potrafią być usypane naprawdę wielkie garby z zaprawy. I potem nie wiadomo co z tym robić, równać styropianem, podcinać go, czy skuwać, żeby tą wylewkę w miarę prosto zrobić - argumentował Kukułka.

Po czasie powiem, że kolejność prac w praktyce bywa różna. Jedni robią najpierw wylewki i po nich tynki, a inni odwrotnie. Jeśli w domu nie instaluje się ogrzewania podłogowego, to kolejność prac jest w zasadzie dowolna, bez różnicy. Ale jeśli zakłada się podłogówkę, wówczas tynkarze kategorycznie mówią, że koniecznie najpierw tynki, a wylewki na końcu. Czemu – wyjaśnię w poście dotyczącym tynkowania.
My na naszej budowie najpierw zrobiliśmy wylewki i póki co wszystko jest ok. Wynikało to z naszej niewiedzy, że jednak bezpieczniej dla tynków jest robić wylewki na końcu.

Po siedmiu tygodniach oczekiwania wreszcie doczekaliśmy się drzwi zewnętrznych.
Na montaż przyjechało dwóch młodych chłopaków. Ich szef zadzwonił do nas, umówił datę i godzinę montażu i przypomniał, że do dopłaty zostało 2 700 zł i żebyśmy rozliczyli się z ekipą po skończeniu montażu. Wszystko się zgadzało.

Panowie dotarli na działkę kilka minut przed nami. Chwilę poczekali, upewnili się tylko telefonicznie, że jedziemy. Ale nie mamy sobie nic do zarzucenia, bo to oni byli przed czasem, my dojechaliśmy na umówioną godzinę.

Zaczęliśmy znajomość z chłopkami od kawy, czekoladek i od rozmów na temat budowy domu. Każdy z nich budował swój własny dom, większość prac wykonując samodzielnie. Było więc o czym gadać. Opowiadali o oszustwach, że są powszechne i że niektórzy wykonawcy potrafią skasować klienta za materiały, których w ogóle w danej robocie się nie używa. Ostrzegali, że trzeba być naprawdę czujnym.

Chłopaki naprawdę szczerze chwalili drzwi, które mieli nam montować. Mówili o swoim szefie, że to mega uczciwy facet. A pracowali już w niejednej firmie, to wiedzą co mówią:
- To jest złoty człowiek. Naprawdę dobre ma ceny, od pokoleń to ciągnie, po ojcu. No i gdyby czasem zdarzyła się jakaś reklamacja, ale to naprawdę rzadko, jak tam pracuję od 3 lat, to były dwie, i to dwie z winy uszkodzenia futryn przez murarzy - to szef bardzo idzie na rękę. On woli dopłacić do interesu, byle klient był zadowolony – opowiadali.

Fajnie się gadało. Wzięliśmy od nich wizytówki, bo prywatnie, po godzinach, zajmują się wykańczaniem wnętrz, a szczególnie układaniem płytek. Może się jeszcze spotkamy.

Nasze drzwi zapakowane były na przyczepce samochodowej, były solidnie zafoliowane a narożniki zabezpieczone były tekturą.

Gdy chłopaki zajęli się montażem drzwi, my zajęliśmy się biednym, chorym, rudym kotem, który przyplątał się na naszą działkę.


Już wczoraj go widzieliśmy. Siedział taki biedny, zmoknięty, skulony w trawie. Ale gdy sąsiad uruchomił za płotem kosiarkę, kot się wystraszył i gdzieś pobiegł, albo raczej pokuśtykał.
Dziś ten sam rudzielec znowu przybył. Podeszłam do niego. Nawet nie uciekał. Chyba nie miał już sił. Był bardzo chudy i wycieńczony. Pewnie nie jadł od bardzo dawna.
Zrobiło nam się go żal. Z jednej strony był paskudny. Miał zaropiałe oczy, a jedno z nich było całkiem matowe. Nawet nie wiem, czy to chore oko czy tylko strup po oku. Wczoraj w okolicach ucha widzieliśmy u niego wielkiego, napompowanego krwią kleszcza. Dziś kleszcz już się odczepił, nie było go.
I co z takim zwierzęciem nieszczęśliwym zrobić?
Aż strach go dotykać. Nie wiadomo, jak zareaguje, czy się nie wystraszy, czy nie drapnie. Nie wiemy, czy nie roznosi jakichś chorób. Brzydzimy się wziąć go na ręce, żeby odwieźć do weterynarza. No i musimy się też troszczyć o nasze dwa koty domowe, które śpią z nami w jednym łóżku. Nie chcielibyśmy przywlec do domu jakichś chorób odzwierzęcych.
Ostatnio moja przyjaciółka Renata mówiła, że gdy jej przyjaciółka przygarnęła bezpańskiego kota, zaraziła się grzybicą. Dostała liszaja na rękach i przez długi czas nie mogła się z niego wyleczyć, a na maści sterydowe wydała majątek.

I co tu robić? Jasne jest, że trzeciego kota do domu nie weźmiemy. Póki co postanowiliśmy go przynajmniej nakarmić. Marek wsiadł do samochodu i pojechał do najbliższego sklepu po karmę. Kupił kocią puszkę i poczęstowaliśmy kota. Zjadł 3/4, nieco spłoszonym wzrokiem rozglądając się na boki, czy nikt na niego nie czyha. Gdy się najadł, wstał - o rany, jaki on chudy! - i przeszedł obok mnie, całkiem blisko. Jakby chciał podziękować. Ale nie otarł się o mnie, jak to zwykle czynią nasze koty. I całe szczęście. Kot odszedł na kilka metrów dalej i przysiadł w trawie.

Zrobiliśmy mu małe schronienie pod drzewem. Ułożyliśmy na trawie deski, przykryliśmy je ciepłym styropianem. Zrobiliśmy daszek z desek i papy wsparty na pustakach, ustawiliśmy z tyłu ściankę. Przed deszczem i wiatrem będzie mógł się schować. Wstawiliśmy do środka kubek z wodą i pozostałą karmę.
Ciekawe, czy kot będzie na naszej działce jutro. Trochę dręczą nas wyrzuty sumienia, że nie zabraliśmy go ze sobą, że nie zawieźliśmy go do weterynarza. Ale zobaczymy, co będzie dalej. Trochę nie mamy ochoty pokochać tego biednego kota, bo naprawdę nie chcemy go przygarnąć do domu. Jeśli przeżyje, będziemy go karmić. A może wydobrzeje i sobie pójdzie? Tak byłoby najlepiej.

Ale wracamy do montażu drzwi.

Chłopaki zaczęli pracę od zdemontowania naszych drzwi prowizorycznych. Poszło to nieprawdopodobnie łatwo, co utwierdziło nas w przekonaniu, że nie były one praktycznie żadnym zabezpieczeniem. Człowiek z łomem i z wkrętakiem był w stanie rozebrać je w ciągu kilku minut.


Nowe drzwi są piękne! Futryna jest wyższa od skrzydła o wysokość naświetla, czyli takiego jakby nieotwieralnego okienka, które będzie znajdować się nad drzwiami, aby wpuszczać do wnętrza domu więcej światła. Owe okienko jest z szyby zespolonej.


Wmurowane wczoraj przez Marka bloczki betonowe doskonale się trzymają. Trochę siadły na zaprawie i są nieco niższe od sąsiednich bloczków, ale chłopaki orzekli, że to w niczym nie przeszkadza, bo futryna oprze się na starych bloczkach a dwucentymetrową lukę pod tymi nowymi po prostu wypełni piana montażowa.

Chłopaki ostrożnie zdjęli skrzydło drzwi z zawiasów, delikatnie oparli je o ścianę i przystąpili do montowania samej futryny, która była takim jakby pustym prostokątem z szybką na górze. Najpierw domocowali do futryny metalowe kotwy.



Potem przy pomocy wiertarki przygotowali ościeże, z pustaków porothermowych skuli wszystkie pióro-wpusty, aby powierzchnia wokół futryny była jak najbardziej gładka. Potem wstawili w otwór futrynę i zblokowali ją drewnianymi klinikami, które wbili młotkiem tak, aby z każdej strony między futryną a murem powstała szczelina, na piankę. Na etapie klinowania, przy pomocy poziomicy ustawiali pion i wreszcie przykręcili kotwy do muru.



Potem jeden z chłopaków zabezpieczył futryny niebieską taśmą ochronną, oklejając je dokładnie z obydwu stron, po czym w szczeliny między futryną a murem napuścił pianki montażowej. Na koniec panowie zamocowali w drzwiach klamkę i dwa zamki, zawiesili drzwi na zawiasach i zerwali niebieskie taśmy ochronne. Polecili, aby do jutra drzwi nie otwierać na całą szerokość ani nimi nie szarpać, dopóki pianka należycie się nie utwardzi. Potem posprawdzali i wyregulowali zamki.





Wręczyli nam pęk pięciu identycznych kluczy. Zamki są dwa, ale otwiera się je jednym kluczem.
Na koniec dostaliśmy jeszcze kartę bezpieczeństwa, która wygląda jak karta kredytowa. Tłumaczyli, że jest to jakiś atest dla zamków, który bywa przydatny przy ubezpieczaniu budynku. Podobno gdy okażemy się ową kartą przed firmą ubezpieczeniową, suma ubezpieczenia przy niezmienionej składce automatycznie wzrośnie, właśnie dzięki atestowanym zamkom.
No i wreszcie panowie wręczyli nam fakturę, zainkasowali pozostałą do dopłaty kwotę i pojechali.


Trzeba przyznać, że przy montażu panowie bardzo uważali, aby drzwi się nie porysowały i nie obtłukły. Przy każdym opieraniu ich o ściany podkładali pod ranty miękki styropian. Same drzwi również ustawiali na styropianie, a przy ich przenoszeniu uważali, aby wspierać je na własnych butach, a nie na żwirze.




Nie wiem jeszcze, jak drzwi będą się sprawować w użytkowaniu, ale na tym etapie z czystym sumieniem mogę polecić wszystkim niedrogą i solidną firmę produkującą drzwi drewniane o nazwie Tom-Drew z siedzibą w Łodzi przy ul. Budziszyńskiej 4. Drzwi są ładne, solidne, leciutko i perfekcyjnie się zamykają, i w ogóle wszystko w nich jest naj. I przysięgam, że nie dostałam od tej firmy ani złotówki za reklamę. Ba, nawet chyba nie wiedzą, że ich chwalę. Ale niby czemu mam nie chwalić, skoro jestem zadowolona?
Teraz tylko będziemy musieli uważać, aby nasze piękne drzwi nie uległy zniszczeniu w trakcie dalszych prac budowlanych.

Kolejny etapik naszej budowy za nami. Drzwi to jakby pierwszy mebel, który naprawdę cieszy.

czwartek, 1 października 2015

67. Luka w progu i plany przedhydrauliczne

2014-05

Nadszedł czas, aby zamontować drzwi wejściowe. Dziś wreszcie zadzwonili z fabryki, że drzwi już się wyprodukowały i umówiliśmy się na ich zamontowanie, na czwartek.


Nasze prowizoryczne drzwi zbite z desek wkrótce znikną. Posłużyły nam one tylko przez kilka tygodni, ale ich wykonanie bynajmniej nie było zbędne, bo dzięki nim od miesiąca mamy zamknięty dom. To się nazywa stan surowy zamknięty – no, może prawie zamknięty, bo deskowe drzwi na skobel trudno nazwać prawdziwym zamknięciem. Niemniej jednak za chwilę będziemy mieć prawdziwe, solidne, piękne drzwi z prawdziwymi zamkami i kluczami. Już się nie mogę doczekać.


Dziś pojechaliśmy z Markiem do marketu budowlanego i kupiliśmy mały worek gotowej, sypkiej zaprawy to murowania oraz wiadro, w którym będzie można ją rozrobić z wodą. Postanowiliśmy bowiem, że przed montażem drzwi wmurujemy samodzielnie brakujące w progach bloczki betonowe. Nasi budowlańcy pozostawili luki w wejściach – zarówno w otworze na drzwi wejściowe jak i w otworze na drzwi balkonowe. Dzięki tym lukom, w czasie gdy trwała budowa, łatwiej mogli wwozić do środka domu materiały budowlane. Skoro nie było progów wystarczyło rzucić w przejściach deski i spokojnie dawało się wjeżdżać do środka załadowaną materiałami budowlanymi taczką.

Po skończeniu budowy – jak mniemam – panowie powinni wmurować te trzy brakujące bloczki fundamentowe, ale jakoś o tym zapomnieli. Oni zapomnieli, a my w ogóle nie mieliśmy pojęcia, że należy to egzekwować. Dopiero podczas montażu okien oraz przy pierwszej wizycie pana od drzwi, gdy robione były obmiary, sprawa konieczności uzupełnienia luk w opasce z bloczków fundamentowych wyszła na jaw.


Przy zakładaniu okna balkonowego panowie sami wprawili nam brakujący bloczek, przyklejając go do chudziaka i bloczków sąsiednich pianką montażową. Powiedzieli, że na razie sama pianka wystarczy, chodzi tylko o to, żeby nie było dziury pod futryną i żeby koty albo inne zwierzęta nie wchodziły nam do domu. A jak będziemy tuż przed robieniem wylewek, to sobie ten prowizorycznie wprawiony pustak wytniemy z pianki i go porządnie wmurujemy. Okno i tak wspiera się na bloczkach, które są po bokach otworu, zamontowane jest dodatkowo na kotwach, więc jeden słabiej przytwierdzony pustak w niczym nie przeszkadza.

Niemniej przed wprawieniem drzwi wejściowych, chcemy od razu porządnie i na gotowo zapełnić lukę, wmurowując brakujące bloczki zaprawą cementową, a nie jakąś miękką pianką. Jutro będziemy więc bawić się w murarzy i wmurowywać, zarówno ten obecnie wpiankowany jeden bloczek pod oknem balkonowym, jak i dwa brakujące bloczki, które stworzą próg w drzwiach wejściowych. Zobaczymy, jak nam to pójdzie. Jeszcze nigdy w życiu nie murowałam. Marek też nie. Jesteśmy podekscytowani naszym pierwszym razem!


Jutro o 16. mamy na działce spotkanie z hydraulikiem, który zaczyna robić naszą instalację wodno-kanalizacyjną. Pan Kukułka przedstawił nam wycenę potrzebnych materiałów, w tym pieca gazowego firmy Vaillant (podobno lider wśród pieców) i grzejników firmy Purmo (podobno lider wśród grzejników). Całość ma nas kosztować około 25 tys zł. Łał! Kwota mnie prawie przewróciła, to kupa szmalu. Cóż, będziemy płakać i płacić. Wyjścia innego nie ma. Nie na darmo wszyscy twierdzą, że instalacja wodno-kanalizacyjna oraz dach to najdroższe elementy każdej budowy.

Pan Kukułka uświadomił nam, że w pierwszym etapie prac hydraulicznych nie montuje się pieca i grzejników, a tylko same rurki rozprowadzające wodę po domu, czyli do wszystkich ujęć wody oraz do grzejników:
- Piec i kaloryfery to będzie drugi etap, jak już będziecie po tynkach i wylewkach - mówił.
A więc na początek na instalację wodno-kanalizacyjną potrzebujemy jakieś 10 tys. zł. No dobra, trochę się to wszystko rozciągnie w czasie.

Pan Kukułka powiedział także, że poza materiałami hydraulicznymi, które on sam zamówi i dowiezie, będziemy musieli samodzielnie załatwić, znaczy się zakupić, folię oraz styropian. Nie mam pojęcia ani jaką folię ani jaki styropian i ile tego ma być, ale obiecał, że pomierzy, policzy i powie. Niebawem wszystko się okaże.

Przed rozpoczęciem robót wodno-kanalizacyjnych mamy uprzątnąć wszystko z podłóg, znaczy się z tego betonu, na którym podłogi kiedyś powstaną. Trzeba powynosić leżące gdzieniegdzie cegły, folie, deski i śmieci. Trzeba uprzątnąć cały parter, gdzie w rogu leży kilka worków śmieci pozostałych z zakładania gontów bitumicznych (w różowe worki spakowane są folie, którymi gonty podklejone były od spodu dla zabezpieczenia warstwy kleju - jest tego mnóstwo!). Poza tym w domu jest sporo palet i blatów, a w kącie stoją pozostałe z budowy pustaki i cegły. Trzeba to wszystko wynieść z domu na podwórko i dokładnie pozamiatać. Gdybyśmy wiedzieli, że dom ma być puściutki, nie składowalibyśmy pozostałych z budowy resztek materiałów budowlanych w salonie, a od razu ustawilibyśmy paletę pod orzechem. Cóż, pierwszy raz się budujemy i nie przyszło nam to do głowy, chociaż jakby się tak głębiej zastanowić to powinno! Będziemy teraz musieli te pieczołowicie zeskładowane pustaki i cegły wynosić na podwórko.


Przy zamiataniu betonu kurzu będzie co nie miara. Chyba pylicy płuc dostaniemy! Nie, nie da się tego zrobić na sucho. Chyba zdecydujemy się na spryskiwanie posadzki zraszaczem i na ściąganie budowlanego błota łopatą. Ech, jeszcze nie mam na to pomysłu. Obecnie jest tak, że przy zwykłym chodzeniu po domu kurz cementowy wzbija się na wysokość kolan. No i właśnie całego tego syfu musimy się pozbyć.
Cementowy pył trzeba będzie spakować w grube worki i gdy zamówimy już kontener na wszelkie odpady budowlane i śmieci, po prostu wyrzucić. Nie powinno się tego pyłu cementowego rozsypywać po działce, bo to nie jest zwykły piach, ale żrący cement, który zaszkodzi roślinom i nie zostanie łatwo zasymilowany przez glebę (tak mi się przynajmniej wydaje).

Zastanawialiśmy się, czy nie należy już teraz zamówić kontenera. Załadować go gruzem, który jest wysypany w miejscu tarasu, wrzucić do niego wszystkie spakowane w worki śmieci, pył cementowy z zamiatania domu i ścinki papy oraz gontów.
Ale na razie nie uzbieraliśmy jeszcze śmieci aż tyle, aby zapełnić kontener. Z drugiej strony nie mamy pewności, czy mamy się pozbywać gruzu usypanego w miejscu tarasu. Pan Jarek coś przebąkiwał, że gruz się przyda do utwardzenia tarasu - ale nie wiem jak by to miało wyglądać. Zadzwoniłam więc po poradę do brata pana Jarka, który zajmuje się układaniem kostki brukowej i robieniem tarasów oraz schodów. Pan ten poradził, żeby nie pozbywać się gruzu:
- Nie ma sensu wywozić gruzu, i jeszcze za to płacić. Gruz się pokruszy i będzie jako podbudowa pod taras, takie dodatkowe utwardzenie. Dopiero na to pójdą pozostałe warstwy żwiru i piasku. Szkoda pieniędzy – przekonywał.
Tak więc ze sprzątania z użyciem kontenera na odpady budowlane na razie rezygnujemy. Samych śmieci mamy zbyt mało, by zapełnić mały nawet kontener, więc póki co będą sobie leżeć pod płotem jak dotąd, i czekać, aż się ich uzbiera więcej.


Na naszej działce rośnie aromatyczny lubczyk, melisa i chrzan. Dziś Marek posadził jeszcze tymianek, którego sadzonkę przywiózł od swojej mamy. Powoli zaczynamy korzystać z dobrodziejstwa posiadania własnego kawałka ziemi. Ja wprawdzie bardziej przeszkadzam niż pomagam, bo czasem psuję Markowi te drogocenne uprawy, zapominam i wjeżdżam w nie kosiarką. Ale zawsze jakoś odrastają. Marek kiwa tylko głową z politowaniem:
- Jak można było nie odróżnić lubczyka od chwastu!
No, taki już mam talent-antytalent.
Pamiętam jak przed laty, w podstawówce, pani zabrała naszą klasę na lekcji przyrody do ogródka woźnej, aby pielić grządki. Wypieliłam swój fragment idealnie - wyrwałam wszystkie czerwone listeczki botwinki i zostawiłam piękną, wysoką, zieloną lebiodę. Jakoś lebioda bardziej mi wtedy wyglądała na roślinę użyteczną, niż ledwo co wschodząca botwina. Gdy zobaczyła to moja koleżanka ostrzegła mnie złowieszczym szeptem:
- Lepiej zakop te liście buraków głęboko i powiemy pani, że w tej części jeszcze nie wzeszły, bo jak się okaże, że wyrwałaś botwinę a zostawiłaś chwasty, to będzie afera!
Tak zrobiłam. Zakopałam dowody mej ignorancji ogrodniczej i nic się nie wydało.

Nic więc dziwnego, że Marek drży o swoje zioła, czy aby na pewno nie zrobię im krzywdy. Niestety, w zeszłym roku wyrwałam z ziemi wielki chrzan, bo takie wielkie „chwaścisko” wyrosło mi na środku trawnika! Potem się okazało, że Marek specjalnie go hodował, aby mieć do kiszenia ogórków. Na szczęście nie udało mi się wykarczować go w całości i szybko odrósł. 
Cóż, działkowca to już ze mnie nie będzie na pewno. 

poniedziałek, 28 września 2015

66. Tynki czy regipsy? - oto jest pytanie

2014-05-27

Pan elektryk z brzydką szyją, podczas rozmowy z Markiem na temat rozkładania kabli, zasiał w nas wątpliwość co do sensowności wykańczania ścian wewnętrznych tynkami:
- A po co wam tynki Nie lepiej płyty kartonowo-gipsowe? Przecież regipsy są o wiele tańsze, ładniejsze, równiutkie i kładzie się je błyskawicznie. Dziś już mało kto kładzie tynki, a zwłaszcza gdy patrzy na koszty – przekonywał łysy brzydal.

Dotąd sądziliśmy, że tynk to jedyna opcja i że mamy jedynie możliwość wyboru między tynkiem ręcznym (tzw. tradycyjnym) a tynkiem maszynowym. Potem nasza wiedza poszerzyła się i wiemy, że trzeba też wybrać rodzaj tynku: albo cementowo-wapienny, albo gipsowy.
Jaka jest różnica?
Otóż tynk gipsowy jest nieznacznie tańszy (nie 27 ale 24 zł/m2), jest równiejszy, bardziej gładki (podobny do gładzi) i szybciej schnie. Ale jest też dużo bardziej miękki od tynku cementowo-wapiennego, mniej odporny na uszkodzenia, każde stuknięcie w ścianę gipsową kończy się wgniotkiem, który oczywiście łatwo naprawić szpachlówką, ale kto by chciał całe życie latać ze szpachelką i gipsować dziury w ścianach!

Po czasie powiem, że pan tynkarz zwracał uwagę na krótki termin przydatności gipsowej zaprawy tynkarskiej:
- Gips ma bardzo krótki termin ważności. Trzeba naprawdę mieć uczciwego dostawcę, żeby nie wpakować się w kupno zleżałego, starego tynku gipsowego. A to potem wszystko wychodzi w robocie. Stary tynk nie trzyma się jak trzeba, nie daje się dobrze wygładzić. Już się kiedyś natknąłem na przeterminowany tynk gipsowy i to wyrzucone pieniądze są, zmarnowany czas i robota. Trzeba było wszystko zrzucać, skuwać i robić od nowa. Dlatego nie zgadzam się już na robienie tynków z materiałów powierzonych przez klientów. Mam swojego dostawcę, zawsze pewność, że tynk jest świeży i po prostu trzymam się sprawdzonego producenta.
Jeśli to kogoś zainteresuje dodam, że facet ten pracował na materiałach firmy Alpol z Przysuchy.

Tynk maszynowy jest tańszy od tynku tradycyjnego, bo panują stereotypowe przekonania, że tynki ręczne są lepsze - nie wiedzieć czemu. Opinia ta jest niepotwierdzona i jak sądzę po czasie –nieprawdziwa. Okazuje się bowiem, że w zasadzie każdy tynk wygładzany jest ręcznie, identyczną technologią polegającą na gładzeniu ściany rantem deski! Różnica tkwi jedynie w sposobie natryskiwania zaprawy na ścianę.


O tynkach wiemy już coraz więcej, a teraz słyszymy, że tynku wcale być nie musi?
Hmm. Trzeba rozpoznać temat.  

Po krótkim rekonesansie, czyli rozmowach z kim się da i szperaniu w Internecie, dowiedzieliśmy się, że ściany z płyt karnowo-gipsowych są zbyt miękkie, że łatwo się uszkadzają (przy małych nawet uderzeniach) i że pękają na łączeniach, czyli na tzw. spoinach.
Oczywiście ich zaletą jest niższa cena i łatwość oraz szybkość wykonania ścian wewnętrznych. Wiele osób jest w stanie wykonać ściany kartonowo-gipsowe samodzielnie. Wystarczy przymocować do ścian i podłóg profile stalowe, a następnie dokręcić do nich płyty, zaszpachlować łączenia (co się fachowo nazywa spoinowaniem łączeń) i zaklajstrować szpachlówką dziurki po wkrętach. I już. Ściany gotowe. Wystarczy je zagruntować i pomalować.

Do tynków z kolei bezapelacyjnie będziemy musieli wynająć ekipę, i to fachową, a o takową ponoć niełatwo. W przeciwieństwie do płyt kartonowo-gipsowych samemu tynkowania zrobić się nie da. Potrzeba nie lada wprawy, doświadczenia, starania i dokładności, aby tynki były ładne i  równe. To nie jest robota dla amatorów.

Ponadto, aby tynk miał dobry wygląd, podobno należy zaciągnąć go gładzią gipsową – tak mówią wszyscy.
I tu zaczyna się nasz problem, bo gładzi absolutnie nie chcemy. Po pierwsze dlatego, że to dodatkowe koszty. A po drugie, ważniejsze, dlatego, że gładź gipsowa bardzo psuje akustykę pomieszczeń. Dźwięki odbijają się od tych gładkich, twardych jak blaszka powierzchni, i każdy pokój jest jak studnia, w której aby coś usłyszeć, trzeba do siebie krzyczeć. Dźwięki nie zapadają się w ściany jak w aksamit, ale hulają dookoła i powodują wnerwiający hałas i chaos. Zero aksamitu, zero stłumionego, kinowego szeptu. Tylko echo i studnia. Zwariowalibyśmy w takich wnętrzach, a Marek to już na pewno. Za każdym razem, gdy chodzimy w gości do znajomych, którzy mają w pomieszczeniach gładzie gipsowe, wracamy potwornie zmęczeni i z bólem głowy. Żeby zrozumieć lektora czytającego wiadomości w TV trzeba rozkręcić telewizor na głośny lewel. Takie gładzikowe ściany możnaby uratować chyba tylko obwieszając je dywanami tureckimi, dlatego gładziom gipsowym mówimy stanowcze nie!

Słyszeliśmy także, że przy robieniu tynków maszynowych drzwi i okna narażone są na uszkodzenia, że się niszczą. Trzeba je bardzo dokładnie zabezpieczyć, okleić folią, która też nie zawsze wystarcza, bo się drze i wtedy tynk przykleja się do szyb i ram i trzeba go potem zdrapywać, zeskrobywać.
Jedna z naszych znajomych bardzo narzekała, że po tynkowaniu domu okna mieli kompletnie zniszczone, że tynk porysował i ramy i szyby i że okna po tynkowaniu wyglądały jak stare, chociaż były nowe.  
Po czasie powiem, że wszystko zależy od dbałości ekipy tynkarskiej. Jak panowie chcą, to niczego nie poniszczą. Da się. Niemniej miałam nieprzyjemność szorować szybę okna w miejscu, gdzie folia ochronna się rozdarła. Oj, nie byłam zachwycona.

Cóż. Już sami nie wiemy co robić. Pan elektryk zasiał w nas poważną wątpliwość i rozważamy nadal, czy aby na pewno chcemy brnąć w tynkowanie.

Płyty kartonowo-gipsowe można montować wprost na ściany na tzw. placki - czyli kupki zaprawy nakładane na płytę w kilku punktach. I to podobno wystarcza, aby płyta doskonale trzymała się muru, nie ma potrzeby, by nakładać klej na całą jej powierzchnię. Ale przy takim montażu (plackowym) między pustakiem a płytą pozostaje niewielka przestrzeń, szczelina, pustka powietrzna. Jest ona wręcz korzystna, bo stanowi dodatkową izolację termiczną, jednak we mnie zawsze budzi się pytanie co jest w tej szczelinie? Pająki? Mrówki? Inne robale? Oj, chyba mi się to nie podoba.

Płyty kartonowo-gipsowe można także montować na drewnianych listwach (zamiast na plackach zaprawy) – jeśli ktoś chce się w to bawić. To oczywiście podraża inwestycję i spowalnia pracę, ale ponoć jest to bardziej fachowy sposób montażu.

Słyszałam też opinię mojej ukochanej cioci Aliny, która mówiła:
- Żadne regipsy! Ani mi się waż! Tynk to jest tynk. A te gipsy, regipsy albo inne wynalazki to jest tandeta! U sąsiadki sobie z tego ściany zrobili, to, mówięc ci z ręką na sercu, co tam pójdę, to smrodek taki stęchły czuję. Nie chce się to wywietrzyć już trzeci rok! Ja tam nie wierzę, że to jest zdrowe. Od zawsze dawało się w domach tynki, bo to jest dobre. A te nowe mody to się nie przyjmą. Nie dawaj się na to namówić – przestrzegała mnie niezbyt nowoczesna, ale dobrze mi życząca ciocia.

Jak widać – opcji do rozważenia jest wiele.
Po powrocie do domu Marek zaczął zgłębiać temat regipsów. Czytał fora, oglądał filmy instruktażowe w internecie, szukał argumentów "za" i "przeciw".

Z kolei nasz kolega Karol, który niedawno przeprowadzał remont kapitalny odziedziczonego po babci domu, twierdzi, że regipsy to wcale nie jest złe rozwiązanie. U niego na parterze na ścianach jest tynk, a na górze są właśnie regipsy:
- Regipsy są o wiele ładniejsze i gładsze. No i sporo tańsze. Poza tym większej różnicy w użytkowaniu nie widzę. I powiem, wam, że trafiliśmy na słabą ekipę tynkarzy, którzy nie umieli zrobić prostych ścian. Sporo było poprawek i kłótni na ten temat. Gdybym jeszcze raz miał decydować, to pewnie zrobiłbym regipsy w całym domu – mówił Karol.

Karol stwierdził też, że jedyny kłopot z regipsami to wieszanie na nich np. szafek czy półek.  W zasadzie powinno się przewidzieć z góry, gdzie ma co wisieć, w którym miejscu będzie szafka albo lustro. W tych miejscach należy bowiem wzmocnić ściany, na przykład przykręcić pod regipsami drewniane łaty, aby nie było pustki powietrznej, tylko pełna struktura. A zaplanowanie całego urządzenia i umeblowania domu na etapie jego budowy nie jest takie proste, powiem, że wręcz niemożliwe.
Poza tym Karol mówił, że gdzieś słyszał, że regipsy wysuszają powietrze, ale on tego u siebie nie zauważa i nie wie czy to prawda.
My także czytaliśmy, że gips jest materiałem wysoce higroskopijnym, który mocno chłonie wilgoć z powietrza. Ale równie łatwo tę wilgoć oddaje, czyli swą wilgotność przystosowuje do wilgotności otoczenia. Chyba więc to nie jest wadą.


Potem do dyskusji o regipsach włączył się nasz przyjaciel Marian, który wygłosił tajemnicze hasło, że regips nie oddycha. Ale ta opinia wydała nam się całkiem dziwna, bo skoro regips nie oddycha, to gładź gipsowa też nie, a jakoś większość ludzi – on także - gładź w mieszkaniach kładzie. Poza tym fachowcy twierdzą, że od oddychania domu to jest odpowiednia wentylacja i otwory, najlepiej rozszczelniane okna, a nie ściany.
No więc nie słuchamy takich opinii, bo to bzdury jakieś. Osobiście nie wierzę w oddychanie ścian, bo niby co to znaczy? Że przelatuje przez nie wiatr? No, nie chciałabym. Zresztą wystarczy zaklajstrować ścianę uni-gruntem, farbą lateksową albo tapetą i już wszystkie pory w ścianie są zatkane i z oddychania nici. Bardziej wierzę w dobre lub złe promieniowanie ścian, czyli w materiały, z których ściany są wykonane. Gazobetony, czyli sprasowane produkty uboczne spalania żużli, odpadają. Niemniej oczywiście nie znam się na tym i przemawia przeze mnie jedynie intuicja. A że jestem zodiakalną rybą to intuicję mam świetną. Więc w grę wchodzi tylko naturalna, wypalana ceramika. Natomiast od oddychania to są płuca, a nie ściany.

Póki co wybór, czy tynki czy regipsy, to dla nas jeszcze daleka droga. Jest czas na zastanowienie się, a każda z opcji ma swoje dobre i złe strony.
Po czasie powiem, że ostatecznie zdecydowaliśmy się na rozwiązanie mieszane – na dole, w części mieszkalnej położyliśmy tynki (na ścianach cementowo-wapienne, na sufitach gładsze, gipsowe), a na górze, w części studyjnej, płyty kartonowo-gipsowe, o czym zdecydowały głównie względy akustyczne, bowiem wszystkie ściany na górze zostały wytłumione solidną warstwą akustycznej, specjalnej wełny mineralnej ułożonej na murach pod płytami kartonowo-gipsowymi.

Dodam jeszcze, że tynki cementowo-wapienne są szalenie trudne w naprawie. Wszelkie niedoróbki tynkarzy (które niestety nawet przy dobrej, polecanej i sprawdzonej ekipie się zdarzają), bardzo trudno jest usunąć. Szpachlowanie nierówności oznacza, że na porowatej powierzchni ściany pojawi się gładziutki placek, który całkiem inaczej odbija światło i odznacza się od reszty powierzchni. Takie gładkie placki okazują się bardziej denerwujące i wadliwe niż niewielkie nierówności w tynku. Trzeba naprawdę sporo cierpliwości, różnych chwytów i sposobów, aby naprawić tynk tak, by nie było widać miejsca naprawy. Możliwe, że fachowcy mają na to swoje łatwe sposoby, ale ja, amator, sporo się namęczyłam, aby załatać nierówności w sposób zadowalający (acz nigdy nieidealny). Jeszcze o tym opowiem.  

piątek, 7 sierpnia 2015

65. Elektryk do wykonania rozdzielni pilnie poszukiwany

2014-05-25

Szukamy elektryka. Zdecydowaliśmy, że facet, który instalował nam prowizorkę budowlaną nie będzie robił całej instalacji elektrycznej w domu, bo nie do końca ufamy w jego fachowość. Przypomnę, że założył inny bezpiecznik niż wynikało to z dokumentów i elektrownia odmówiła nam przyłączenia prądu do czasu jego wymiany. I chociaż pan był miły, to boimy się mu zaufać.
Poza tym pan od prowizorki sam przyznał, że nie posiada stosownych uprawnień, więc co do papierków i podpisów korzysta z uprzejmości kolegi, jak sądzę nie za darmo. A więc nie. Szukamy kogoś innego.


Dostaliśmy telefon do elektryka od pana Andrzeja - dekarza. Rozmawiałam z nim telefonicznie o wycenie naszej instalacji. W przybliżeniu podał następujące orientacyjne koszty:
- przyłącze, skrzynka licznikowa, materiały, papiery 2 500 zł
- materiały do środka (w tym rozdzielnia 1500 zł) 3 000 zł
- robocizna 50 zł/punkt x ok. 80 punktów 4 000 zł
razem 9 500 zł

Nie wiem czy to drogo czy tanio. Z mojego rozpytywania się na lewo i prawo wynika, że koszt instalacji elektrycznej w domu jednorodzinnym może być bardzo różny. Słyszałam o cenach od 5 do 25 tys. zł. Oczywiście decydujące znaczenie ma ilość tzw. punktów, czyli gniazdek, włączników i punktów świetlnych. Cena za pojedynczy punkt też bywa różna, waha się od 35 do 60 zł.

Pan elektryk z telefonu jakoś mnie do siebie nie przekonał. Ciężko się z nim rozmawiało. Ceny podawał niechętnie, „mniej-więcej, bo to zależy” i z góry uprzedzał, że nie są one wiążące, „bo to zależy i okaże się w trakcie”. Nie do końca pan mi wyjaśnił, co kryje się pod pojęciem „przyłącze” i „papiery”. Nie rozumiałam, co do mnie mówił, a tekst "jakoś się dogadamy" doprowadził mnie do szału. No nie. Za mało konkretów i za dużo niewiadomych.

Od słowa do słowa okazało się, że nasz znajomy ma brata elektryka. Gdy się dowiedział, że szukamy kogoś do wykonania instalacji natychmiast do niego zadzwonił, oddał mi słuchawkę i kazał sobie uzgadniać z Artkiem, co tam potrzeba.
Opowiedziałam wstępnie o co chodzi i Artek - elektryk zaproponował spotkanie na działce, żeby wszystko obejrzeć i obgadać.


Spotkanie ustalone zostało na 10 rano w niedzielę.
Pojechaliśmy. Okazało się, że Artek nie był sam, ale z pewnym starszym mężczyzną. Hmm. Nie spodobało nam się to, bo podobno Artek miał być dobrym fachowcem i posiadać wszelkie uprawnienia, a teraz wychodzi na to, że to ów starszy facet jest mózgiem projektu.

Szukanie elektryka wśród znajomych miało oczywisty cel: sprawić, aby było taniej. Chodzi bowiem o to, aby elektryk wykonał jedynie przyłącze, czyli zainstalował i podłączył rozdzielnię prądu wewnątrz domu oraz skrzynkę licznikową na zewnątrz. No i oczywiście aby całą instalację na końcu posprawdzał, wykonał niezbędne pomiary i sporządził wszelkie papiery wymagające podpisu uprawnionego elektryka. Natomiast samo rozprowadzenie kabli po domu, czyli zrobienie tzw. punktów, Marek postanowił wykonać samodzielnie. Stwierdził bowiem, że to czynności banalnie łatwe:
- Nie widzę sensu, żeby płacić 50 zł za punkt. Co ja kabli nie położę? A jaka to filozofia, nawiercić otwory i przymocować kable spinkami? Trzeba umieć tylko posługiwać się wiertarką – twierdzi Marek.
Do zaoszczędzenia jest jakieś 3 - 4 tys. zł. Z tym, że Marek będzie musiał zakasać rękawy i zaprzyjaźnić się z wiertarką, co uczyni – jak twierdzi – z ochotą i zapałem.

Ów starszy elektryk to niezły ściemniacz, z gatunku gawędziarzy. Nie lubię takich, ale nie będę się nakręcać i nastawiać negatywnie. Facet jest łysy, ma wystający brzuch, który rozdyma przyciasny i przybrudzony t-shirt, i ma brzydką szyję z wielkim, obwisłym podgardlem. Aparycja dość odpychająca, niestety. Amant z niego żaden, ale na powitanie pocałował mnie w rękę! Bleeee!
Zaczął rozmowę od wygłoszenia swojej filozofii życiowej:
- Wiecie państwo, ja wyznaję taką zasadę, że aby wymagać od innych, najpierw trzeba zacząć wymagać od siebie. I dlatego właśnie – ciągnął dalej gawędziarz – przyjechałem tu do państwa na miejsce nieco przed umówioną godziną, na wszelki wypadek, aby na pewno się nie spóźnić.
Jezu, co za nudziarz!

Artek natomiast, nie dość, że się spóźnił, to jeszcze zapomniał papierosów i sępił od Marka. I chociaż nie wygłaszał żadnych życiowych filozofii, to jakoś bardziej ufam Artkowi niż łysemu.
Panowie będą pracować we dwóch, więc mam nadzieję, że jakoś się dogadamy. Z Artkiem na pewno.

No dobra, starszy pan pogadał trochę, jaki to on jest fajny, ale do rzeczy.
Pan elektryk, rozumiejąc naszą sytuację, że przecież chodzi o koszty, nie widzi przeszkód, aby Marek rozciągał kable sam:
- Zawsze może pan spróbować. Nie jest to bardzo skomplikowane, aczkolwiek trochę trzeba się orientować. Z doświadczenia wiem, że zwłaszcza wyłączniki schodowe sprawiają kłopot. Ale jakby co służę pomocą, mogę wytłumaczyć, podpowiedzieć. A jak będzie pan miał dość samodzielnej pracy i uzna pan, że jednak chce to zlecić, nie ma sprawy. Ale oczywiście popieram i też uważam, że warto spróbować samodzielnie. Sporo pieniążków zostanie wam w kieszeni – życzliwie, acz bez wiary w sukces, elektryk zaakceptował naszą propozycję współpracy.
Oczywiście pan zaznaczył, że po skończeniu będzie musiał wszystko posprawdzać, pomierzyć miernikiem, bo przecież będzie się musiał pod tym podpisać, tak, jakby robił to on sam.

Swoją pracę (a raczej pracę wspólną z Artkiem, bo już się umawiali na jakieś drabiny i montaże sztycy przy dachu), pan wycenił na jakieś 3500 - 3700 zł. Stanęło na 3500. Dodatkowo chciał jeszcze 150 zł za załatwienie papierów w elektrowni, ale po moim marudzeniu i twardych negocjacjach odstąpił od pomysłu i zostaliśmy przy kwocie 3500 zł.

Do tego będziemy musieli kupić wszystkie potrzebne materiały, w tym rozdzielnię, bezpieczniki, skrzynkę na licznik, sztycę (czyli taką rurkę wystającą nad poziom dachu, do której pociągnięte zostaną kable od słupa do domu za pomocą tzw. warkocza) i wiele innych „drobiazgów”.


Pan zaproponował, że materiały kupi sam, bo to będzie łatwiejsze niż tłumaczenie, co mu będzie potrzebne. Oczywiście w hurtowni i oczywiście na fakturę. Całą specyfikację zakupów mamy mieć do wglądu.
- Nie sądzę, żebyście byli w stanie kupić materiały taniej niż ja. A jeśli nawet to chodzi najwyżej o kilka złotych różnicy. Ja się zaopatruję w naprawdę dobrej, taniej i sprawdzonej hurtowni, więc proponuję, że wezmę zakupy na siebie. Będzie po prostu łatwiej.
Brzmi rozsądnie.

Pan oszacował, że na zakupy materiałów potrzebuje 2 000 zł zaliczki. Jeśli pieniędzy zostanie, oczywiście zwróci nam różnicę, a gdy zabraknie, założy za nas i będziemy się rozliczać później, na podstawie faktury.

Najważniejsze, że pan obiecał bezproblemowy odbiór instalacji przez elektrownię. Twierdzi, że od lat z nimi współpracuje i że zna tam wszystkich. Zapewniał także, że nie będzie problemu z wcześniejszym „załatwieniem” zmiany taryfy, czyli przejścia z droższego prądu budowlanego na tańszy prąd bytowy:
- Normalnie takie coś powinno nastąpić dopiero po decyzji o pozwoleniu na użytkowanie całego domu, ale wiadomo, jak się ma układy można to przyspieszyć – ciągnął łysy.
Podobnie mówił kiedyś straszny facet z elektrowni, że będzie mógł to „załatwić” (to było wtedy gdy sądził, że zlecimy mu podłączanie prowizorki).

Po czasie powiem, że to ściema. Nieprawdą jest, że do zmiany taryfy potrzebny jest formalny odbiór budynku. Wystarczy, że inspektor z elektrowni stwierdzi w protokole, że dom nadaje się do zamieszkania (czyli że zakończone są grube roboty typu tynki, wylewki, że jest wc, okna, drzwi itp.). Formalne pozwolenie na użytkowanie nie jest do tego wymagane. Ale magicy-elektrycy, chcąc złapać fuchę, kłamią jak najęci.

Ja sądzę, że 3500 zł za przyłącze i rozdzielnię to bardzo duża kwota. Liczyłam, że łysy krzyknie 2000 zł. Ale cóż, pan-fachowiec „z układami w elektrowni”, się ceni.
Marek stwierdził:
- Nie ma co szukać dalej i taniej. Facet jest do dogadania się, posprawdza, podpisze, no i wiemy już, że z elektrownią nie da się normalnie. Ja chcę mieć to głowy.
Ok.

Z działki przyjechaliśmy do naszego mieszkania, aby przekazać łysemu zaliczkę na materiały - owe 2 koła. Umowy niby nie spisujemy, ale poprosiłam o dowód i spisałam dane tego faceta. W końcu widzieliśmy go pierwszy raz w życiu. Nie znamy się, a moja intuicja podpowiadała mi, że nie wolno mu wręczyć żadnych pieniędzy bez pisemnego pokwitowania i bez sprawdzenia, gdzie go ewentualnie potem szukać. Zapisałam imię i nazwisko, adres.
Pan wykazał pełne zrozumienie, że oczywiście moja ostrożność jest całkowicie zrozumiała, "w końcu to są pieniądze".
Obejrzałam też jego cenne uprawnienia elektryczne. Nie znam się na tym ani trochę, ale przeczytałam je od deski do deski. Takie niebieskie były i nie mam pojęcia, czy to takie są potrzebne, czy inne.



Zapisałam na owej kartce z danymi osobowymi uzgodnioną kwotę za robociznę 3500 zł oraz pokwitowanie pobrania zaliczki za materiały – czyli w zasadzie spisałam jakby umowę, na szybko, na kolanie, z kwotami i z jego podpisem, żeby potem nie mógł się wykręcać, że uzgodnienia były inne. Kurcze, nie ufam mu!

Podpisał, zabrał kasę i klucze od działki i domu (czyli od kłódki do prowizorycznych drzwi) i pojechał. W ciągu tygodnia ma załatwiać materiały, a w weekend wraz z Artkiem mają rozpocząć prace.
I dobrze. Kolejny krok do przodu.

Marek oszacował, że za kable, jakie będzie musiał kupić, aby rozłożyć instalację w domu, zapłaci około 800 zł. Tak więc cała instalacja (oczywiście bez gniazdek i włączników, które montuje się po tynkach), powinna nas kosztować około 6300 zł. Wobec szacunku elektryka powinniśmy więc zaoszczędzić 3200 zł. Zobaczymy, jak to wyjdzie.

Po czasie powiem, że podjęcie współpracy w łysym to były dobre złego początki. Ostatecznie wybrnęliśmy z kłopotów, to znaczy Marek wybrnął, ale kosztowało nas to sporo nerwów. No i Marek musiał zgłębić wszelkie tajniki dotyczące instalacji elektrycznej, montowania rozdzielni, obwodów elektrycznych, bezpieczników różnicowo-prądowych, uziemienia i w ogóle wszystkiego elektrycznego. Wiercenie wiertarką i rozciąganie kabli to faktycznie był pikuś wobec tego, przez co mój zdolny małżonek musiał przebrnąć barując się z błędami „uprawnionego”!!! łysego.

No, ale nie ma tego złego. Cytując reklamę pewnego banku mogę spokojnie powiedzieć, że to co Marek ma w głowie, to już mu zostanie, a nerwy przeminą.

Perypetii elektrycznych ciąg dalszy nastąpi :)

Ps. Zdjęcia do niniejszego posta wrzucę jutro, bo dziś mam imieniny i idę świętować. 
I sorry, że tak długo nie pisałam, ale ostatecznie piszę bo chcę. Jak nie chcę to nie piszę. A tak na serio to kompletnie nie miałam czasu bo każdą wolną chwilę spędzałam na malowaniu ścian i sufitów w naszym domu. Malować już umiem :)