Dom

Dom

czwartek, 9 sierpnia 2018

106. Malowanie poziom expert!

2015-05-28 sobota

Płytki na podłodze w kotłowni zostały ułożone i teraz schną. Nie wolno po nich chodzić. Autorem tego dzieła jest wujo przyjaciółki - pan Andrzej. Dziś wpadł na chwilę na budowę wziąć klucz od domu, by w poniedziałek od rana, bez budzenia nas i zrywania na równe nogi, przyjechać i skończyć podłogę w kotłowni. Ma kłaść fugę, wykańczać rant cokołu białym akrylem i pomalować ścianę nad cokołem, obecnie zabrudzoną klejem do glazury.






Pan Andrzej kazał dokupić drugą paczkę fugi firmy Mapei, bo jedna to za mało. Sporo jednak tych fug wyszło, choć wydawało się, że podłoga w kotłowni to zaledwie kilka metrów kwadratowych. Podłoga w kotłowni jest obecnie priorytetem, aby można było zamontować piec centralnego ogrzewania, a zwłaszcza zasobnik na wodę, który ma stanąć na podłodze i jest raczej nieprzesuwalny. 



Wujo Andrzej to prawdziwy wujo. Jest serdeczny, troskliwy i przyjacielski, jakby to był ktoś bliski, z rodziny, a nie jak obcy, wynajęty fachowiec. Chętnie podpowiada jak, co i kiedy robić, a jego rady poparte są doświadczeniem. To facet „złota rączka”, co to wszystko umie zrobić sam i zna się na pracach wykończeniowych.

Dziś na przykład dyskutował z Markiem na temat sznurkowania wełny mineralnej przy ocieplaniu dachu. Kilka cennych wskazówek uzyskaliśmy. Marek miał pomysł, aby mocować sznurki na wkręty, nie na gwoździe, żeby było mocniej i pewniej i żeby żaden gwóźdź się na pewno nie wysunął. Na to pan Andrzej zaprotestował:
- Panie Marku, na zwykłe papiaki się robi. Muszą być gładkie, bo jak pan zrobi na wkręty, to się panu sznurek na nich poprzeciera, bo wkręty są ostre na gwintach. No i szkoda kasy, nic się nie wysunie. A sznurek to najlepszy taki jak do snopowiązałki. Ja takim zawsze robię, u siebie też taki dałem. 


Dziś odebraliśmy projekt od niedoszłego wykonawcy przyłącza kanalizacyjnego. Wreszcie! Facet woził go w swoim samochodzie chyba od dwóch miesięcy. Kilka razy dzwoniłam do niego, żeby odzyskać papiery, ale nigdy nie miał czasu rozmawiać albo podjechać. Wielokrotnie obiecywał oddzwonić i nigdy nie oddzwaniał. Wreszcie sama dziś zadzwoniłam i zażądałam podania adresu, aby w ciągu maksymalnie godziny podjechać po nasz projekt. Łaskawie się zgodził. Gdy dotarliśmy na ustalone miejsce, parking pod spożywczym na osiedlu, wyszedł przed klatkę, ale bynajmniej projektu nie miał przy sobie! Powiedział, że musimy pojechać z nim do garażu, bo tam w aucie ma nasze dokumenty. No szczyt bezczelności. Ale wreszcie udało się odzyskać projekt.

Dziś kupiliśmy ogromną drabinę. Taką rozstawną, z trzecim, regulowanym przęsłem, które można wysunąć wysoko w górę ponad rozstawne A. Od jakiegoś czasu Marek rozważał, czy bardziej sprawdzi się drabina, czy może rusztowanie. Sprzęt ten jest niezbędny do ocieplenia dachu, które mój ambitny mąż planuje wykonać samodzielnie. To znaczy z pomocą moją, bo sam pojedynczy człowiek niekoniecznie jest w stanie przykręcać do krokwi płyty kartonowo-gipsowe. Będę pomocnikiem :)
Rusztowanie wyszło za drogo, a poza tym co byśmy z nim zrobili po budowie? Wygrała duża, stabilna drabina, trzyelementowa, po 9 stopni każdy, po której można wejść na wysokość 5 metrów. Koszt to ok. 550 zł, ale Marek wyczaił w Leroy Merlin promocję i kupiliśmy takową za 260 zł. Oczywiście przywieźliśmy ją na bagażniku dachowym naszej skody. 


Drabina zawsze się przyda. Będzie jak wyczyścić rury spustowe z liści na jesieni. Będzie jak przyciąć gałęzie orzecha, który rozrósł się zbyt mocno i za chwilę zacznie załazić nad dach. No cieszę się z tej drabiny bardziej niż z nowej kiecki!

Marek ostatnimi czasy rozpoznaje temat ocieplania dachu. Rozważa, czy dwie folie, czy jedna, gdzie szczeliny powietrzne, jak sznurkować, jak mocować profile i haki, jaka wełna, jaka grubość, jaka lambda. Powoli temat mu się klaruje, a jeszcze teraz, gdy stał się posiadaczem porządnej drabiny, to aż się rwie do roboty.

Dziś Marek zakończył prace murarskie na poddaszu, które polegały na zaszpachlowaniu spoin pionowych między pustakami. Dotąd zrobił to na wysokość, do której sięgał z małej drabiny. Dziś, dzięki nowej drabinie, skończył zaprawiać wszystkie szczeliny, również te przy kalenicy. Powoli, dokładnie, przy użyciu szpachelki zaklajstrował wszystkie dziury i wiatr już nie wieje sobie po poddaszu. To znaczy jeszcze wieje, bo między dachem a ścianami kolankowymi jest jeszcze dziura, ale przez szczeliny w murze już nie wieje. 





Ja natomiast od kilku dni maluję parter. I to coraz bardziej profesjonalnie!

Dziś położyłam pierwszą warstwę farby gruntującej na ścianach w pokoju starszego syna. Bardzo bolą mnie ręce, które w ostatnich dniach mocno nadwyrężyłam gruntując i malując sufity. Dlatego nieco zwolniłam tempo. Maluję sobie teraz spokojnie, powoli, po jednym pomieszczeniu. Oszczędzam się i nie przesadzam z robotą, bo jak się na początku dorwałam do tego malowania, to prawie sobie zrobiłam krzywdę. 
Przy malowaniu ścian jednego dnia robię gruntowanie, drugiego dnia malowanie pierwszej warstwy farby podkładowej, trzeciego dnia malowanie drugiej warstwy podkładowej. A potem jeszcze dwie warstwy farby właściwej. I gotowe.

Przy sufitach tych warstw farby docelowej jest więcej niż dwie, czasem trzy, czasem pięć. Zwłaszcza na obrzeżach malowanie musiało być wielokrotne, bo tam tynk gipsowy z sufitu zassał szarą wodę z tynku cementowego ze ścian. Malowałam więc do skutku, aż sufit był idealnie biały, bez plam, które uporczywie przebijały się przez kolejne warstwy farby. Ale wreszcie się udało! 


Jestem w trakcie malowania kilku pomieszczeń równocześnie, w każdym na innym etapie. Można się przy tym pogubić, dlatego zaczęłam zapisywać kredą na podłodze, gdzie, ile razy i czym mam pomalowane. Niby to widać, ale nie pamiętam na przykład, w którą stronę malowałam sufit ostatnio. A za radą wuja chcę przy kolejnym malowaniu lecieć z wałkiem w poprzek, aby uzyskać siateczkową, lepiej kryjącą strukturę farby. 


W malowaniu jestem coraz lepsza. Gdy przypomnę sobie moje początki z kotłowni, na której się uczyłam, to mogę potwierdzić, że trening czyni mistrza. Wałek mi już nie skręca i nie spada, nie robię zacieków, farbę rozprowadzam równiutko i szybciutko, wiem, ile nabrać jej na wałek i wiem, jak w kilku ruchach zamalować równo cały pasek. Mało tego, zaczynam to lubić! 
Gdyby nie fakt, że przebywanie w oparach farb i uni-gruntów nie jest obojętne dla zdrowia, to mogłabym powiedzieć, że malarze mają fajną robotę. Ale niestety zauważyłam, że po kilku godzinach przebywania wśród świeżych powłok malarskich zaczyna boleć mnie głowa, łzawią mi oczy, a w jednym oku prawie zrobił mi się jęczmień! Prawie, bo na szczęście udało mi się go w porę rozmasować i rozgonić. Tak więc malowanie tak, ale raczej okazjonalnie niż zawodowo.

Najgorzej maluje się sufity. Niestety, tu niezbyt dobrze idzie mi operowanie wałkiem nasadzonym na długi drążek. Gruntowanie sufitów jeszcze jakoś poszło z podłogi, choć ten grunt kapał mi na głowę przy każdym, nieuważnym zbyt mocnym dociśnięciu wałka. Ale samo malowanie musiałam robić z drabiny, jak to się mówi - z łokcia. Długi drążek nie wchodził w grę, ponieważ aby dobrze rozprowadzić farbę trzeba mocno i dokładnie dociskać wałek. A ja niestety nie mam tyle sił. Zwłaszcza trudna do rozprowadzenia jest farba podkładowa, która jest bardziej gęsta od farby docelowej. Dlatego sufity malowałam wałkiem krótkim, milion razy wchodząc i schodząc z drabiny. I wtedy właśnie nadwyrężyłam sobie nieco obydwa nadgarstki.

Natomiast malowanie ścian – póki co farbą podkładową – przy użyciu drążka idzie mi świetnie. Nasadzając wałek na drążek ma się duży zakres ruchów. Przejeżdżam wałkiem po ścianie jednym płynnym ruchem od sufitu do podłogi, i z powrotem, i już mam w zasadzie zamalowany pas na szerokość wałka. No i stojąc w pewnej odległości od ściany ma się lepszą widoczność, lepiej widać jak się farba rozkłada, gdzie już pokryte jest dobrze, a gdzie jeszcze trzeba przejechać wałkiem i nieco docisnąć albo gdzie rozmasować nadmiar farby. 



Jednokrotne pomalowanie ścian pokoju ok. 12 m2 jedną warstwą farby podkładowej zajęło mi niecałe dwie godziny. Nie jest źle.

Jako farb podkładowych, białych, dla wyrównania koloru i faktury tynku, użyliśmy gęstej farby emulsyjnej Śnieżka - grunt. Jest tania i dobra, na podkład wystarczająca. Do ostatecznego pomalowania sufitów natomiast kupiliśmy farbę lateksową Tikkurila Super White. Bardzo ładnie to się sprawdziło. Sufit jest bielutki i gładki, matowy. Tikkurila jest rzadsza, łatwo się rozprowadza, za to nie kryje dobrze zacieków i plam. Dlatego niektóre miejsca musiały być malowane wielokrotnie. Ale w końcu pokryła.



Co do kolorów na ściany to przyznam, że nie było łatwo. Wczoraj spędziłam całe popołudnie i wieczór w Internecie na poszukiwaniu barw i inspiracji. Dobierałam kolory, zestawiałam je ze sobą parami, kopiowałam kolorowe kwadratowe próbki kolorów do programu graficznego i układałam je obok siebie dopóty, dopóki kompozycja barw mnie nie zachwyciła. Oj, nie są to łatwe decyzje. Ale z grubsza mam już pomysły na poszczególne pomieszczenia i zestawienia kolorystyczne.

Postanowiliśmy sprawdzić farby ceramiczne Magnat, ponieważ kusi nas obiecywana przez producenta (firmę Śnieżka) ich zmywalność i odporność na szorowanie. I opinie te, że farby Magnat są prawie niezniszczalne i świetnie się myją, potwierdza wiele osób. W tym nasz znajomy, który jest świeżo po remoncie mieszkania i tak nam relacjonował:
- Najpierw pomalowaliśmy ściany Duluxem, ale strasznie się brudziły. Od kabla od odkurzacza zrobił się czarny ślad na ścianie na rogu. Żona próbowała to zaczyścić, ale taka plama się zrobiła, że w zasadzie ściana była cała do malowania. No to przemalowaliśmy wszystko Magnatem i jest święty spokój. Zmywa się pięknie! Wszystko schodzi, nawet tłusty sos w kuchni nad stołem.

Podobno farby te dobrze kryją, nie chlapią podczas malowania i są bardzo wydajne. Zobaczymy. 
Nie są to oczywiście farby tanie, ale biorąc pod uwagę ich walory i fakt, że maluję sama, nie zamierzamy patrzeć na oszczędności rzędu kilkuset złotych na farbach. Jeśli tylko uda się dobrać śliczne kolory i testy farby przejdą pomyślnie – kupimy Magnata. 

Dziś kupiliśmy w Leroy Merlin 30 mililitrowe próbki farb Magnat ceramic. Na początek trzy kolory tersterów. Jeden kosztuje 2,90 zł, więc nie majątek, a przynajmniej sprawdzę sobie wybrane kolory, czy w rzeczywistości będą do siebie pasować tak samo ładnie, jak pokazuje to monitor komputera. Zamierzam teraz przygotować ścianę w łazience tak, jak pod malowanie (w miejscu gdzie będą płytki, więc niczego nie trzeba będzie zamalowywać) i będę sprawdzać, jak farba zachowuje się na ścianie, jak się rozprowadza, jak kryje, jakim wałkiem malować najlepiej i czy faktycznie jest zmywalna i odporna na ścieranie. 


Po czasie powiem, że farby Magnat ceramic to strzał w dziesiątkę! Rewelacja! Autentycznie da się z nich zmywać tłuste plamy gąbeczką z płynem do mycia  naczyń i całkiem ubabrana ściana nad kuchenką gazową po smażeniu kotletów wygląda jak nowa! Przez blisko rok, zanim w naszej kuchni pojawiła się szklana płyta na ścianie między blatem kuchennym a szafkami wiszącymi, farba magnat była zmywana wielokrotnie bez najmniejszego dla niej uszczerbku. Szczerze polecam!

Ale póki co mam do skończenia sufity i do pomalowania ściany farbą podkładową.
Malowanie kotłowni to były moje pierwsze kroki. Czas niezbędnej nauki. Nie obyło się więc bez błędów. Ale teraz już wiem co i jak, wypracowałam sobie metody działania i jestem przekonana, że malowanie reszty domu wykonam perfekcyjnie. 
Jaka jest odpowiednia kolejność prac przy malowaniu? Bardzo proszę, oto moja wypróbowana instrukcja.

Najpierw należy dokładnie pozamiatać dość ostrą szczotką wszystkie ściany. O ile nasz sufit jest gipsowy i nie wymaga zamiatania, o tyle ściany są cementowo-wapienne, przez co oklejone są drobinkami piasku i kurzu. Kupiłam w markecie szeroką szczotkę na kiju, za 8 zł, z dość sztywnym syntetycznym włosiem. Najpierw szczotka służyła do zamiatania wylewek, ale teraz idealnie nadała się również do omiecenia tynków z resztek piasków. Zsypanie piachu ze ścian to niezła zadyma. Leci pełno kurzu i piachu i robi się bałagan. Sporo tego zlatuje, ale ściana po takim zabiegu wygląda naprawdę lepiej, wygładza się. 


Potem należy dokładnie obejrzeć ściany i zająć się wyeliminowaniem spotkanych niedoskonałości. Gdzieniegdzie zdarzają się drobinki tynku, z którymi włosie szczotki sobie nie poradziło. Te strupki należy delikatnie ściągnąć ze ściany, jakby zdrapać przyłożoną do tynku na płasko szpachelką. Łatwo to idzie.

Potem należy dokładnie przejrzeć rogi i kanty, i drobne niedoskonałości delikatnie podszlifować. Ja to robiłam pacą gładką z przykręconą co niej siateczką do szlifowania. Siateczki te są wprawdzie przeznaczone do szlifowania gładzi i zaprawek na karton-gipsie i dają zbyt gładką jak na fakturę cementowo-wapienną fakturę, ale to lepsze niż papier ścierny. Trzeba gładzić ścianę z czuciem, aby nie przesadzić z gładkością i nie wytrzeć dziury. Należy zgładzić wystające ponad płaszczyznę ściany nierówności i już. Kurzy się przy tym bardzo. Na szczęście takich miejsc do poprawek było naprawdę bardzo mało, dosłownie kilka. Panowie tynkarze przyłożyli się do pracy bardzo solidnie i tynki zrobili niemal perfekcyjnie (no, może w łazience mam kilka uwag, ale pewnie myśleli, że na całości ścian będą płytki, więc wybaczam). Do zgładzenia miałam jakieś drobiazgi przy narożnikach, lekkie zgrubienia przy podtynkowych listwach narożnikowych.



Zdarzyły się – jak na razie - dwa miejsca, które wymagały większej interwencji, bowiem nie były to wypukłości w ścianie, które można zeszlifować, ale wgniotki. A tego nie da się już ukryć niczym, ubytek należy wypełnić zaprawą, i to o tej samej fakturze, co reszta tynku.
O ile w kotłowni drobne wgniotki usuwałam sama, przy pomocy gładkiej masy szpachlowej gipsowej, robiąc potem porowatą fakturę poprzez dziobanie na wpół doschniętej zaprawy szczoteczką do paznokci, tak w pokojach taki numer nie przejdzie. 



Niestety, jeśli chce się mieć idealnie równe ściany, wszędzie z jednakową fakturą, nie wolno wypełniać ubytków w tynku cementowo-wapiennym gipsem, bo zostają zbyt gładkie, łyse placki, które odbijają światło inaczej niż reszta ściany. Należy rozmieszać trochę zaprawy cementowo-wapiennej, tej samej, którą panowie wsypywali do agregatu tynkarskiego i właśnie nią zakleić nierówności. A to nie jest takie proste, bo aby ten tynk się trzymał, to ubytek musi być spory. Więc panowie doradzali, żeby podkuć dziurę na spory ubytek i dopiero zaklejać tynkiem. 

U nas tynkarze zostawili półtora worka takiej zaprawy – właśnie na ewentualne poprawki – jak mówili. Ba, nawet sami zadeklarowali, że jak będziemy przed malowaniem, po zamontowaniu haków na grzejniki, po osadzeniu parapetów, to żeby po nich zadzwonić, to przyjadą i dopracują wszelkie niedoskonałości ścian. Ale kto by tam na nich czekał! Ja chcę malować natychmiast i nie zmierzam wstrzymywać pracy o jakąś jedną czy dwie mikro-wgniotki! (co do łazienki to żałuję, że ich jednak nie wezwałam na poprawki, ale już trudno, w sumie to o tej możliwości zapomniałam).

Niedoskonałości w tynku postanowiliśmy naprawiać sami. To znaczy przyznam, że zajął się tym Marek, po obejrzeniu kilku filmików na YT i przeczytaniu kilku porad na forach internetowych.
Otóż aby naprawić uszkodzony tynk cementowo-wapienny należy rozrobić dość gęstą zaprawę z worka, w małym wiadereczku, szpachelką. Dolać trochę wody, wymieszać i uzyskać ciemne, gęste błoto, prawie jak mokry lepki piach. Następnie należy nałożyć szpachelką masę na chore miejsce, wcierając mocno zaprawę w ścianę, przejeżdżając szpachelką kilka razy, wyrównując powierzchnię zaklejaną z resztą ściany.

Duży ubytek tynku zdarzył się u nas, gdy Marek szukał puszki od gniazdka. Została ona tak skutecznie i mocno zatynkowana, że ze ściany nie wystawały nawet wąsy od dekielka osłonnego. To było to feralne miejsce, gdzie strzeliła deska przy zalewaniu stropu i gdzie ściana była na tyle krzywa, że warstwa tynku na niej była dwukrotnie grubsza niż wszędzie indziej. Pomimo dokładnej analizy zdjęć dokumentujących przebieg kabli elektrycznych, nie udało się za pierwszym razem prawidłowo umiejscowić puszki. Pierwsze i drugie kucie okazało się chybione. Dopiero za trzecim razem puszka się znalazła, ale do zaklajstrowania mamy w ścianie dwie wyżłobione dłutem i młotkiem dziury.

Na takie duże ubytki nakłada się dużo zaprawy, aby była na nich górka. Górka ta przy wysychaniu zaprawy i tak się kurczy i wsysa ją do środka. Następnego dnia z górki robi się dołek, miejsce dziury znów jest lekko wklęsłe bo zaprawa ściąga, i miejsce to należy ponownie zaszpachlować. Wreszcie jak wyschnie (na drugi dzień, względnie przy cienkich warstwach po kilku godzinach), należy zaleczone miejsce przetrzeć, naokoło szlifując mokrą pacą gąbkową. U nas na budowie panowie tynkarze zostawili nam taką pacę z grubą gąbką, podobną do gąbki kąpielowej do masażu, z dość ostrymi, dużymi okami. I taką pacę się moczy i pociera się nią zaszpachlowane zaprawą miejsce, żeby powierzchnie tynku naokoło i „świeże rany” skleiły się ze sobą i uzyskały równą fakturę. Jeśli zaschnięty tynk jest lekko wypukły, przed takim zacieraniem należy go najpierw zetrzeć lekko siateczką, aby wypukłość usunąć, i dopiero potem zacierać gąbkową pacą.

Zacieranie wychodzi Markowi idealnie! Nie ma żadnego śladu, że ściana w tym miejscu była reperowana. Jedyna wada takich zabiegów jest taka, że to trwa. Nie da się naprawić ściany od razu. Trwa to dwa albo trzy dni, bo w przeciwieństwie do zaprawek gipsowych cement schnie bardzo długo.
Przy tynkowaniu ścian i sufitów panowie tynkarze mówili, że tynk gipsowy zaciera się tego samego dnia, niedługo po jego natryśnięciu na powierzchnię. Natomiast zacieranie tynków cementowo-wapiennych to operacja na dzień następny, gdy zaprawa nieco się utwardzi i podeschnie, ale też nie za bardzo. Od razu zrobić się tego nie da.
Cóż, tylko mieć cierpliwość (u mnie z tym nie najlepiej) i wszelkie niedoskonałości ścian można usunąć samodzielnie. I ja to lubię. Wolę mieć panowanie na sytuacją i działać, niż czekać na łaskę i termin fachowców.

Gdy ściany mam już omiecione i wyrównane z wszelkich parchów, przychodzi czas na dokładne posprzątanie malowanego pomieszczenia. I jest to gruntowne sprzątanie, pierwsze na budowie naprawdę dokładne, bo po nim w pomieszczeniu ma być naprawdę czysto.
A więc zamiatam podłogę. Z kamyków, resztek tynku, końcówek od obrabiania kabelków, mnóstwa piachu i jeszcze większego mnóstwa pyłu. Kurzy się przy tym niemiłosiernie, ale to ostatni moment na taki kurz. Bo potem, gdy ściana i sufit zostaną pokryte farbą, cały ten kurz przykleiłby się do farby, a tego nie chcemy.
Zamiatam więc bardzo dokładnie. Najpierw z grubsza, szeroką mocną szczotką (tą samą, którą omiatałam ściany), a potem bardzo dokładnie, małą zmiotką (za 4 zł z szufelką!) z mięciutkim włosiem, które wymiata ze wszystkich narożników najdrobniejsze nawet drobiny pyłu. 


Gdy wreszcie jest idealnie pozamiatane, pomieszczenie jest gotowe do zagruntowania. Gruntuje się absolutnie wszystkie powierzchnie, no oczywiście bez okien. Gdy kropla preparatu gruntującego przypadkiem spadnie na szybę, warto ją od razu zetrzeć ściereczką do sucha, bo gdy zaschnie będzie trzeba się nieźle naskrobać aby zdrapać zaciek (rada wuja Andrzeja).

Gruntowanie zaczynam od sufitu. Używam preparatu uni-grunt firmy Atlas. Podobno jest dobry, nie ma co eksperymentować. Wlewam trochę gruntu (wygląda jak mleko) do rynienki od wałka, nadziewam wałek na drążek, moczę, odciskam nadmiar płynu na rynience i zaczynam jeździć wałkiem po suficie. Dokładnie, liniami, raz koło razu, żeby porządnie zmoczyć gruntem calutką powierzchnię. Od gruntowania powierzchnia tynku ciemnieje natychmiast, łatwo więc rozpoznać, które miejsca są zagruntowane, a które trzeba jeszcze dopracować. 



Przy gruntowaniu sufitów trzeba bardzo uważać, aby krople gruntu nie spływały po ścianach. Gdy dojeżdżamy wałkiem do ściany, nadmiar płynu lubi spłynąć po ścianie w dół, pozostawiając na niej strużkę i zastygając na końcu kroplą. Gdy tylko zauważy się ową spływającą kroplę należy natychmiast rozmasować, przejechać to miejsce wałkiem z gruntem, aby rozetrzeć smużkę. Pozostawienie nieroztartej strużki gruntu bardzo utrudnia potem malowanie, bowiem w tych miejscach ściana jaśnieje, bąbel pozostawia ślad i jest nierówność zarówno w kolorze, jak i w fakturze. Jest niezmiernie trudno zamalować potem takie miejsca. Nawet po trzech malowaniach w kotłowni przez farbę przebijały owe nieszczęsne ścieżki zaschniętego uni-gruntu.

Zrobiłam taki błąd w kotłowni, że nie zwracałam uwagi na cieknący po ścianach uni-grunt. Pomyślałam:
- A co tam, przecież za chwilę będę malować całą ścianę tym gruntem, więc ta smużka wtopi się w całość, nie przeszkadza.
Otóż przeszkadza! I to bardzo. Uni-grunt szybko zasycha i gdy kończy się gruntowanie sufitu, strużki na ścianach są przeważnie suche.
Teraz mam nauczkę i po przykrych doświadczeniach w kotłowni w kolejnych pomieszczeniach bardzo uważałam na strużki gruntu. Gdy tylko któraś spłynęła, co jest nieuniknione, od razu rozcierałam ją wałkiem na ścianie. Bez uni-gruntowych smug malowanie wychodzi super!
Gruntowanie ścian jest łatwiejsze. Zaczynam przejazd wałkiem w kierunku od podłogi do sufitu metodą dwa kroki w górę – jeden w dół, po kawałku. W ten sposób mam kontrolę nad zaciekami. Jeśli nawet jakiś się zrobi, od razu go rozcieram.

Po zagruntowaniu sufitu i ścian przystępuję do zagruntowania wylewek. I tu nie żałuję uni-gruntu. Wałkiem na kiju rozprowadzam białe mleko po całej podłodze. Wałek po tym zabiegu jest bardzo brudny, pomimo uprzedniego dokładnego zamiecenia na podłodze jest nadal mnóstwo kurzu.


Teraz wreszcie ten cały mikro-pył zostaje okiełznany, sklejony uni-gruntem z podłogą. Podłoga czarnieje, robi się gładka i po raz pierwszy na budowie jest czysta. Nie kurzy się. To bardzo przyjemny moment. Wreszcie pomieszczenie przestaje cię brudzić a powietrze w nim robi się klarowne, wolne od pyłu wznoszącego się przy każdym kroku. No lubię to!

Zagruntowanie podłogi nie jest chyba koniecznością. I tak będzie ona przykryta folią, podkładem i panelami. Ale ja uważam, ze warto to zrobić. Po pierwsze, aby mieć czyste malowanie. A po drugie po to, aby kurz nie wydostawał się spod podłogi przy chodzeniu, co podobno się dzieje. Koleżanka mnie przestrzegała:
- Tylko pamiętaj, zanim zrobisz podłogi przesmaruj czymś wylewkę, bo jak tego nie zrobisz, to tak jak u mnie, przez trzy lata po skończeniu budowy będziesz się użerać z cementowym pyłem w mieszkaniu! Ja zaoszczędziłam 100 zł na byle-mazidło i bardzo tego żałowałam.
Tak więc podłogi i wszystkie ściany oraz sufit mam zagruntowane. Pora na odpoczynek. Malowanie można niby zaczynać po 4-6 godzinach od gruntowania, ale tak naprawdę lepiej to robić następnego dnia.

Na opakowaniu uni-gruntu jest napisane, że gruntować powinno się dwukrotnie. Pierwszy raz gruntem rozcieńczonym z wodą w proporcjach 1:1, a drugi raz, po wyschnięciu, samym nierozcieńczonym uni-gruntem.
Ja zagruntowałam wszystko tylko raz, uni-gruntem nierozcieńczonym. Rozważałam przez chwilę, czy nie powinnam przelecieć wszystkiego po raz drugi, żeby ściany były twardsze, gładsze, bardziej wygładzone. Na szczęście moja intuicja kazała mi się wstrzymać, poczytać, popytać.

Okazało się (co wyczytałam na forach i co potwierdził wujo Andrzej), że jednokrotne, dokładne zagruntowanie jest wystarczające. Gruntowanie po raz drugi może spowodować, że na ścianie utworzy się jakby szklanka, zbyt gładka i zbyt mało chłonna powierzchnia. Ściana wtedy będzie mało chłonna i będzie trudniej przyjmować farbę. Czyli trzeba gruntować raz a dobrze, i wystarczy.

Wojo-Andrzej mówi, że porządne przygotowanie ściany, czyli oczyszczenie, wyrównanie i zagruntowanie, to warunek konieczny dobrych powłok malarskich. Najlepsza nawet farba się nie uda, będzie się łuszczyć i schodzić płatami, gdy ściana będzie źle przygotowana.
Tak więc gruntowanie ścian to bardzo ważny etap. Gruntuje się i powierzchnie gipsowe (płyty karton-gips też), i powierzchnie cementowo-wapienne. Zadaniem gruntu jest zmniejszenie chłonności ściany – po zagruntowaniu świeży tynk nie wchłonie tyle farby, ile ściana niezagruntowana. Poza tym grunt wyrównuje powierzchnię, ściąga ją, skleja i zespala wszelkie naloty na tynkach (pył cementowy, drobny piasek i inne). Zmniejsza chłonność podłoża i zwiększa przyczepność farby - byleby nie przegiąć i nie zrobić szklanki.

Faktycznie, po wyschnięciu uni-gruntu ściana przestaje się kurzyć, staje się zwarta, gładsza, ma lekki połysk, jakby foliową powłoczkę.
W zasadzie tak przygotowane powierzchnie, po wyschnięciu (czyli w praktyce na następny dzień), można malować. Tak też zrobiłam w kotłowni. I wszystko było prawie dobrze, ale nie do końca. Nie wiedziałam jeszcze wówczas, że potrzebna jest farba podkładowa i od razu pojechałam lateksową Tikkurilą.

O ile ściany, mające przed malowaniem w miarę jednolity, szary kolor, po trzykrotnym malowaniu wyszły idealnie białe, o tyle na suficie ciągle miałam plamy. Żółtawo-szare plamy na obrzeżach (przy granicy dwóch rodzajów tynków) nie dawały się zamalować nawet czterema warstwami farby Tikkurila super white! Ten syf ciągle przebijał! 


Doczytałam, że aby farba docelowa należycie i równo pokryła ścianę kolorem, zwłaszcza gdy są różnice w kolorach malowanych powierzchni, należy na zagruntowaną ścianę nanieść warstwę farby podkładowej, gruntującej. Jest to farba gęsta, czyli emulsja, której zadaniem – poza dodatkowym wyrównaniem faktury – jest właśnie wyrównanie kolorytu. Farba podkładowa jest najczęściej biała.

Kupiliśmy 15-litrowe wiadro farby gruntującej białej firmy Śnieżka - grunt i w pokoju rozpoczęłam przygodę z malowaniem od położenia farby podkładowej.
Po wyschnięciu, na drugi dzień, zamalowałam sufit farbą gruntującą po raz drugi, tylko w poprzek, w kierunku pod kątem prostym niż poprzednie malowanie. I okazało się, że po dwukrotnym malowaniu farbą gruntującą Śnieżką sufit stał się niemal idealny. Matowy, gładki, niemal bez plam.

Na to wystarczyło dwukrotne malowanie farbą Tikkurila super white i sufit wyszedł perfekcyjnie. Jakże inaczej, niż w kotłowni :)
Teraz jestem na takim etapie, że:
- w sypialni mam pomalowany sufit 1 x śnieżką w kierunku do okna,
- w łazience mam pomalowany sufit 2 x śnieżką - ostanie malowanie w kierunku do drzwi,
- w pokoju syna młodszego mam pomalowany sufit 2 x śnieżką i raz tikkurilą w kierunku w poprzek,
- i tak dalej, i tak dalej - mogłabym długo pisać.
W każdym pomieszczeniu inny etap. Żeby się nie pogubić zapisuję sobie kredą na podłodze każde ostatnie malowanie – czyli jaka farba, która warstwa i jaki kierunek.

Po zagruntowaniu i pomalowaniu poszczególnych warstw sufitu należy dokładnie dopracować wszystkie narożniki oraz ranty między sufitem a ścianami. Czyli przy pomocy pędzla domalować te miejsca, do których nie dochodzi wałek. Trzeba się więc troszkę naskakać po drabinie, w górę i w dół, przesuwając się co pół metra, aby domalować opaskę dookoła sufitu. 
Gdy w zamyśle jest, aby sufit schodził na ścianę białym paskiem, trzeba umalować także farbą sufitową ów pasek, z niewielką zakładką. Potem, przy malowaniu ścian na kolor, wystarczy przykleić na biały pasek taśmę malarską i uzyskujemy w ten sposób równe odcięcie między bielą a kolorem. 







To naprawdę ekscytujące! Im większą mam wprawę, tym bardziej mnie to bawi. Oby tylko te farby Magnat okazały się dobre.

Wujo Andrzej mnie pochwalił, że dobrze idzie. Doradził, żeby malować na siateczkę, czyli raz wzdłuż a raz w poprzek, na przemian. Doradził też, aby nie zatrzymywać na ścianie albo suficie wałka. Wałek ma przejechać po całości albo się miękko ześlizgnąć, gdy nie starcza ręki. Nie można robić ruchów zatrzymanych stanowczo w połowie ściany, bo wtedy w fakturze farby pozostają nierówności, smugi, miejsca, które inaczej niż reszta załamują światło. Dlatego warto przed malowaniem zadbać o gładkość ścian, aby nie było na nich przeszkód zmuszających do zatrzymania wałka, na przykład kontaktów i gniazdek. To bardzo utrudnia pracę. Taką sytuacje miałam przy malowaniu salonu, gdzie na ścianie zawisł panel do sterowania piecem gazowym. Nie dość, że musiałam go okleić tasmą malarską, żeby się nie pobrudził, to jeszcze musiałam go omijać, przerywać ruch wałka w połowie długości pasa i faktycznie robiły się nieprzyjemne, trudne do roztarcia zgrubienia farby. Tak więc do malowania ściany muszą być puste! Żadnych gniazdek, haków, gwoździ.

Nauczyłam się tak malować wałkiem na drążku, że równiutkie pasy wychodzą mi raz dwa. Wszystko idealnie pokryte. Gorzej z sufitami. Tu muszę się namachać dużo bardziej, krótkim wałkiem, bo nie mam siły dociskać wałka do sufitu stojąc na podłodze. A będąc na drabinie mam mały zakres ruchów, słabo widać granicę malowania i co chwilę trzeba schodzić na dół aby pomoczyć wałek. Niemniej da się. Wolniej, ale się da. I ja to zrobię! 
Pisałam już o tym? Hmmm

Malowanie się przedłuża, bo wielkość powierzchni do pokrycia i ilość pomieszczeń są znaczne. Zwyczajnie nie sposób ogarnąć tego o raz. I zachodzi pytanie, co robić z nasączonym farbą wałkiem po zakończeniu prac danego dnia? Wiadomo, że pozostawienie takiego wałka na powietrzu, na całą noc, grozi jego zaschnięciem i zniszczeniem. A dobry wałek wcale nie jest tani. O ile do gruntowania można kupić wałek tani, z miśka, tak do malowania ścian potrzebujemy wałka z górnej półki, aby zostawiał ładną fakturę na malowanych powierzchniach.
My kupiliśmy wałek firmy Dial, biały, z włoskami z mikrofibry. Jestem zadowolona z wyboru, chociaż nie mam porównania, jak by się malowało czymś innym. Ten wałek, jako super dobry i drogi, polecił nam sprzedawca w sklepie i posłuchaliśmy rady. Nie będę się wymądrzać, że to najlepszy wybór, bo nie wiem. U mnie się sprawdził.
Otóż mój sposób na wałek nasączony farbą jest taki, że po skończeniu pracy danego dnia pozostawiam go zamoczonego w rynience do farb napełnionej wodą. W ten sposób wałek nie zasycha.
Przed malowaniem/gruntowaniem następnego dnia, wałek płuczę pod czystą wodą, wygniatając go ręką. Niestety, nie jest to czysta robota. Następnie myję rynienkę (na dnie osadza się farba, łatwa do zmycia po wzruszeniu pędzelkiem), a następnie wałek dokładnie wycieram w suchy, chłonny materiał, aby wycisnąć z niego maksymalnie dużo wody, ile się da. Akurat miałam w domu stare, podarte i przesiane prześcieradło, które teraz służy mi jako czyścik do wałków. Po dokładnym wytarciu wałka, jest on czysty i prawie suchy i można spokojnie używać. Znów nasączać farbą / gruntem, i działać. Dbanie o czystość narzędzi jest ważne i naprawdę się opłaca. 

Na koniec dodam, że malowanie powinno się odbywać przy zamkniętych oknach. Przeciąg powoduje, że farba bardzo szybko wysycha i w przypadku malowania sufitu to bardzo utrudnia robotę. Gdy maluje się drugą warstwę białej farby, to naprawdę trudno odróżnić miejsca pomalowane od suchych i tylko patrząc po tym jak farba mokra odbija światło da się wyłapać tę granicę. A jak w pomieszczeniu hula wiatr - to klops. Wszystko schnie raz dwa i malujesz sobie te same połacie sufitu po trzy albo pięć razy, mokre na mokrawe-podeschnięte. A jak już nałożysz tych warstw farby od razu za dużo, to potem się nie dziw, że będzie nierówno albo że farba się złuszczy. 
No. Na razie wystarczy tego malowania. Ale temat jest rozwojowy, bo jestem zaledwie przy sufitach :)

środa, 11 lipca 2018

105. Panelowa siłownia i modlitwa o suszę

2015.05

Dziś na naszą budowę dotarł transport z panelami podłogowymi. Średniej wielkości samochód dostawczy z Bricomana dostarczył 43 paczki, z których każda ważyła blisko 15 kilogramów. Okazuje się, że panele wcale nie są takie lekkie. Trochę mnie to zaskoczyło, bo gdy bierze się do ręki pojedynczą „deseczkę”, to ciężaru się praktycznie nie zauważa.

Podłużne paczki z panelami ułożone były w samochodzie na palecie i cały pakunek owinięty był wieloma warstwami przezroczystego streczu. Kierowca dotarł na działkę przed nami i musiał chwilkę poczekać, ale najwyraźniej nie spieszyło mu się. Nie wykazywał zniecierpliwienia.

Niestety, auto nie było wyposażone w żaden dźwig, musieliśmy więc cały ładunek rozpakować i po prostu poprzenosić wszystkie paczki paneli z samochodu do domu. Kierowca dysponował jedynie ręcznym wózkiem widłowym, którym przetransportował paletę z panelami z głębi auta na jego tylną platformę. Ale poza samochód zjechać się nie dało.


Stamtąd, paczka po paczce, przenosiliśmy panele do przedpokoju. Pan kierowca od razu zaznaczył stanowczo, że on jedynie robi transport i że nie ma w umowie rozładunku. I nie zamierzał przekraczać swoich obowiązków chociaż widział, że jesteśmy tylko we dwoje, a w zasadzie oceniając moją tężyznę fizyczną, to można nawet powiedzieć, że stanowimy półtorej osoby, bo ja jeśli idzie o dźwiganie ciężarów zaliczam się do wybitnych słabeuszy.

Kierowca ograniczył się do podsuwania mi kolejnych pakunków, wysuwając pojedyncze paczki ze zwartego stosu, abym mogła je łatwiej chwycić i unieść. Sam jednak nie dźwigał, jedynie suwał paczki. W sumie to mu się nie dziwię, pewnie też na jego miejscu bym się nie wyrywała do dźwigania. Ale oczywiście wolałabym, żeby jednak się wyrywał.
Ja zdejmowałam paczki z auta i nosiłam kilka kroków przez ganek, po prowizorycznym i dziurawym podeście z palet, na których łatwo skręcić kostkę. Marek odbierał ode mnie paczki, układając z nich stos pod ścianą w przedpokoju. On miał jeszcze gorzej niż ja, bo musiał się dodatkowo schylać. No, ale on jest silnym facetem. 


Niby to tylko kilka kroków, całkiem blisko, ale powiem szczerze, że przymusowa siłownia okazała się dla mnie mocno forsowna.
Po dziesiątej paczce byłam pewna, że jutro będę mieć zakwasy w mięśniach. Ale jeszcze miałam entuzjazm i mówiłam sobie, że troszkę ruchu nie zaszkodzi. Po dwudziestej zaczęłam się martwić o swój kręgosłup. Po trzydziestej znienawidziłam kierowcę, który widząc moje ciężkie dyszenie, rozpalone policzki i pot na całej twarzy powinien okazać się facetem i chociaż mi te paczki podawać! A po czterdziestej już niczego nie czułam, nie wiedziałam co się dzieje, machinalnie się odkręcałam, ręce mi mdlały, zaczynałam się potykać na prostej drodze i kręciło mi się w głowie. Ale dokonaliśmy tego!

Upociłam się przy tym dźwiganiu jak dzika świnia, a każda kolejna paczka paneli była cięższa od poprzedniej, aż ostatnia ważyła chyba ze sto kilo! Naprawdę miałam serdecznie dosyć. Oczywiście wybrudziłam się przy tym nieziemsko, bo paczki paneli były strasznie zakurzone. Gdy wróciliśmy z działki byłam cała brudna i spocona. Moja kobieca atrakcyjność wyparowała wraz z potem. Natychmiast wskoczyłam do wanny próbując utulić mdlejące mięśnie ciepłą wodą.

Za to mamy panele do całego domu. Leżą i czekają na swoją kolej. Śliczne! 


Trochę się martwimy, czy aby w naszym domu nie jest zbyt wilgotno do przechowywania paneli. Niestety, pogody mamy ostatnio deszczowe, a dodatkowo tynki na ścianach nadal oddają w powietrze mnóstwo wilgoci. Gdy zjawiam się na budowie i przebieram się w ubrania robocze, są one nieprzyjemnie wilgotne. Tylko na górze, pod dachem, powietrze jest ciepłe i suche. Na dole natomiast, pomimo non stop uchylonych okien, wilgoć jest bardzo duża. Oj, przydałoby się trochę upałów, żeby to wszystko wysuszyć.

Przez chwilę zaświtał nam w głowie pomysł, żeby przenieść panele na górę, aby nie naciągnęły wilgoci, ale na samą myśl o noszeniu tych paczek po schodach robiło mi się niedobrze. Potem uspokoił nas nieco wujo-płytkarz który powiedział, że panelom nic się nie stanie. Każda paczka jest bowiem zafoliowana, więc bez przesady. Wystarczy tę stertę paneli ostreczować w kupie i mogą sobie czekać. No powiem, że mi ulżyło, bo dźwigać to wszystko na górę po schodach, aby po chwili znów znosić na dół do układania - to bez sensu. Na razie panele leżą w przedpokoju i zagracają wejście, utrudniając malowanie sufitu i uniemożliwiając malowanie ścian. Tak czy siak czeka nas przeniesienie ich w inne miejsce domu.

Panele kupiliśmy w promocji z cyklu „końcówka serii – ostatnie 43 paczki”. Producentem jest niemiecka firma Krono, podobno bardzo dobra. Sprzedawca zapewniał, że panele są normalne i pełnowartościowe, nie żadne tam braki. Są pierwszego gatunku, w klasie ścieralności AC4, i są naprawdę dobre mimo niskiej ceny. Pan wyjaśnił, że ich przecena z 48 do 30 zł/m2 wynika z polityki firmy. Mianowicie to końcówka serii i należało kupić cały zapas ze sklepu, czyli ostatnie 43 paczki, mniej nie chcieli sprzedać. Poza tym to panele ze starej kolekcji, wzór zeszłoroczny, który schodzi już z ekspozycji i sprzedawca chce zrobić miejsce dla nowej oferty. Wychodzi więc na to, że trafiliśmy na okazję, bo panele tej firmy i tej klasy kosztują przeciętnie około 50 zł/m2. Dopełnieniem szczęścia jest fakt, że dokładnie o takich panelach marzyłam: kolor dąb bielony, z wyraźnymi sękami i z fugami między poszczególnymi „deskami”. Właśnie takich szukaliśmy i świetnie się złożyło, że trafiliśmy na promocję.


Kończąc rozważania panelowe dodam jeszcze, że przy układaniu podłogi należy zachować tzw. dystanse, czyli nie dopychać „desek” na wcisk, ale zachować dookoła przy ścianach minimalny luz. W sprzedaży są platkowe dystanse w formie klinów. Kosztują jakieś grosiki. Kupiliśmy, ale w sumie to było zbędne. I tak dystanse sklejałam taśmą klejącą po dwa, żeby zamiast ściętych klinów, które nie chciały stać przy ścianach i się przewracały, uzyskać prostopadłościenne klocuszki. Pod koniec pracy po prostu zamiast plasticzków ustawialiśmy przy ścianach odcięte kawałki paneli, na sztorc. Efekt ten sam. Niezachowanie dystansu od ścian grozi wybrzuszeniem się podłogi. Ona musi mieć miejsce na rozprężanie się. 





Kanalizacja zaprojektowana. Mamy już projekt, czyli kolejną teczkę z papierami, którą należy dołożyć do dokumentacji budowy. Za projket wraz z uzgodnieniami ZUD zapłaciliśmy 800 zł. Teraz czekamy jeszcze tylko na decyzję z Zarządu Dróg i Transportu dotyczącą pozwolenia na zajęcie pasa drogowego i w zasadzie można przystępować do prac budowlanych.

Pani projektantka spisała się na medal. Nie dość, że zdążyła z projektem, zanim mapa się przeterminowała, co zaoszczędziło nam 800 zł i trzy miesiące, to jeszcze naraiła wykonawcę. Odbierając projekt otrzymaliśmy ofertę cenową budowy przyłącza na kwotę 5200 zł. I wycena ta obejmuje prawie wszystko – w tym opłaty za zajęcie pasa drogowego. Nie obejmuje jedynie odtworzenia nasadzeń zielonych (których odtwarzać nie trzeba bo u nas ich nie ma) oraz nie obejmuje kosztów wypompowywania wody, które mogą się pojawić jeśli zajdzie taka potrzeba.

Wykonawca, który ma robić nasze przyłącze, szczęśliwie był akurat w biurze projektowym podczas naszej wizyty, więc udało się porozmawiać. Facet spoko. Konkretny tak samo jak projektantka.

- Spieszy się państwu z tym przyłączem? – spytał.
- No może niezbyt, ale chcielibyśmy przed jesienią zamknąć temat –powiedziałam szczerze. – A czemu pan pyta? Nie ma pan terminów, czy o co chodzi?
- Terminy to się znajdą, tylko jeśli nie ma pośpiechu, to radziłbym osobiście zabrać się za tę robotę jakoś tak pod koniec sierpnia. Zależnie w sumie od pogody. Ale sierpień to najbardziej sucha pora roku. Wtedy poziom wód gruntowych jest najniższy i tylko wtedy mamy szansę na to, że nie trzeba będzie zatrudniać pomp. Bo jeśli miałbym wejść z robotą teraz, to woda jest na 100%. A jej wypompowanie to są poważne koszty.
- Poważne? To znaczy?
- To znaczy nawet do 3 tysięcy, zależy ile dni trzeba pompować.
- O matko, koszmarnie drogo!
- No właśnie, bez sensu płacić za pompowanie wody z miejsca na miejsce. Ale z kolei w wodzie po pas nie da się zrobić przyłącza. Takie pompy to specjalistyczny sprzęt i niestety nie dysponuję nim, muszę wynajmować. Więc ja nic z tego nie mam. Dlatego sugeruję, że bez sensu jest zaczynać teraz. W sierpniu może się uda bez pomp. Szkoda państwa pieniędzy.

Stanęło na tym, że czekamy na suchą porę. Nie ma wprawdzie gwarancji, że całkiem bez pomp się obejdzie, ale przynajmniej spróbujemy. Facet obiecał, że będzie trzymać rękę na pulsie, ma zorganizować cały proces, w tym złożyć do ZDiT projekt organizacji ruchu. Podpisałam mu mnóstwo różnego typu upoważnień, oświadczeń i papierów, które pozwolą mu ogarnąć temat naszego przyłącza praktycznie bez naszego udziału. W efekcie na koniec mamy otrzymać gotową umowę o odprowadzanie ścieków zawartą w naszym imieniu ze ZWiK. Usługa ful serwis! Tak to powinno właśnie wyglądać. Kompleksowo. Nam pozostaje tylko modlić się o suszę, co zamierzamy czynić bardzo gorliwie i niechaj rolnicy nam wybaczą.

Gaz jest w trakcie załatwiania formalności. Na razie wykonawca opracował dla Zarządu Dróg i Transportu projekt organizacji ruchu i czeka na decyzję. Złożył też jakieś papiery w gazowni o przedłużenie warunków technicznych przyłączenia, bo te nasze się zdezaktualizowały. Póki co czekamy.

Niestety nie udało się połączyć zajęcia pasa drogowego dla obydwu budów (gazowej i kanalizacyjnej), bo będą one przeprowadzane w różnych miejscach drogi, przez różnych wykonawców, na różnych głębokościach – chyba o tym pisałam?

wtorek, 29 maja 2018

104. Pianka czy płyta, czyli kilka słów o podkładach pod panele

2015-05

Na czym układać panele podłogowe? Oto jest pytanie! Wiadomo, że nie układa się ich na gołej wylewce, bowiem beton należy oddzielić od podłogi dodatkową warstwą ocieplającą, czyli izolującą termicznie, oraz wygłuszającą, żeby chodzenie po podłodze nie było zbyt hałaśliwe.

Oczywiście rynek proponuje dużo wariantów podkładów pod panele, różnorodnych co do właściwości, grubości i ceny. Jedne rozwijane są z rolki, inne mają postać sprasowanych płyt.

My do naszego domu rozważamy zakup podkładu o nazwie pianomat. To materiał piankowy, podobny w konsystencji do gumowego filcu, trochę miękki, ale nie za bardzo, a trochę jakby podgumowany i rozciągliwy, bez poślizgu. Taki dokładnie podkład podpatrzyliśmy u naszych znajomych i wydał nam się bardzo sprytny. Podłoga ułożona z paneli na pianomacie jest twarda, mocno podparta, panele nie uginają się pod ciężarem stóp.


Technika układania paneli nie jest skomplikowana i spokojnie poradzi sobie nią każdy laik. Trzeba tylko wiedzieć, jakie czynności wykonać po kolei. Oto przepis.

Najpierw dobrze jest zagruntować wylewkę, czyli pomalować ją uni-gruntem przy użyciu futrzanego wałka na kiju. Dzięki temu zabiegowi wierzchnia warstwa wylewki twardnieje, a drobiny kurzu z cementu i piachu zostają jakby scalone, sklejone z wylewką. Po zagruntowaniu wylewka jest mocniejsza i przestaje się kurzyć. Posiada taką szklistą powłokę, którą łatwo się zamiata, bez wzbijania tumanów kurzu. Ja, bardzo już zmęczona świdrującym w nosie pyłem budowlanym, byłam zachwycona efektem po gruntowaniu. Nagle na budowie zrobiło się czysto. Super! 



Następnie, na zagruntowanej i wyschniętej wylewce, należy rozłożyć folię paroizolacyjną. My zastosowaliśmy folię o grubości 0,2 mm, w kolorze żółtym, która sprzedawana jest w rolkach o szerokości 1 m (folia jest na rolce podwójnie złożona wzdłuż, czyli po rozłożeniu ma szerokość 2 m). Należy zwyczajnie odcinać z rolki odmierzone odcinki folii i układać z niej równoległe pasy na wylewce, kładąc je na niewielką zakładkę, żeby nie było szczelin. Miejsce łączenia się pasów foliowych należy skleić szeroką taśmą klejącą, aby w czasie układania paneli folie nie rozsuwały się. Oprócz zakładek między pasami folię docina się z takim zapasem, aby wywinąć ją na ściany. Po ułożeniu podłogi nadmiar folii wystający ponad poziom paneli odcina się przy ścianach nożykiem.

 
Następnie na folii paroizolacyjnej należy ułożyć podkład pod panele, czyli płyty lub piankę właśnie, i dopiero na takim podkładzie układa się podłogę właściwą, czyli panele. 


 
Wujo – płytkarz odradził nam pianomat z rolki stwierdzając, że zwykłe eko-płyty są lepsze. Dlaczego? Bo pozwalają podobno na uzyskanie efektu tzw. podłogi pływającej - w przeciwieństwie do pianki, która nie ślizga się po folii. 


Według teorii wuja-płytkarza same panele nie ślizgają się ani po piance, ani po eko-płytach. Te dwie warstwy stanowią jakby jedną całość, zespalają się ze sobą, sklejają. Natomiast sedno sprawy jest poniżej. Otóż przy eko-płytach podłoga pływa dzięki temu, że płyty te ślizgają się po folii, jakby na niej pływały. Są to minimalne przesunięcia w trakcie użytkowania, ale jednak są. Pianka natomiast, lekko gumowana, zespala się z folią, nie ma możliwości przesuwania się po niej. Tak więc może się zdarzyć, że po takim unieruchomieniu wszystkich trzech warstw podłoga się gdzieś wybrzuszy albo pęknie od naprężeń, które nie będą miały ujścia. Poza tym – według pana wuja - podłoga z paneli na płytach jest bardziej miękka, a co za tym idzie dużo cichsza – ale to nieprawda.

Informacje te później zweryfikowaliśmy podczas kilku rozmów z różnymi fachowcami. Wyszło na to, że wujo nie do końca ma rację. Mianowicie nieprawdą jest, że im podkład pod panele bardziej miękki, tym podłoga jest cichsza. Wprost przeciwnie. Sprasowane eko-płyty to jeden z głośniejszych materiałów podkładowych pod panele. Akustycznie płyty te mają najgorsze parametry, które można wyczytać na etykietach producentów. O wiele lepsze właściwości wyciszające mają cienkie, zwarte i gęste pianki.

Poza tym ustaliliśmy, że układanie podkładu z miękkich eko-płyt wiąże się z tym, że przez pierwszy okres spod paneli będzie wydobywał się pył. Przy każdym kroku płyty te będą pracować, lekko się uginać i pylić. Czytałam nawet, że płyty tego typu są przeciwwskazane dla osób alergicznych. Cóż, nie mam ochoty na wiecznie zakurzoną podłogę.

Poza tym przy płytach miękkich zachodzi ryzyko, że podłoga w miejscach najbardziej uczęszczanych po pewnym czasie się odkształci. Od chodzenia będzie się uginać, aż wydepta się w niej dołki. Płyty te bowiem z czasem usiądą, w mocno eksploatowanych miejscach ulegną sprasowaniu, zmiażdżeniu. Okazuje się więc, że eko-płyty to tani, ale niezbyt dobry materiał pod panele. Należy go stosować tam, gdzie wylewka pod panelami wymaga wyrównania.

Dowiedzieliśmy się także, że te elegancie pianki dostępne w formie prostokątnych arkuszy nie różnią się zbytnio właściwościami od pianek rozwijanych z rolki i że zwyczajnie szkoda na nie kasy, bo są jednak sporo droższe. 



Wniosek jest taki, że jeśli panele mają być układane na równych wylewkach, które nie wymagają materiału wyrównującego niedoskonałości podłoża, najrozsądniejszym materiałem podkładowym pod panele jest pianomat, czyli materiał podobny do filcu rozwijanego z rolki. Jest to materiał stosunkowo tani, cichy, ciepły i nie ulega odkształceniom. I z pewnością nie wydepta się w nim dołków, a panele przy chodzeniu po nich nie będą się uginać. 


Osobiście odradzam materiał najtańszy, czyli taką piankę białą z rolki, jaką czasami zabezpiecza się przesyłki kurierskie w transporcie. Może i pod panelami to się sprawdzi, ale raczej ciężko byłoby ułożyć taki miękki i fałdujący się materiał na całej powierzchni podłogi, posklejać go i nie narobić fałd. 



Po czasie powiem, że pianomat w naszym domu sprawdził się doskonale, choć nie wykluczam, że nieco racji o pływającej podłodze wujo-płytkarz miał. Otóż w kilku miejscach na naszej podłodze, między łączeniami paneli na krótkich krawędziach, pojawiły się niewielkie szczeliny, jakby panele się leciutko rozsunęły. Nie wiem, czy to efekt błędnego układania, że felc z dołkiem nie zaskoczył i panele nie trzymają się razem należy, czy też jest to wynik owych naprężeń i braku poślizgu. Nie jest to duży defekt, ale jednak.

Niemniej przy kolejnym układaniu paneli na pewno również wybrałabym pianomat, ale przyłożyłabym większą wagę do samego układania paneli – gdy panel nie zaskakuje za pierwszym razem i nie zatrzaskuje się, lepiej go wyrzucić i wziąć kolejny, nie wbijać na siłę, bo prawdopodobnie po czasie i tak się rozsunie.

Oczywiście nie muszę chyba pisać, że kupując panele trzeba wziąć pod uwagę klasę ich ścieralności – AC4 to dziś chyba minimum. AC3 są nieco tańsze, ale bałabym się ryzykować ułożenie podłogi, która wytrze się od chodzenia po kilku miesiącach.

Po czasie powiem, że po dwóch i pół roku użytkowania paneli AC4 z podłogą nic się nie dzieje, ale lepiej nie suwać po niej ciężkich mebli, bo pewnego dnia, przesuwając komodę, wyszczerbiłam panel przy fudze na łączeniu. Musiałam zamalować odprysk laminatu białą farbką – na szczęście nic nie widać. Nikomu się nie przyznałam :)

Oczywiście panele podłogowe to najtańszy i najszybszy pomysł na podłogi, ale nie tylko ze względu na atrakcyjność cenową absolutnie nie żałuję tego wyboru. Podłogi z płytek są zimne i nie da się ich ułożyć samodzielnie.
Podłogi z drewna wymagają konserwacji, lakierowania, cyklinowania, rozsychają się i skrzypią. Owszem, parkiety i mozaiki bywają piękne i są szlachetne, ale są też drogie i nie da się ich ułożyć samodzielnie. No i posiadając drogą, drewnianą podłogę jest się na nią skazanym praktycznie dożywotnio i  trzeba na nią uważać.

Pamiętam pewną wizytę u bogatych znajomych, którzy w pięknym domu mieli piękne drewniane parkiety. Niestety, były one z miękkiego drewna i gospodyni kategorycznie zakazała przechodzić przez salon w szpilkach, żeby obcasami nie narobić wgniotków. Panie dreptały więc z tarasu do łazienki na bosaka albo na paluszkach.
A gdy jeden z gości, po kilku głębszych, nie miał na czym usiąść i ignorując prośby gospodyni o dbałość o podłogi przytargał z ogrodu taboret na metalowych nóżkach, po czym na nim usiadł i zostawił w podłodze cztery dołki, gospodyni rozpłakała się z wściekłości.
No cóż, trochę się nie dziwię że było jej przykro, bo te podłogi kosztowały fortunę, ale czy warto robić z domu muzeum?

Panele podłogowe można wymieniać przy każdym remoncie, albo gdy się znudzą. Są tańsze od wykładzin dywanowych a nawet od linoleum. I gdy wyszczerbi się w nich odprysk przy nierozsądnym przesuwaniu mebli - to serce tak nie boli jak przy dołkach w drewnianej mozaice. Nie wiem jak dla Państwa - ale dla mnie tylko panele!

poniedziałek, 28 maja 2018

103. Kolorowe dylematy

2015-05-18

Malowanie to bardzo poważna sprawa!
Od jakości farb, dokładności malowania oraz od zastosowanych kolorów zależy cały klimat domu. To właśnie malowanie decyduje o ładności bądź paskudności wnętrza.

Wybór kolorów farb do każdego pomieszczenia to istny koszmar i duża odpowiedzialność – przynajmniej dla mnie. Niemniej nie o tym będę pisać, bowiem o gustach - jak wiadomo - się nie dyskutuje i każdy musi zmierzyć się z tym samodzielnie.

Są zwolennicy takiego rozwiązania, aby pierwsze malowanie było całkowicie na biało. Biel to kolor bez koloru, który łatwo przemalować. Według tej teorii najpierw należy dom umeblować, wyposażyć, a dopiero potem dobierać kolory ścian do tapicerek kanap i oklein mebli.

Może jest to jakiś pomysł, jednak mnie on nie zadowala. Nie mam ochoty wprowadzać się do zimnego, bezpłciowego, białego wnętrza, aby po chwili rozkładać cały bałagan z malowaniem ścian. Zwłaszcza, że chodzi o naprawdę spory bałagan. Zdecydowanie łatwiej maluje się puste wnętrza, gdzie nie trzeba co chwilę przesuwać mebli, gdzie jest miejsce na odsunięcie się od malowanej ściany i spojrzenie na nią z właściwej perspektywy. Gdzie można swobodnie machać wałkiem na długim kiju, nie stukając łokciami w oparcia krzeseł. No i gdzie nie trzeba szarpać się z foliami w celu zabezpieczenia mebli przed pochlapaniem farbami. Dlatego zachowawcza biel do szybkiego przemalowania stanowczo odpada. U nas od razu musi być ładnie i na gotowo!


Najważniejsza jest więc koncepcja. Trzeba oczami wyobraźni urządzić cały dom, wyobrazić sobie jak ma wyglądać docelowo i do tego wyimaginowanego obrazu powoli dążyć. Pewnie, że nie wszystko może się udać od razu, ale białe ściany wszędzie to według mnie słaby początek, który osłabiłby moją radość z nowego domu.

Kolory jakoś się obmyśli gdy przyjdzie na to czas. Teraz pora na decyzję, jakie kupić farby, jakiego wybrać producenta, jakiego rodzaju farby zastosować: lateksowe czy akrylowe, strukturalne czy ceramiczne, czy cholera wie jakie jeszcze?


Według opinii pociągniętych za języki znajomych, liderami na rynku farb do wnętrz są firmy Tikkurila i Beckers. O tych dwóch firmach, produkujących farby lateksowe, wszyscy wypowiadają się bardzo pochlebnie. Zgodnie twierdzą, że te marki się nie mażą, że równo kryją, że nie kapią z wałka, że łatwo się nimi maluje. No i że są zmywalne i generalnie wszystko w nich jest naj. No ale w ślad za tą wysoką jakością oczywiście w górę szybuje również cena. Nic nie jest za darmo. 


Początkowo - jak większość naszych znajomych - mieliśmy zamiar malować dom farbami firmy Tikkurila. Jednak po wizycie w dużym sklepie z farbami okazało się, że poza farbą białą inne kolory tego producenta sporządzane są wyłącznie na zamówienie klienta w mieszalniku. Nie wiem, czy Tikkurila w ogóle nie sprzedaje gotowych, zapuszkowanych kolorów, ale w trzech odwiedzonych sklepach zaproponowano nam wyłącznie mieszalnik, chociaż na stronie internetowej producenta można znaleźć paletę kolorów, w której każdy kolor posiada wyszukaną i poetycką nazwę.

Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że farby z mieszalnika są dużo droższe niż farby gotowe. W dodatku ich cena zależy od ilości użytego pigmentu: im farba ciemniejsza, tym droższa.

Aby wybrać kolor trzeba się przedrzeć przez palety barw, określane w skali kolorów NCS. Tam każdy odcień ma przypisane parametry składowe barw podstawowych i jest oznaczony symbolami literowymi i cyfrowymi. Generalnie oszaleć można od tej nieskończonej ilości kolorów! W tęczowym próbniku wszystkie wyglądają przepięknie i nie wiadomo, który pojedynczy kolor zaprezentuje się na ścianie najlepiej. 


Szybko zrezygnowaliśmy z mieszalnika. Będziemy jednak szukać barw gotowych, ale nie podjęliśmy jeszcze decyzji co do firmy.

Nasi znajomi, którzy malowanie domu mają już za sobą, wybrali farby lateksowe firmy Dulux i są z tego wyboru bardzo zadowoleni. Malowanie wyszło równiutko i pięknie. Kolor jednolity i głęboki, bez żadnych smug.
Jednak nie wszyscy wychwalają tego producenta. Znalazłam wiele opinii na forach internetowych, że farby te czasem się łuszczą, wałeczkują, jakby wchodziły w reakcję z podkładem bądź gruntem. Również wujo-płytkarz opowiadał o swoich osobistych negatywnych doświadczeniach z farbami Dulux:
- Dulux jest taki mocny, że potrafi zeżreć farbę podkładową. Cholera wie, na czym to polega, ale pamiętam jednego klienta, który wezwał mnie do poprawki malowania, bo właśnie Dulux mu się jakby zważył na ścianie. A wie pani jaka to tragedia? Z tym się niewiele da zrobić. Takie wałeczki pokurczone powyłaziły, nie do zdrapania. Ściana całkowicie zepsuta, trzeba było od nowa gładź kłaść, bo nie dało się tego wyrównać – relacjonował.
- Straszne! Aż strach malować w takim razie – przestraszyłam się naprawdę, bo byłam bliska kupienia farb tej firmy. Cenowo są dużo przystępniejsze niż Tikkurila czy Beckers.
- Strach to może nie, tylko jak już się pani zdecyduje na Dulux, to już wszystko musi być Dulux: i uni-grunty i farby podkładowe. No i późniejsze malowania też raczej Dulux, bo nie wiadomo, jak inna farba zareaguje z farbą Dulux. Tak zresztą ten producent zaleca w opisach swoich produktów, żeby stosować produkty specjalnie dedykowane. Trzeba się po prostu wczytać w etykiety i nie kombinować. Wtedy jest wszystko ok. Ale jak pani da sobie jakiś swój pomysł na podkład albo grunt, to jest ryzyko. To chyba chodzi o jakąś wojnę konkurencji, że firmy dodają do swoich farb tajemne składniki, które nie harmonizują się z produktami innych firm. Wiadomo, żeby kupować wszystko od jednych.

Hmm, dobrze wiedzieć. Ponieważ do gruntowania sufitów użyłam już gruntu bez rozpoznawania, czy taki właśnie preparat będzie kompatybilny z Duluxem, pewne ryzyko zachodzi. W tej sytuacji Dulux odpada, choć kusi ceną i ogromną paletą barw. 
Po czasie okazało się, że u owych znajomych malowanie farbami Dulux na długo nie wystarczyło, bo obiecywana zmywalność i plamoodporność nie zadziałały. Po dotknięciu ściany tłustą ręką - co przy dzieciach jednak się zdarza - pozostawały na niej tłuste plamy nie do zmycia. Znajomi musieli przemalowywać dom już po roku użytkowania.

Z kolei w sklepie dowiedzieliśmy się, że kupując farby firmy Dulux trzeba zwócić uwage na ich gatunek, bowiem firma ta wypuszcza wiele produktów różnej jakości. A więc Dulux Duluxowi nierówny. Jest Dulux świetny (oczywiście droższy), i Dulux „taki se”. Sprzedawca doradził nam, żeby szukać farb Dulux z serii "Easycare plamoodporna" i wtedy podobno jest ok.

Wujo-glazurnik chwali sobie farby Dekoral, jeszcze tańsze od Duluxa, którymi maluje od lat i które z czystym sumieniem poleca. Zwłaszcza, że Dekoral ma ogromną paletę gotowych barw i nawet najbardziej wybredny klient znajdzie tam najbardziej wydumany kolor. Ale tu nie wiem, jak z plamoodpornością, więc raczej podziękujemy.

Tak więc decyzja przed nami. Póki co kupiliśmy farbę lateksową białą Tikkurila Super White i zamierzamy pomalować nią sufity. Biała Tikkurila akurat cenowo nie zwala z nóg, a podobno jest jedną z najlepszych farb sufitowych, o najbielszym odcieniu bieli, sprawdzoną i rewelacyjną. Wiadro 10 litrów kosztuje 87 zł, da się żyć. 


Po czasie powiem, że ostatecznie do malowania ścian nie wybraliśmy żadnego z wyżej omawianych producentów, a dokonany przez nas wybór uważam za rewelacyjny! Mianowicie wszystkie ściany pomalowaliśmy farbami ceramicznymi Magnat i uważam, że to absolutnie najlepszy wybór! Nikt mi za tę pochwałę Magnata nie zapłacił, a i tak będę go chwalić, bo jakość jest warta swej ceny. To rzadki przypadek farb, o których reklamy nie kłamią. Margant nie obiecuje - Magnat gwarantuje! Potwierdzam i polecam! Napiszę o tym więcej w kolejnych postach.  



Kolejną do rozstrzygnięcia kwestią jest wybór narzędzi, a więc czym malować? W grę wchodzą trzy możliwości: wałek, pędzel albo pistolet.

Z malowania pędzlem od razu zrezygnowaliśmy. Trzeba bowiem sporej wprawy, aby pomalować powierzchnię tak, by nie pozostawić smug. Nakładanie farby pędzlem na duże powierzchnie nie jest łatwe i chyba pędzel nie bardzo sprawdzi się przy współczesnych farbach gęstych. Kiedyś malowało się farbami proszkowymi, rzadkimi. Wsypywało się kolorowy proszek do wiadra z wodą i farba gotowa. Pamiętam z dzieciństwa, że gdy tato machał pędzlem ławkowcem po suficie, to zachlapany był cały świat, łącznie z twarzą malarza. Na głowę tato naciągał czapkę z gazety i chlapał ile wlezie, aż na podłodze, po trzykrotnym przemalowaniu sufitu, nachlapało się mnóstwo plam tworzących trudną do zmycia skorupkę. Mazało się to pod mokrą ścierką niemiłosiernie, a umycie podłogi po malowaniu udawało się za piętnastym razem, bo ciągle te maziaje wychodziły jak podłoga wysychała. Na szczęście te czasy, z farbami proszkowymi dostępnymi jedynie w dwóch kolorach (seledyn i oranż) bezpowrotnie minęły. I pędzle chyba też minęły.

Malowanie pistoletem na pierwszy rzut oka wydaje się być bardzo zachęcające. Producenci twierdzą, że jest szybkie i wygodne, prawie bezwysiłkowe, po prostu maluje się samo! Pistolet do malowania kosztuje ok. 400 zł, więc gdyby faktycznie rozważać samodzielne pomalowanie całego domu, i gdyby pistolet stanowił praktyczne ułatwienie, może jest to koszt warty poniesienia. Postanowiłam więc rozpoznać temat malowania natryskowego ścian przy użyciu pistoletu.

Po pierwsze zastanowiło mnie to, że profesjonalni malarze, zajmujący się malowaniem zawodowo i zarobkowo, zazwyczaj do malowania używają wałków. Wszyscy malują wałkami, i to wielkimi, najczęściej nasadzonymi na długie uchwyty. Skoro pistolety byłyby takie rewelacyjne, to czemu zawodowi malarze ich nie używają?
Okazało się, że malowanie pistoletem ma swoje poważne wady.

Po pierwsze, jest spory kłopot z rozpryskiwaniem się farby na wszystkie strony. Po takim malowaniu absolutnie wszystko jest w kolorze malowanych powierzchni. Farba się rozpyla i fruwa w powietrzu, opadając kolorową mgiełką na podłogi, okna i w ogóle na wszystko. Aby więc malować natryskowo należy bardzo dobrze zabezpieczyć wszystkie te elementy, których nie chcemy pobrudzić. Przygotowanie pomieszczenia okazuje się być bardzo pracochłonne i wcale nietanie. Taśmy malarskie i folie ochronne to są realne pieniądze do wydania, a więc do wyrzucenia, bo po natryśnięciu farby cała ta ochrona idzie w kosz.

Po drugie, pistolety natryskowe posiadają dysze, które nie przyjmują zbyt gęstych farb. Dlatego producenci pistoletów zalecają, aby farby gęste, na przykład lateksowe (obecnie najpopularniejsze i najlepsze farby do wnętrz), rozcieńczać wodą. Z kolei producenci farb zakazują ich rozcieńczania, bo aby farba lateksowa nie straciła swoich właściwości zmywalnych, kryjących i koloru, nie może być rozcieńczana. Okazuje się zatem, że pistolety bardziej niż do farb nadają się to natryskiwania impregnatów do drewna albo innych, rzadkich cieczy. Farby, zwłaszcza lateksowe, nie nadają się do pistoletów.

Potwierdziło się to podczas pokazu demonstracyjnego pistoletów malarskich, na który przypadkowo natknęliśmy się w Castoramie. Przyjrzeliśmy się dokładnie, jak wygląda technika malowania tym urządzeniem. Okazało się, że wcale to nie jest takie szybkie jak mówią, bo trzeba raz koło razu, dokładnie z góry na dół i z dołu do góry, równomiernie rozpylać farbę, dźwigając wcale nielekki pistolet z dokręconym do niego pojemnikiem na farbę. Malowanie wałkiem idzie równie szybko. Poza tym farba pryska na boki (powierzchnia do malowania na pokazie umieszczona była pomiędzy osłaniającymi ściankami bocznymi, które były całe zapryskane). Nie wyobrażam sobie, jak takim pistoletem pomalować różnymi kolorami dwie sąsiadujące ze sobą powierzchnie. Jak okleić ścianę boczną żeby tę sąsiednią zrobić w innym kolorze? Nie twierdzę, że każdą ścianę chcę mieć w innym kolorze, ale na przykład jak zrobić kolor na ścianie obok białego sufitu? No ewidentnie robi się problem. Wychodzi mi na to, że pistoletem to można sobie wybiałkować wnętrze piwnicy albo garażu, gdy chce się odświeżyć te niereprezentacyjne wnętrza.

No i wypytaliśmy pana-prezentera, jaką farbę wlał do pistoletu:
- Wszystko jedno, to nie ma znaczenia proszę pani, dla pistoletu to bez różnicy, jaką farbę się wleje - mówił zadowolony.
- Naprawdę? A farby lateksowe się nadają?
- Jak najbardziej, ja właśnie teraz maluję lateksem.
- Tym gęstym, z puszki, czy pan rozcieńczył? Bo tu w zbiorniku to pływa jak woda, a nie jak gęsty lateks – drążyłam temat.
No i wydrążyłam. Okazało się, że faktycznie, farba lateksowa została rozcieńczona, o czym pan na pokazie sam z siebie nie chciał mówić.

Po wczytaniu się w opinie na forach internetowych wyszło na to, że malowanie pistoletem jest o wiele mniej wydajne niż malowanie wałkiem, występują duże straty farb, co przy ich wcale niemałych cenach nie jest bez znaczenia.
Tak więc wyleczyliśmy się z malowania pistoletem całkowicie.

Pozostał wałek. 


Kupując wałek trzeba zwrócić uwagę na to, aby boki wałka były lekko ścięte, zaokrąglone. Wałek prosty na krańcach pozostawia na malowanej powierzchni smugi na brzegach. Wygląda to tak, że pociągnięty płaskim wałkiem pasek posiada grubsze kreski, jakby krawędzie na obydwu jego granicach. A to źle, bo trzeba te zgrubienia na bieżąco rozcierać, rozprowadzać i malowanie jest nierówne. Wałek zaokrąglony powinien zostawić na ścianie pas bez wyraźnych, pionowych granic. To cenna rada od wuja-płytkarza, potwierdzona i sprawdzona.

Do wałka, oprócz rynienki na farbę, warto kupić drążek, i to teleskopowy, czyli o regulowanej długości. Warto też zwrócić uwagę na to, aby wałek nasadzał się na drążek mocno, najlepiej z zatrzaskiem. Samo wsuwanie rączki wałka na trzpień bywa zdradliwe, bo wałek lubi z niego spaść w trakcie malowania, a częściej w trakcie maczania go w farbie. Niestety, my kupiliśmy drążek bez zatrzasku i kilka razy przeklinałam jak szewc. Gdy taki nasączony farbą wałek upadnie na brudną, zapiaszczoną wylewkę, to calutki jest to czyszczenia i prania. Okleja się brudem masakrycznie łatwo i potem piach z podłogi przykleja się do sufitu albo ścian. Warto zwrócić na to uwagę i kupić kij w komplecie, kompatybilny z wałkiem. 



Na razie tyle informacji o malowaniu - reszta po kolejnych doświadczeniach i coś czuję, że będzie o czym pisać.