Dom

Dom

piątek, 7 sierpnia 2015

65. Elektryk do wykonania rozdzielni pilnie poszukiwany

2014-05-25

Szukamy elektryka. Zdecydowaliśmy, że facet, który instalował nam prowizorkę budowlaną nie będzie robił całej instalacji elektrycznej w domu, bo nie do końca ufamy w jego fachowość. Przypomnę, że założył inny bezpiecznik niż wynikało to z dokumentów i elektrownia odmówiła nam przyłączenia prądu do czasu jego wymiany. I chociaż pan był miły, to boimy się mu zaufać.
Poza tym pan od prowizorki sam przyznał, że nie posiada stosownych uprawnień, więc co do papierków i podpisów korzysta z uprzejmości kolegi, jak sądzę nie za darmo. A więc nie. Szukamy kogoś innego.


Dostaliśmy telefon do elektryka od pana Andrzeja - dekarza. Rozmawiałam z nim telefonicznie o wycenie naszej instalacji. W przybliżeniu podał następujące orientacyjne koszty:
- przyłącze, skrzynka licznikowa, materiały, papiery 2 500 zł
- materiały do środka (w tym rozdzielnia 1500 zł) 3 000 zł
- robocizna 50 zł/punkt x ok. 80 punktów 4 000 zł
razem 9 500 zł

Nie wiem czy to drogo czy tanio. Z mojego rozpytywania się na lewo i prawo wynika, że koszt instalacji elektrycznej w domu jednorodzinnym może być bardzo różny. Słyszałam o cenach od 5 do 25 tys. zł. Oczywiście decydujące znaczenie ma ilość tzw. punktów, czyli gniazdek, włączników i punktów świetlnych. Cena za pojedynczy punkt też bywa różna, waha się od 35 do 60 zł.

Pan elektryk z telefonu jakoś mnie do siebie nie przekonał. Ciężko się z nim rozmawiało. Ceny podawał niechętnie, „mniej-więcej, bo to zależy” i z góry uprzedzał, że nie są one wiążące, „bo to zależy i okaże się w trakcie”. Nie do końca pan mi wyjaśnił, co kryje się pod pojęciem „przyłącze” i „papiery”. Nie rozumiałam, co do mnie mówił, a tekst "jakoś się dogadamy" doprowadził mnie do szału. No nie. Za mało konkretów i za dużo niewiadomych.

Od słowa do słowa okazało się, że nasz znajomy ma brata elektryka. Gdy się dowiedział, że szukamy kogoś do wykonania instalacji natychmiast do niego zadzwonił, oddał mi słuchawkę i kazał sobie uzgadniać z Artkiem, co tam potrzeba.
Opowiedziałam wstępnie o co chodzi i Artek - elektryk zaproponował spotkanie na działce, żeby wszystko obejrzeć i obgadać.


Spotkanie ustalone zostało na 10 rano w niedzielę.
Pojechaliśmy. Okazało się, że Artek nie był sam, ale z pewnym starszym mężczyzną. Hmm. Nie spodobało nam się to, bo podobno Artek miał być dobrym fachowcem i posiadać wszelkie uprawnienia, a teraz wychodzi na to, że to ów starszy facet jest mózgiem projektu.

Szukanie elektryka wśród znajomych miało oczywisty cel: sprawić, aby było taniej. Chodzi bowiem o to, aby elektryk wykonał jedynie przyłącze, czyli zainstalował i podłączył rozdzielnię prądu wewnątrz domu oraz skrzynkę licznikową na zewnątrz. No i oczywiście aby całą instalację na końcu posprawdzał, wykonał niezbędne pomiary i sporządził wszelkie papiery wymagające podpisu uprawnionego elektryka. Natomiast samo rozprowadzenie kabli po domu, czyli zrobienie tzw. punktów, Marek postanowił wykonać samodzielnie. Stwierdził bowiem, że to czynności banalnie łatwe:
- Nie widzę sensu, żeby płacić 50 zł za punkt. Co ja kabli nie położę? A jaka to filozofia, nawiercić otwory i przymocować kable spinkami? Trzeba umieć tylko posługiwać się wiertarką – twierdzi Marek.
Do zaoszczędzenia jest jakieś 3 - 4 tys. zł. Z tym, że Marek będzie musiał zakasać rękawy i zaprzyjaźnić się z wiertarką, co uczyni – jak twierdzi – z ochotą i zapałem.

Ów starszy elektryk to niezły ściemniacz, z gatunku gawędziarzy. Nie lubię takich, ale nie będę się nakręcać i nastawiać negatywnie. Facet jest łysy, ma wystający brzuch, który rozdyma przyciasny i przybrudzony t-shirt, i ma brzydką szyję z wielkim, obwisłym podgardlem. Aparycja dość odpychająca, niestety. Amant z niego żaden, ale na powitanie pocałował mnie w rękę! Bleeee!
Zaczął rozmowę od wygłoszenia swojej filozofii życiowej:
- Wiecie państwo, ja wyznaję taką zasadę, że aby wymagać od innych, najpierw trzeba zacząć wymagać od siebie. I dlatego właśnie – ciągnął dalej gawędziarz – przyjechałem tu do państwa na miejsce nieco przed umówioną godziną, na wszelki wypadek, aby na pewno się nie spóźnić.
Jezu, co za nudziarz!

Artek natomiast, nie dość, że się spóźnił, to jeszcze zapomniał papierosów i sępił od Marka. I chociaż nie wygłaszał żadnych życiowych filozofii, to jakoś bardziej ufam Artkowi niż łysemu.
Panowie będą pracować we dwóch, więc mam nadzieję, że jakoś się dogadamy. Z Artkiem na pewno.

No dobra, starszy pan pogadał trochę, jaki to on jest fajny, ale do rzeczy.
Pan elektryk, rozumiejąc naszą sytuację, że przecież chodzi o koszty, nie widzi przeszkód, aby Marek rozciągał kable sam:
- Zawsze może pan spróbować. Nie jest to bardzo skomplikowane, aczkolwiek trochę trzeba się orientować. Z doświadczenia wiem, że zwłaszcza wyłączniki schodowe sprawiają kłopot. Ale jakby co służę pomocą, mogę wytłumaczyć, podpowiedzieć. A jak będzie pan miał dość samodzielnej pracy i uzna pan, że jednak chce to zlecić, nie ma sprawy. Ale oczywiście popieram i też uważam, że warto spróbować samodzielnie. Sporo pieniążków zostanie wam w kieszeni – życzliwie, acz bez wiary w sukces, elektryk zaakceptował naszą propozycję współpracy.
Oczywiście pan zaznaczył, że po skończeniu będzie musiał wszystko posprawdzać, pomierzyć miernikiem, bo przecież będzie się musiał pod tym podpisać, tak, jakby robił to on sam.

Swoją pracę (a raczej pracę wspólną z Artkiem, bo już się umawiali na jakieś drabiny i montaże sztycy przy dachu), pan wycenił na jakieś 3500 - 3700 zł. Stanęło na 3500. Dodatkowo chciał jeszcze 150 zł za załatwienie papierów w elektrowni, ale po moim marudzeniu i twardych negocjacjach odstąpił od pomysłu i zostaliśmy przy kwocie 3500 zł.

Do tego będziemy musieli kupić wszystkie potrzebne materiały, w tym rozdzielnię, bezpieczniki, skrzynkę na licznik, sztycę (czyli taką rurkę wystającą nad poziom dachu, do której pociągnięte zostaną kable od słupa do domu za pomocą tzw. warkocza) i wiele innych „drobiazgów”.


Pan zaproponował, że materiały kupi sam, bo to będzie łatwiejsze niż tłumaczenie, co mu będzie potrzebne. Oczywiście w hurtowni i oczywiście na fakturę. Całą specyfikację zakupów mamy mieć do wglądu.
- Nie sądzę, żebyście byli w stanie kupić materiały taniej niż ja. A jeśli nawet to chodzi najwyżej o kilka złotych różnicy. Ja się zaopatruję w naprawdę dobrej, taniej i sprawdzonej hurtowni, więc proponuję, że wezmę zakupy na siebie. Będzie po prostu łatwiej.
Brzmi rozsądnie.

Pan oszacował, że na zakupy materiałów potrzebuje 2 000 zł zaliczki. Jeśli pieniędzy zostanie, oczywiście zwróci nam różnicę, a gdy zabraknie, założy za nas i będziemy się rozliczać później, na podstawie faktury.

Najważniejsze, że pan obiecał bezproblemowy odbiór instalacji przez elektrownię. Twierdzi, że od lat z nimi współpracuje i że zna tam wszystkich. Zapewniał także, że nie będzie problemu z wcześniejszym „załatwieniem” zmiany taryfy, czyli przejścia z droższego prądu budowlanego na tańszy prąd bytowy:
- Normalnie takie coś powinno nastąpić dopiero po decyzji o pozwoleniu na użytkowanie całego domu, ale wiadomo, jak się ma układy można to przyspieszyć – ciągnął łysy.
Podobnie mówił kiedyś straszny facet z elektrowni, że będzie mógł to „załatwić” (to było wtedy gdy sądził, że zlecimy mu podłączanie prowizorki).

Po czasie powiem, że to ściema. Nieprawdą jest, że do zmiany taryfy potrzebny jest formalny odbiór budynku. Wystarczy, że inspektor z elektrowni stwierdzi w protokole, że dom nadaje się do zamieszkania (czyli że zakończone są grube roboty typu tynki, wylewki, że jest wc, okna, drzwi itp.). Formalne pozwolenie na użytkowanie nie jest do tego wymagane. Ale magicy-elektrycy, chcąc złapać fuchę, kłamią jak najęci.

Ja sądzę, że 3500 zł za przyłącze i rozdzielnię to bardzo duża kwota. Liczyłam, że łysy krzyknie 2000 zł. Ale cóż, pan-fachowiec „z układami w elektrowni”, się ceni.
Marek stwierdził:
- Nie ma co szukać dalej i taniej. Facet jest do dogadania się, posprawdza, podpisze, no i wiemy już, że z elektrownią nie da się normalnie. Ja chcę mieć to głowy.
Ok.

Z działki przyjechaliśmy do naszego mieszkania, aby przekazać łysemu zaliczkę na materiały - owe 2 koła. Umowy niby nie spisujemy, ale poprosiłam o dowód i spisałam dane tego faceta. W końcu widzieliśmy go pierwszy raz w życiu. Nie znamy się, a moja intuicja podpowiadała mi, że nie wolno mu wręczyć żadnych pieniędzy bez pisemnego pokwitowania i bez sprawdzenia, gdzie go ewentualnie potem szukać. Zapisałam imię i nazwisko, adres.
Pan wykazał pełne zrozumienie, że oczywiście moja ostrożność jest całkowicie zrozumiała, "w końcu to są pieniądze".
Obejrzałam też jego cenne uprawnienia elektryczne. Nie znam się na tym ani trochę, ale przeczytałam je od deski do deski. Takie niebieskie były i nie mam pojęcia, czy to takie są potrzebne, czy inne.



Zapisałam na owej kartce z danymi osobowymi uzgodnioną kwotę za robociznę 3500 zł oraz pokwitowanie pobrania zaliczki za materiały – czyli w zasadzie spisałam jakby umowę, na szybko, na kolanie, z kwotami i z jego podpisem, żeby potem nie mógł się wykręcać, że uzgodnienia były inne. Kurcze, nie ufam mu!

Podpisał, zabrał kasę i klucze od działki i domu (czyli od kłódki do prowizorycznych drzwi) i pojechał. W ciągu tygodnia ma załatwiać materiały, a w weekend wraz z Artkiem mają rozpocząć prace.
I dobrze. Kolejny krok do przodu.

Marek oszacował, że za kable, jakie będzie musiał kupić, aby rozłożyć instalację w domu, zapłaci około 800 zł. Tak więc cała instalacja (oczywiście bez gniazdek i włączników, które montuje się po tynkach), powinna nas kosztować około 6300 zł. Wobec szacunku elektryka powinniśmy więc zaoszczędzić 3200 zł. Zobaczymy, jak to wyjdzie.

Po czasie powiem, że podjęcie współpracy w łysym to były dobre złego początki. Ostatecznie wybrnęliśmy z kłopotów, to znaczy Marek wybrnął, ale kosztowało nas to sporo nerwów. No i Marek musiał zgłębić wszelkie tajniki dotyczące instalacji elektrycznej, montowania rozdzielni, obwodów elektrycznych, bezpieczników różnicowo-prądowych, uziemienia i w ogóle wszystkiego elektrycznego. Wiercenie wiertarką i rozciąganie kabli to faktycznie był pikuś wobec tego, przez co mój zdolny małżonek musiał przebrnąć barując się z błędami „uprawnionego”!!! łysego.

No, ale nie ma tego złego. Cytując reklamę pewnego banku mogę spokojnie powiedzieć, że to co Marek ma w głowie, to już mu zostanie, a nerwy przeminą.

Perypetii elektrycznych ciąg dalszy nastąpi :)

Ps. Zdjęcia do niniejszego posta wrzucę jutro, bo dziś mam imieniny i idę świętować. 
I sorry, że tak długo nie pisałam, ale ostatecznie piszę bo chcę. Jak nie chcę to nie piszę. A tak na serio to kompletnie nie miałam czasu bo każdą wolną chwilę spędzałam na malowaniu ścian i sufitów w naszym domu. Malować już umiem :) 

wtorek, 14 lipca 2015

64. Przymiarki hydrauliczne

2014-05

Postanowiliśmy się zorientować, ile pieniędzy będzie nam potrzebne na dalsze etapy prac. Zaczęliśmy od hydrauliki. Zadzwoniłam do pana Kukułki, tego samego, który rozkładał nam rury kanalizacyjne pod domem. No bo niby czemu mamy szukać kogoś innego, skoro pan Kukułka okazał się solidny, niedrogi i uczciwy (oddał stówę, o której nie wiedzieliśmy że jest do zwrotu, i to nie osobiście ale przez pana Jarka, a nie musiał tego robić, bo nigdy byśmy się nie zorientowali, że cena materiałów była niższa od wziętej na nie zaliczki). No i oczywiście opinia pana Jarka, że Kukułka jest dobry, nie jest bez znaczenia.

Umówiliśmy się z panem Kukułką na działce, aby przekazać mu projektu naszego domu:
- Ja podjadę i wezmę projekt, to zobaczę, co tam u państwa będzie potrzeba. Bo wie pani, przez telefon to się nie da powiedzieć ceny, ani policzyć grzejników, ani ustalić jakie te grzejniki, ani nic. Jak będę miał projekt to przygotuję wstępną wycenę całości. Dobrze? – brzmi rozsądnie.

Niestety, pan Kukułka jest człowiekiem z pokolenia o oczko wyżej od nas, które nie potrafi korzystać z dobrodziejstwa Internetu, z poczty elektronicznej i z udostępniania plików. Dlatego po dokumenty musi fatygować się osobiście, a co za tym idzie fatyguje również nas. Ale nic to. Dobrze, że chociaż nosi przy tyłku telefon komórkowy i że zazwyczaj go odbiera, a jak nie, to zawsze oddzwania.

Po chwili rozmowy z panem Kukułką miny nam zrzedły, bo uświadomił nam, że czekają nas spore wydatki:
- Skoro, jak pani mówi, na działce nie było kanalizacji i dawny, rozebrany dom korzystał z szamba, to teraz trzeba będzie się do tej kanalizacji włączyć. Bo jak kanał jest w ulicy, to przy budowie nowego nie pozwolą zrobić szamba.

Faktycznie, przypomniało mi się, że dostaliśmy kiedyś pismo z Wydziału Gospodarki Komunalnej Urzędu Miasta, iż mamy obowiązek przyłączyć się do sieci kanalizacyjnej, bo nakazuje to jakaś ustawa. Wtedy na działce stał jeszcze stary dom do rozbiórki. Przepisy stanowią bowiem, że gdy przy działce jest kanalizacja miejska to szamba być nie może. I ja to popieram, bo żyjemy w XXI wieku. Inną kwestią jest to, kto powinien za to zapłacić. I o ile trudno jest zobowiązać wszystkich dotychczasowych posiadaczy szamb do ich likwidacji i do sfinansowania nowych przyłączy, tak nie ma szans, aby ZWiK pozwolił na podłączenie do szamba nowo wybudowanego domu. W życiu nie dostalibyśmy odbioru budynku. Zresztą, nie chcemy szamba, to oczywiste.
Na to pismo grzecznie odpisałam, że oczywiście, jak zbudujemy nowy dom to z pewnością przyłączymy go do kanalizacji. Zjadliwie raczyłam im też wytknąć urzędniczy bałagan, że powinni o tym wiedzieć, bo to właśnie Urząd Miasta zatwierdzał projekt budowlany i wydawał decyzję o pozwoleniu na budowę naszego domu. A w projekcie stoi jak wół, że włączenie do kanalizacji jest planowane. Więc całkiem niepotrzebnie Urząd wydawał publiczne pieniądze na pisanie i wysyłanie tego typu wezwań, wystarczyło zerknąć w wydane przez siebie papiery.
Ach, ale ja złośliwa jestem dla tych urzędów! Ale może to dlatego, że sama kiedyś byłam urzędnikiem. Porzuciłam tę żenującą, źle zorganizowaną i fatalnie niesprawiedliwie rozłożoną pracę. Dokładnie wiem, jak bardzo nieefektywnie się tam pracuje. Niektórzy owszem, narobią się, wykonując nikomu niepotrzebną papierologię, z której nic nie wynika. Moloch urzędowy, pomimo zatrudnienia tak wielu ludzi, jest nieskoordynowany i niewydolny. Jeden wydział nie ma pojęcia, co robi sąsiedni. Dlatego na przykład pisze się wezwania aby podłączać się do kanalizacji ludziom, którym przed chwilą wydało się pozwolenie na budowę. 
Ale nie o tym.
Pan Kukułka twierdzi, że samo włączenie się do kanalizacji biegnącej pod ulicą może kosztować nawet 10 tys. zł, bo wiąże się to z zaprojektowaniem przyłącza, zamknięciem i rozkopaniem drogi, zajęciem pasa drogowego (za co się płaci), pompowaniem wody (bo u nas woda podchodzi wysoko i najprawdopodobniej bez pomp z filtrami igłowymi się nie obejdzie - nie wiem o co chodzi) i wybudowaniem studni rewizyjnej (cokolwiek to znaczy). W dodatku pan Kukułka nas zmartwił, że nie zdecyduje się na wykonanie kanalizacji zewnętrznej. Powiedział, że może się podjąć tylko części instalacji w budynku:
- W Łodzi niestety nie podejmę się budowy przyłącza, bo z łódzkim ZWiKiem są problemy. Tam tylko „swoi” robią, obcych nie wpuszczają. A ja jestem spoza Łodzi i spoza układu, więc szkoda nerwów, czasu i pieniędzy. Już kiedyś próbowałem robić w Łodzi, zresztą nie tylko ja, to powiem pani że tyle przeszkód wynajdywali, tak się czepiali każdego papierka, byle na zwłokę, byle przedłużyć, i tyle razy przekładali odbiór, że więcej zapłaciłem za zajęcie pasa drogowego niż zarobiłem na tym interesie.
Hmm, poważne zarzuty. Oczywiście niepotwierdzone. Nie wiadomo, czy wymogi formalne stawiane przez łódzki ZWiK przewyższają możliwości ogarnięcia papierków przez pana Kukułkę i znanych mu hydraulików, czy faktycznie coś jest na rzeczy. Tego nie wiem i chyba nie chcę wiedzieć. Wiem natomiast, że Kukułka nie podejmie się budowy przyłącza w Łodzi i to mnie smuci.

Wszystko inne, czyli instalację wewnętrzną wodno-kanalizacyjną, centralnego ogrzewania, zimnej oraz ciepłej wody, wraz z podłączeniem pieca gazowego i kaloryferów, pan Kukułka jak najbardziej oferuje się wycenić i gdy zaakceptujemy cenę – wykonać.

Gdy wróciliśmy do domu, ze skwaszonymi minami, zadzwonił pan Kukułka:
- Wie pani co, bo ja tu patrzę w ten projekt, w te mapy, i tu mi wynika, że przyłącze kanalizacyjne macie w działce.
- A co to znaczy? Ja pamiętam, że myśmy rozwalali szambo i że stary dom nie był przyłączony do kanalizacji. Ale może to było tak, że kanalizację gmina podciągnęła, tylko pani Teresa nie miała pieniędzy i się do nie po prostu nie podłączyła? – spytałam.
- No mogło tak być. Bo tu z planów wynika, że studnia rewizyjna jest. Na działce. Wystarczy tylko się wpiąć. No i jakieś tam papiery zgłoszenia się robi, ale to sobie poradzimy.
- Czyli wszystko mógłby pan zrobić we własnym zakresie?
- No o tym mówię. W działce wszystko zrobię. To macie lekko licząc dychę w kieszeni.

Ufff. Co za ulga! Ależ my się na tym kompletnie nie znamy. Dopiero po rozmowie z Kukułką Markowi się przypomniało, że faktycznie ma rację. Mówiła o tym zarówno pani pośrednik nieruchomości, gdy kupowaliśmy działkę (że działka jest kompletnie uzbrojona, a to znaczy, że mamy spore oszczędności w kieszeni – do tej pory tych oszczędności nie widziałam). I mówił o tym nasz projektant pan Piotr, że przyłącze i studnia są w działce, więc dom jest zaprojektowany do przyłączenia do przyłącza istniejącego.

Po czasie powiem, że studnia rewizyjna istniejąca na mapie wcale nie musi istnieć w rzeczywistości! Niestety, mapa do celów projektowych dla naszej działki kłamała. Okazało się potem, że studni rewizyjnej na naszej działce nie było, choć tak wynikało z map, którymi dysponował Ośrodek Geodezyjno-Kartograficzny, geodeci, ZWiK i wszyscy święci!
Nikt nie wie, jakim cudem studnia rewizyjna naniesiona została na mapy, skoro de facto nie istnieje. A geodeta, który dokonał tego naniesienia, sądząc po dacie urodzenia, już dawno nie żyje. Konsekwencje bałaganu poniesiemy oczywiście my.

Pan Kukułka studiował nasz projekt ponad miesiąc. W tym czasie udało mu się przemyśleć nasze instalacje, zaplanować i spisać zapotrzebowanie na wszelkie rury, złączki, otuliny, zawory, grzejniki i piec. Bardzo długą listę zakupów przekazał do wyceny hurtowni hydraulicznej, z którą współpracuje i w której – jak twierdzi- dostaje spore upusty. I wreszcie, mając w garści kompletną wycenę, oddzwonił. Spotkaliśmy się na działce, gdzie wręczył nam ofertę na piśmie.





Za robociznę pan Kukułka zażyczył sobie 4500 zł, a resztę stanowiły koszty materiałów. Wszystko razem wyniosło około 25 tys. zł!!!
O kurde. Niemało. Przyznam, że nieco zbiła mnie z tropu ta kwota. Myślałam, że 15 tys. to będzie maks. A gdy doliczyć jeszcze wybudowanie przyłącza i studni rewizyjnej, to robi się poważny koszt. Niestety, nie na darmo ludzie gadają, że hydraulika i dach to najdroższe pozycje w budowie domu.

Pocieszające jest to, że w zakres wyceny, poza wszelkiej maści rurkami, wchodzą wszystkie grzejniki, ogrzewanie podłogowe w łazience (okazało się, że mamy je w projekcie, o czym nie wiedzieliśmy bo pan Piotr zapomniał nam powiedzieć!) i piec centralnego ogrzewania.

W wycenie znalazły się grzejniki stalowe marki Purmo oraz piec jednofunkcyjny z zasobnikiem (czyli z takim dużym bojlerem stojącym na podłodze) marki Vaillant – a więc jak twierdzi pan Kukułka "górna półka":
- Na tym nie radzę wam oszczędzać, bo można kupić badziewie o 2 tys. taniej, ale jak badziewny piec się zepsuje, to będziecie w plecy o wiele więcej. Ja nie jestem zwolennikiem oszczędności na sprawach kluczowych. A dobry piec to podstawa, bo decyduje potem o kosztach ogrzewania domu. Piec musi mieć dużą sprawność. No i grzejniki proponuję stalowe, dobrej firmy. Aluminiowe odradzam, bo się utleniają i po kilku latach zaczynają się lać. A z tymi Purmo nic się nigdy nie dzieje. Nie są najtańsze, pewnie w markecie znajdzie pani niby podobne za połowę tej ceny, ale nie warto – przekonywał.



Przypomniało nam się, że pan Andrzej dekarz w swoim domu także zainstalowany ma piec Vaillant i także grzejniki Purmo, a on lubi mieć wszystko najlepsze. Więc Kukułka może mieć rację. 
Zgoda. Nie będziemy się wymądrzać i szukać tańszych rozwiązań, bo się na tym kompletnie nie znamy. Komuś trzeba zaufać i moja niezawodna dotąd intuicja podpowiada mi, że Kukułka jak najbardziej godzien zaufania jest.

Ponieważ okna mamy zamontowane, drzwi prowizoryczne również, to w zasadzie już moglibyśmy angażować pana Kukułkę do pracy. Ale pora jest całkiem niesprzyjająca. Najpierw święta, więc okołoświąteczne urlopy, zakupy i gorączka, nic nie działało jak trzeba. Teraz długi weekend majowy, czyli ogólny marazm. Takie przestoje kompletnie paraliżują rynek. Każdy, nawet pan Kukułka, czeka na po-świętach i na po-weekendzie:
- Umówmy się po 3 maja, bo teraz niczego nie załatwię.
Mam nadzieję, że od poniedziałku życie odzyska normalny rytm i nasze sprawy ruszą z kopyta.

wtorek, 7 lipca 2015

63. Drzwi zewnętrzne z naświetlem i drzwi prowizoryczne z kłódką

2014-04

Zanim przystąpimy do montażu jakichkolwiek instalacji wewnątrz domu, należy go najpierw zamknąć, czyli doprowadzić do tzw. stanu surowego zamkniętego. Aby tego dokonać trzeba wprawić okna oraz drzwi zewnętrzne. Okna już są. Teraz czas na drzwi i możemy umawiać się z hydraulikiem, elektrykiem, gazownikiem i płytkarzerm.

Najpierw sądziliśmy, że trwalsze i łatwiejsze w utrzymaniu będą drzwi stalowe. Panele drzwi stalowych, czyli tzw. skrzydła, robione są w ten sposób, że z zewnątrz, po obydwu stronach, jest okładzina z blachy, ładna, profilowana, tłoczona, do wyboru do koloru, wyglądająca często jak drewno. W środku natomiast są płyty z jakiegoś tworzywa, poliuretanu albo innego świństwa chemicznego, które to świństwo nie stanowi tajemnicy wyłącznie dla chemików, za to pozostając tajemnicą dla reszty ogółu zapewnia ciepło. Wiadomo, drzwi z samej blachy nie są dobrym izolatorem ciepła, więc bez świństwa w środku nie nadawałyby się do domu.
Podobno drzwi z blaszanymi okładzinami nie trzeba konserwować, nie wypaczają się i służą latami. Opcja jest więc do rozważenia.

O drzwiach drewnianych słyszy się różne opinie. Zwolennicy zapewniają, że nie ma lepszych drzwi od drewnianych. Że są ciepłe, ładne i trwałe. Twierdzą oni, że drzwi metalowe zawsze przemarzają:
– Nawet jeśli samo skrzydło jest w środku ocieplone, to na ościeżnicy przemarzania nie da się uniknąć i jeśli ktoś mówi, że uszczelka załatwi temat to się myli. A straty cieplne przy drzwiach zewnętrznych bywają ogromne - przekonywał nas jeden ze sprzedawców drzwi drewnianych, żywo zainteresowany wykonaniem planu sprzedażowego narzuconego mu przez zwierzchników.
O drzwiach drewnianych mówi się ponadto, że potrafią się wypaczyć, że trzeba je malować, że płowieją w słońcu, że się rozsychają albo że butwieją.

No to jesteśmy w kropce. Nie wiadomo co wybrać?

Szukanie drzwi w Internecie bardzo mnie zmęczyło. Ze zdjęć kompletnie niczego nie umiałam wywnioskować. Sam wzór drzwi to nie wszystko. Do każdego modelu trzeba dopasować opis – jakie okucia, jakie zamki, jakie ościeżnice, jakie klamki i w ogóle mnóstwo wariantów, parametrów i nazw, których nie rozumiem. Natknęłam się na oznaczenia i systemy trzyliterowe i wielocyfrowe, których znaczenie rozumieją zapewne tylko sprzedawcy i ludzie od marketingu biznesu drzwiowego. Toż to gorsze niż gwara śląska!

Nie nie, na szukanie drzwi w Internecie zmarnowałam mnóstwo czasu, a jak już jakieś mi się spodobały to za cholerę nie byłam w stanie określić, ile to w całości może kosztować. W cennikach publikowanych na stronach i w katalogach podane są ceny samych skrzydeł, bez akcesoriów, bez klamek, bez zamków, bez montażu i - co najważniejsze - bez ościeżnic!. Czyli wiem, że nic nie wiem.

Odradzam więc szukanie drzwi w Internecie, przynajmniej do czasu, aż przestanie się być - jak ja - całkowitym laikiem w tym temacie. Laikowi wypada po prostu wsiąść w samochód i pojechać w kilka miejsc, żeby ktoś kto się zna opowiedział o tym osobiście i pokazał, co i w jakiej cenie ma do zaoferowania. Tak też zrobiliśmy.

Przyjaciel Adam dał nam adresy trzech firm w Łodzi handlujących drzwiami. Jedna z nich to ogromny skład drzwi, gdzie wybór powinniśmy mieć największy z możliwych. Pojechaliśmy tam. Faktycznie, powierzchnia salonu, z samymi tylko drzwiami, przyprawia o zawrót głowy. Kaufland się chowa. Mieli tam ofertę większości marek, jakie można spotkać w Internecie.

Niestety, obsługa w tym salonie bardzo nam się nie podobała. Najpierw długi czas czekaliśmy, aż pani znajdzie dla nas czas. Komputer i stosy dokumentów na biurku bardzo ją pochłonęły. Potem, gdy już go znalazła, była bardzo niemiła i zniecierpliwiona, że o wszystko chcemy pytać. Zaproponowała nawet, że da nam po prostu katalogi i sobie poczytamy, a wrócimy do niej, jak już będziemy zdecydowani o co nam chodzi. Hmm, chyba nie na to liczyłam fatygując się do sklepu osobiście!

Nasze drzwi okazały się nietypowe, ponieważ są wyższe od standardowych wymiarów. Nad skrzydłem bowiem zaprojektowane jest tzw. naświetle, czyli przeszklone okienko, jakie spotyka się w dawnych wiejskich chatach. Niestety, naświetle górne to nie jest dziś typowa sprawa i nie wszyscy producenci produkują odpowiednie ościeżnice umożliwiające zamontowanie naświetla nad drzwiami. Częściej spotyka się naświetla boczne, czyli dostawki poszerzające drzwi. Ale górne? Niestety, nie jest w modzie.
- A kto dzisiaj wstawia takie drzwi z górnym naświetlem!? Phi – prychnęła ekspedientka pogardliwie.

Niemiła pani w salonie poinformowała nas, że z powodu naświetla górnego wśród drzwi stalowych oferta zawęża nam się jedynie do dwóch producentów, a cena samego tylko naświetla wynosi około 700 zł. Czyli za całość drzwi wraz z usługą montażu i z naświetlem zapłacimy co najmniej 4700 zł, ale dokładnie ile to ona nie wie, bo musiałaby to policzyć!
Wyraźnie nie miała ochoty liczyć tego teraz, chociaż była w pracy, która na tym, jak mi się zdaje polega. Ewidentnie chciała się nas pozbyć, co udało jej się znakomicie. Nie lubimy tej pani i przy obecnym, zasypanym towarami rynku, nie musimy znosić jej arogancji. Albercik! Wychodzimy!

Drugi z adresów od Adama to adres producenta drzwi. Z jego strony internetowej wynikało, że zajmuje się raczej produkcją drzwi drewnianych, których my chyba nie chcemy, ale postanowiliśmy podjechać do tej firmy osobiście, porozmawiać i zdecydować na miejscu.

Producent okazał się małą rodzinną firmą, która istnieje od ponad 50 lat. Przywitał nas starszy, miły pan, który wprawdzie niezbyt orientuje się w ofercie, za to był serdeczny i oprowadził po zagraconym składziku, pozapalał światła i zadzwonił po syna. Syn, czyli obecny właściciel, pojawił się po chwili (mieszkają w podwórku) i z nim rozmowa wkroczyła na profesjonalny lewel.

Panowie ci zrobili na nas bardzo dobre wrażenie. Okazało się, że naświetle górne to żaden problem i że koszt całych drzwi wzrośnie z powodu naświetla o 400 zł (400 to nie 700!!! Okazało się także, że możemy zakupić u nich drzwi stalowe, bo takimi również handlują, ale szczerze je odradzali:
- Drzwi stalowe są po prostu zimne. Prawdziwe drzwi muszą być drewniane. Jeszcze nikt nic lepszego od drewna nie wymyślił. Taka prawda, Oczywiście pod warunkiem, że są to dobre drewniane drzwi, a nie jakieś chińskie z marketu. No i drewniane nie oznacza, że składają się z samego drewna, a ludzie często tak właśnie myślą. To ja mówię, że nic podobnego.

O chińskich drzwiach z marketu, poza tym, że są stosunkowo tanie, nie słyszeliśmy nigdy żadnych pozytywnych opinii. Nasi przyjaciele mieszkający w domku jednorodzinnym dokonali kiedyś zakupu takowych tanich drzwi, niby zewnętrznych i niby drewnianych. I stało się z nimi wszystko to złe, co z drzwiami drewnianymi stać się może.
Otóż drzwi wypaczyły się po pierwszym deszczu. Między skrzydłem a futryną powstały szczeliny, które zmusiły gospodarzy do zamontowania w przedpokoju karnisza i zawieszeniu na nim grubych kotar zatrzymujących wiatr. Ponadto po niespełna roku, od zewnętrznej strony, drzwi wyglądały jakby miały 30 lat. Straciły całkiem kolor a pokrywająca je pierwotnie farba jakby wyparowała, drzwi wyglądały, jakby nigdy nie były pomalowane. Stały się spłowiałe, rozeschnięte i jakieś takie surowe, nagie, niszczejące. Wyglądały naprawdę źle. I cóż z tego, że kosztowały tylko 1600 zł i że były "drewniane"?

Panowie, tata z synem, kręcili głowami słuchając opowieści o takich właśnie drzwiach:
- Proszę pani, te marketowe to chyba z papieru robią, a nie z drewna. Co to jest za drewno i czym to jest malowane to nikt nie zgadnie. Myśmy tu już przerobili setki klientów, którzy się na tę taniochę połakomili. No i wyrzucone w błoto pieniądze. To szkoda sobie nawet tym głowy zawracać. Jeszcze drzwi środkowe – no to można się pokusić. Ale nie zewnętrzne!

Panowie zapewniali, że drzwi, które oferują, nie wymagają konserwacji, bo są malowane kilkunastoma warstwami, bardzo odpornych na czynniki zewnętrzne, farb, jakoś specjalnie napylanych. Zapewniali też, że drzwi mają doskonałe parametry cieplne. W środku. między drewnianymi elementami zewnętrznymi, znajduje się bowiem płyta z poliuretanu która powoduje, że drzwi są cieplejsze i lżejsze od drewna:
- Całość z litego drewna byłaby zbyt ciężka, bo nasze drzwi mają 8 cm grubości. A piana w środku załatwia temat – tłumaczył syn.
Dodatkowo panowie pokazali nam drzwi w przekroju, czyli dostaliśmy do obejrzenia przygotowany specjalnie na ekspozycję fragment rozkrojonych drzwi:
- Żeby nie kupować kota w worku, a konkretne rzeczy, świadomie.Niech państwo popatrzą, drewno po brzegach, ale w środku stalowe solidne zbrojenie i ciepła piana.
W przekroju faktycznie widać, że wewnątrz skrzydła znajduje się metalowa rama, która gwarantuje, że drzwi się nie wypaczą. Nigdy!

Panowie z wielką pasją opowiadali, że drzwi to już w zasadzie mebel. A mebel, poza tym, że ma spełniać swoje właściwości, to musi być jeszcze ładny. Cóż, wygląda na to, że drzwi to całe ich życie, od pokoleń.
Przekonali nas. Na koniec pan-syn pokazał nam drzwi własnej produkcji zamontowane w jego własnym domu, które użytkuje już od pięciu lat (chyba nie kłamał) i faktycznie, wyglądały jak nowe.

Cały koszt, z naświetlem i montażem, wynosi 3300 zł. Czas oczekiwania to około 5 tygodni – bo muszą je zrobić. Ok., bierzemy!

Wybraliśmy kolor, bardzo ciemny brąz, niemal czarny. A wzór dokładnie taki, jaki Marek sobie wymarzył, czyli z boku wąska, długa szybka oprawiona w aluminiowe okucie, biegnące po całej wysokości. Dokładnie taki wzór miały upatrzone przez nas drzwi stalowe, z tym że stalowe dostępne były tylko w kolorze siwym. A tu, nie dość że mamy ciepłe i "prawdziwe" drzwi drewniane, to jeszcze w lepszym kolorze.
Zamówiliśmy. Zapłaciliśmy zaliczkę 600 zł i teraz czekamy.
Oczywiście zamówione przez nas drzwi są kompletne. Zawierają ościeżnicę z naświetlem, skrzydło, mają wmontowane dwa zamki z certyfikatem jakości, wszelkie progi, uszczelki i klamki. Już o nic nie trzeba się martwić, niczego dodatkowo zamawiać ani wybierać (klamkę wybraliśmy - pan-syn pokazał katalog i pokazałam palcem "Ta!").


W drodze powrotnej oczywiście naszły nas wątpliwości, czy na pewno warto takie drzwi montować na obecnym etapie budowy, gdy nie ma tynków ani wylewek, gdy do domu będą wnoszone tony rur, sprzętów i materiałów budowlanych?
- Drzwi zewnętrzne to prawie mebel. Proszę się zastanowić, czy warto montować je teraz. Zazwyczaj ludzie zakładają drzwi docelowe na końcu, a w czasie budowy funkcjonują drzwi prowizoryczne. Albo jakieś tanie stalówki, albo takie wrota zbite po prostu z desek czy płyt. No, chyba że będziecie uważać, zabezpieczycie te drzwi jakąś tekturą albo folią. Ale wie pan, jeden poszanuje a drugi nie. Różni są budowlańcy - mówił pan-syn.

No cóż. Wątpliwość została zasiana. Szkoda by było posiadać zniszczone drzwi zanim się wprowadzimy. Sami chcemy je zniszczyć.
Z drugiej strony tyle się słyszy o kradzieżach na budowach, że może zanim przystąpimy do zakładania instalacji warto by było podpisać umowę z firmą ochroniarską? Z kolei aby podpisać taką umowę trzeba mieć zamontowane solidne drzwi, i to z atestowanymi zamkami. Czyli zaklęty krąg normalnie.
I co tu robić?
Sama ochrona kosztuje 60 zł miesięcznie, ale założenie instalacji monitoringu to koszt ok. 1600 zł – tak się dowiedziałam przez telefon. Czy naprawdę już teraz musimy bulić za tą ochronę? Co niby mamy teraz chronić? Puste ściany?

Zdecydowaliśmy, więc, że nad ochroną pomyślimy potem. A póki co Marek postanowił wykonać prowizoryczne, tymczasowe drzwi, samodzielnie. Z desek, które leżą na placu budowy. W końcu 5 tygodni czekania na drzwi "prawdziwe" przed nami

Owszem, najpierw rozważaliśmy kupienie najtańszych drzwi stalowych w markecie, ale zakup taki, choć jest tani, nie jest darmowy. Za najtańsze drzwi musielibyśmy zapłacić około 300 zł. Do tego trzeba dokupić zamek, narzędzia do ich zamontowania (jakieś wiertła, kołki i inne rzeczy, na których się nie znam).
Marek stwierdził, że to bez sensu w sytuacji, gdy tyle drewna leży na działce. Postanowił zrobić drzwi samodzielnie:
- Choćby po to, żeby ci udowodnić, że umiem!
- Ale oczywiście że umiesz, ja nie wątpię. Tylko czy to ma sens?
- Ma ma. Kocham rżnięcie!
- Dobra. Rób! - postanowiłam nie odbierać mu zapału, bo na widok wyrzynarki i nowego młotka oczy mu się dziko zaszkliły. Facet to facet, gdy odłoży na chwilę instrument i komputer to zaraz szuka sobie męskich zabawek :)

Dobra, decyzja zapadła - Marek robi drzwi. A więc wycieczka do marketu budowlanego. Kupiliśmy kłódkę, skobel, zawiasy, wkręty, wiertła, młotek, wkrętak, kabel z wtyczką do wykonania przedłużacza, klucze ampolowe i parę innych, potrzebnych na budowie rzeczy. Za wszystko zapłaciliśmy 160 zł, ale materiały zużyte na same tylko drzwi kosztowały nas około 80 zł, nie licząc oczywiście desek, które są.

Ja kosiłam trawę, a Marek zajął się robieniem drzwi tymczasowych. Przycinał deski wyrzynarką, zbijał je ze sobą deskami poprzecznymi, dobił deskę na ukos (tzw. zet-zastrzał, żeby drzwi były stabilne i nie wypaczały się w rąb). Do muru przy wejściu przytwierdził dwie dechy po dwóch stronach, a następnie przykręcił do nich z jednej strony zawiasy, a z drugiej strony skobel. Naszarpał się z tym trochę, ale swego dopiął, Drzwi są! Nad nimi, w miejscu naświetla, została spora dziura, którą Marek zaślepił dodatkowymi deskami.
I wszystko działa!
Drzwi trzymają się na zawiasach i można zamknąć je na kłódkę firmy Gerda.
Oczywiście zamknięcie to ma charakter bardziej psychologiczny niż faktycznie chroni przed włamaniem, bo jeśli ktoś zechce takie drzwi sforsować, to zrobi to bez problemu. Jednak na razie to powinno wystarczyć. Na wielu budowach widuję takie właśnie prowizoryczne drzwi.







Zresztą, na naszej budowie jeszcze nie ma czego ukraść. Nawet gdy zaczniemy robić hydraulikę to i tak grzejniki i piec będą instalowane na samym końcu, gdy dom będzie zamknięty na dobre, "prawdziwymi" drzwiami. Na razie rozrzucone w środku, pocięte na wymiar, plastikowe rury kanalizacyjne, nie stanowią wartości dla ewentualnych złodziei, nie ma więc czego pilnować. Okien przecież złodzieje nie wymontują, bo dookoła mieszkają czujni sąsiedzi i stale obserwują. Sąsiedzi zawsze dzwonią, gdy coś niepokojącego widzą na budowie. Jak dotąd dzwonili trzykrotnie: dwa razy, gdy wiatr zerwał papę z dachu i raz, gdy otworzyła się brama na oścież (wtedy stary przerdzewiały łańcuch się urwał). Nie sądzę więc, aby możliwa była kradzież nowych okien, bo trzeba by podjechać po nie dużym samochodem i pracować nad ich wymontowaniem kilka godzin, a w tym czasie sąsiedzi z pewnością zdążą zareagować.

Niestety, mieszkamy w Polsce i rozważania na temat „jak się ustrzec przed okradzeniem budowy” nie są pozbawione sensu. Znam historię okien na pewnej budowie, które zamontowano jednego dnia, a zniknęły już dnia następnego. I bynajmniej dom nie stał na odludziu, obok mieszkali czujni sąsiedzi. Ba, nawet pytali złodziei "co tu się dzieje, czemu demontują okna?". I co usłyszeli? Usłyszeli podziękowania za zainteresowanie, że to bardzo dobrze mieć takich czujnych sąsiadów, że czasy takie podłe. Ale żeby się nie martwić, bo oni tu są na zlecenie właścicieli. Rzekomo wczoraj owi "fachowcy" zamontowali przez pomyłkę okna dwuszybowe, a klient zamówił okna trzyszybowe i teraz muszą to wszystko odkręcać! Jeszcze zbolałych robotników zagrali! Podczas interwencji sąsiadów złodzieje zadzwonili nawet – oczywiście fikcyjnie – do właściciela i udawali rozmowę z nim, mówili, że są już na miejscu, że robią tak jak było umówione i że wszystko gra. Gratulowali też czujnych sąsiadów! W tej sytuacji sąsiedzi zostali uspokojeni i odpuścili. A okna zniknęły. Tak zwana kradzież na bezczela, z niespotykanym tupetem. Fakt, nie zmyśliłam tego.
Opowiedzieliśmy Wojtkowi-sąsiadowi tę historię i obiecał, że gdyby podjechała jakaś ekipa i zaczęła wymontowywać nasze  okna, to on od razu dzwoni najpierw na policję a potem do nas!


Po czasie powiem, że drzwi prowizoryczne można sobie darować. Gdy zamontowano nam drzwi docelowe, zabezpieczyliśmy je przed zabrudzeniem i uszkodzeniami, owijając je folią streczową, pod którą wsunęliśmy tekturę wyciętą z jakiegoś pudła. Klamkę owinęłam folią piankową i zakleiłam taśmą, więc spokojnie może ją dotykać robotnik z najbardziej nawet pobrudzonymi rękami. Nic się nie pobrudzi ani nie obije. Na progu rozciągnęłam docięty na szerokość futryny pasek folii fundamentowej, tej gumy rozwijanej, co to kawałek został z budowy. I wprawdzie teraz drzwi trzeba lekko docisnąć na uszczelkach, aby zamknąć zamki, ale po drewnianym, meblowym progu, z aluminiowymi zdobieniami, żaden robotnik nie depcze.
No i trzeba uczulać fachowców, żeby dbali o drzwi, żeby uważali na nie, żeby obchodzili się ostrożnie, nie obtłukiwali i wnosili do środka sprzęty używając mózgów. To działa.
Nie zauważyłam dotąd żadnych zniszczeń.
Oczywiście należy tego wszystkiego pilnować i patrzeć robotnikom na ręce, bo takich pedantów jak pan Jarek-majster i pan Kukułka -hydraulik, których można zostawić na budowie samych i mieć pewność, że zadbają jak o swoje, to niestety zbyt wielu nie ma.
Przy robieniu wylewek dodatkowo zabezpieczyłam boczne futryny drzwi tekturami, które przykleiłam siwą taśmą klejącą do muru, robiąc boczne tekturowe ościeżnice. Wystarczyło.
Zresztą robotnicy gdy widzą, że właściciele się pieszczą i dbają o każdy detal, że są pedantyczni (wzięłam tę rolę na siebie) i gdy uczulają, aby niczego nie poniszczyć, raczej też podchodzą do sprawy poważnie. Dziś każdemu zależy na opinii i na tym, aby ostatecznie klient zapłacił, a nie wykłócał się o obniżenie ceny z powodu zniszczeń.

wtorek, 23 czerwca 2015

62. Okna bez miejsca na watę uszczelniającą

2014-04-15

W sobotę jedziemy podpisać umowę na zakup i montaż okien. Jak się dziś kupuje okna?
Bardzo łatwo. Wystarczy mieć pieniądze i Internet.
Zaczęłam od wykonania skanu fragmentu naszego projektu budowlanego, na którym wyrysowane były wszystkie okna potrzebne do domu, wraz z podaniem ich wymiarów.




Następnie wykaz ten rozesłałam do trzystu dwudziestu siedmiu różnych producentów, sprzedawców i dystrybutorów okien „z prośbą o wycenę”. Następnie zostałam zasypana ofertami, od których dostałam bólu głowy, bo każda z nich zawierała mnóstwo tabel, szkiców, parametrów i danych technicznych, które kompletnie nic mi nie mówiły.
Oczywiście z tymi trzystoma firmami to przesadziłam, ale kilkanaście faktycznie sprawdziłam. Prawie wszyscy odpowiedzieli na moje zapytanie ofertowe, przysyłając specyfikację okien. Każda z wycen liczyła sobie kilka stron, a dodatkowo wiele firm przysłało wyceny w kilku wariantach, do wyboru do koloru, zależnie od tego, czy zdecydujemy się na okna białe (opcja najtańsza), czy na kolorowe, czy na dwuszybowe, czy też na trzyszybowe, itp. itd.
Było w czym wybierać, oj było. Spędziłam nad tymi elektronicznymi papierami sporo czasu, aby wszystkie je przeanalizować i wybrać okna odpowiednie dla nas. Ale udało się.

Zanim dostawca naszych okien zleci ich produkcję, musimy podpisać umowę i wpłacić zaliczkę w wysokości ok. 4 000 zł. Natomiast wszystkie nasze okna, wraz z usługą montażu, będą kosztować niecałe 9 i pół tysiąca. I to jest bardzo dobra cena, bowiem do kupienia mamy całkiem sporo sztuk, mianowicie:
·         2 okna duże (do sypialni i kuchni)
·         5 okien średnich (do pokojów chłopców, łazienki i salonu),
·         2 okna malutkie (do kotłowni i spiżarni)
·         4 okna wysokie balkonowe dwuskrzydłowe.  
Razem 13 sztuk.
Wariant najtańszy, okien dwuszybowych, na innym profilu, można było zamówić sporo taniej, za kwotę 6 800 zł, ale chcemy przecież okna dobre i tanie, a nie tylko tanie.

Nawet poruszając się w obrębie okien z PCV, ceny mogą się plasować w bardzo dużym rozwidleniu, o czym przekonałam się analizując zebrane oferty. Równie dobrze za naszych 13 okien z PCV o wybranych parametrach mogliśmy zapłacić 18 tys, bo i takie oferty były.

Okna drewniane są – jak się spodziewałam – dużo droższe od okien plastikowych. Znajomi za takowe, w ilości porównywalnej jak u nas, zapłacili ponad 25 tys. zł. Znam też rodzinę, która za okna do swojego parterowego domu jednorodzinnego zapłaciła 36 tys. zł, a więc jak się chce wydać na okna dużo pieniędzy, to nie ma problemu. Da się.

Cena okien zależy od tego, czego się szuka oraz jak wytrwale się szuka. Można kupić okna tanio, co nie znaczy że źle, ale można też kupić drogo, i drogo wcale nie musi oznaczać, że to lepiej.
Koszty okien rosną lawinowo w przypadku projektów zawierających tzw. okna tarasowe, ogromne na pół ściany. Okna takie najczęściej nie są otwierane, ale przesuwane. Okna przesuwane występują w opcji tańszej, z progami, oraz w opcji droższej, bez progów, gdy dolna krawędź okna wpasowana jest w poziom podłogi. To rozwiązanie świetne dla inwalidów poruszających się na wózkach, w innym razie dopłata za brak progu rzędu kilku tysięcy złotych wydaje mi się bezsensowna. Jednak oczywiście można dopłacać, jeśli tylko ktoś ma pieniądze i dużą potrzebę by je wydać – jak najbardziej okna tarasowe bezprogowe idealnie pomogą zrealizować taki cel.

My nie jesteśmy entuzjastami wielkich okien tarasowych, które są obecnie bardzo modne. W zasadzie wszyscy nasi znajomi wybrali projekty zawierające takie właśnie ogromne okna.
Jak dla mnie okno na pół ściany to same kłopoty.
Po pierwsze, jedno wielkie okno tarasowe potrafi kosztować więcej, niż reszta okien do całego domu. Koszt 11 – 15 tys. to norma.
Po drugie, salon ze szklaną ścianą jest zazwyczaj mało ustawny. Niby fajnie, bo dużo światła, ogromne szyby, tylko potem okazuje się, że nie ma gdzie postawić kanapy, że byłoby ładniej, gdyby jednak widoku z okna tarasowego nie zagracać meblami, a nie zawsze się da.
Po trzecie, ogromne okna tarasowe oznaczają spore koszty firan i zasłon albo rolet. Gdy przychodzi zmrok i w salonie zapala się światła, okna tarasowe pokazują nas sąsiadom w całej okazałości. Widać przez nie calutki dom, całe wnętrze. I aby w takim domu mieć intymność, należy jakoś się zasłonić przed wścibskimi oczami sąsiadów i przechodniów. Okazuje się wtedy, że za intymność trzeba sporo zapłacić.
Po czwarte – i najważniejsze – kwestia gustu, o którym podobno się nie dyskutuje. A więc do naszego gustu okna tarasowe nie pasują i dyskusję na tym pora zakończyć.

Przy wybieraniu okien jednym z ważniejszych parametrów jest współczynnik przenikania ciepła k. Im jest on niższy, tym okna są cieplejsze. Współczynnik ten może być podawany dla samych szyb (i niektórzy producenci na tym poprzestają), ale także w danych technicznych powinien być podany współczynnik k dla całego okna (szyba wraz z ramą). I ten ostatni parametr jest decydujący, bo pokazuje prawdziwą izolacyjność termiczną okien. Bo choćby szyba była nie wiadomo jak pancerna, to jeśli będzie oprawiona w zimną ramę, całe okno będzie kiepskie.


W naszym domu wszystkie okna – poza balkonowymi – będą jednoskrzydłowe. To nasz świadomy wybór, zaznaczony już na etapie projektowania. Ponieważ okna w domu myję zazwyczaj ja, postanowiłam sobie zminimalizować ilość pracy. A umyć jedno skrzydło jest zdecydowanie łatwiej niż dwa skrzydła. Jak wiadomo najgorsze jest mycie ram, tych wszystkich zakamarków i załomów, a w oknach jednoskrzydłowych jest ich dwukrotnie mniej niż w oknach dwuskrzydłowych. Przy okazji wyszło naprawdę ładnie. W naszych oknach są duże szyby, niezakłócone żadnymi dzieleniami i poprzeczkami. Dzięki niedzielonym oknom w pomieszczeniach jest naprawdę widno.
Owszem, pan od pomiarów uczulał, aby tych najszerszych okien raczej nie trzymać długotrwale w pozycji otwartej:
- Te wielkie okna to radziłbym bardziej uchylać niż otwierać, bo skrzydło jest naprawdę ciężkie i takie obciążenie tylko z jednej strony ramy to nie najlepszy pomysł. Niby to policzone wszystko i nic się nie powinno stać, ale ja bym tak doradzał.
- Tak tak, wiem. Okna będą otwierane na oścież rzadko, tylko do mycia. Mam w zwyczaju raczej okna uchylać niż otwierać, bo po pierwsze mamy w domu koty, a po drugie nie chcemy gościć u siebie obcych kotów, a tu co chwilę jakiś plącze się po podwórku – powiedziałam zgodnie z prawdą.

Po przeanalizowaniu wielu ofert zdecydowliśmy się na okna z PCV extremo prestige, bezołowiowe, białe z uszczelkami w kolorze jasno szarym (nie czarnym!), trzyszybowe o współczynniku przenikania szyb zespolonych U=0,6 W/m2K, na profilu 6-komorowym  76 mm, z okuciami Roto NT (podobno najlepsze), z trzema uszczelkami (co bardzo ważne, ponieważ dodatkowa uszczelka podobno bardzo poprawia szczelność okna, o czym przekonywał nas sprzedawca i co potwierdził monter:
- Bardzo fajnie, że wzięliście z tą dodatkową uszczelką. To naprawdę dużo daje, nie ma możliwości, żeby przez taką uszczelkę wiało. Super okna, serio! – zachwalał chłopak.

Przenikalność cieplna samych szyb jest bardzo dobra. 0,6 to doskonały współczynnik. Jednak należy pamiętać, że dotyczy on tylko szyb, a więc tak naprawdę to parametr służący bardziej jako chwyt marketingowy niż jako wartość użyteczna.
Okna jako całość natomiast mają współczynnik nieco gorszy, każde okno, zależnie od wymiarów, inny. W naszych oknach współczynniki te kształtują się od 0,982 do 1,079. Podobno to całkiem niezły wynik, a ja jestem wręcz przekonana, że nasze okna są rewelacyjne!

Pamiętam bowiem okna z czasów mojego dzieciństwa. U babci były okna drewniane tzw. skrzynkowe, podwójne. Jedna para skrzydeł otwierała się do środka domu, a druga para – na zewnątrz. Szyby mocowane były do drewnianych ramek podzielonych na kwadraty przy pomocy kitu.  Co jakiś czas kit się wykruszał i należało go uzupełniać. Ramy malowane były oczywiście farbami olejnymi, których wiele warstw z czasem łuszczyło się coraz mocniej, co szalenie utrudniało mycie takich okien. Ileż to razy odprysk farby wlazł mi boleśnie za paznokieć, to szkoda gadać. W ogóle mycie tamtych okien to był istny horror. Nie dość, że wypadał kit i łuszczyła się farba, to jeszcze trzeba było myć szyby z czterech stron! A mycie okien zewnętrznych od strony ulicy groziło zwyczajnie wypadkiem. Na zimę między okna zewnętrzne i wewnętrzne, na dolnej listwie, tam gdzie był haczyk (bo okna zamykane były na haczyk!) babcia układała grubą warstwę waty, żeby zatrzymać wiatr, a przynajmniej choć trochę wiatru.

W socjalistycznym mieszkaniu w bloku moich rodziców okna także były drewniane, ale już nowocześniejsze. Także podwójne, jak te skrzynkowe babcine, ale otwierające się tylko do wewnątrz. Aby okna takie umyć należało je rozkręcić specjalnym kluczem z kwadratową końcówką. Rozkręcanie tych okien to było zadanie dla faceta, bo normalna kobieta zazwyczaj nie była w stanie siłować się z zapieczonymi, sklejonymi oknami i śrubami. Mycie tych okien, także z czterech stron, to oczywiście istny horror. Robota na cały dzień.

Okna współczesne są ogromnym rarytasem. Są gładkie, szczelne, z szybami zespolonymi, myje się je bez rozkręcania, poza zwyczajnym otwarciem da się je rozszczelnić oraz uchylić, i nie trzeba ocieplać ich watą! Ciekawe, jaki współczynnik k miały okna mojej babci?

Zgodnie z zapewnieniami pana sprzedawcy montaż okien nie potrwa długo. Panowie wyrobią się z tym w kilka godzin. Niemniej proces zamawiania okien – od decyzji i umowy, poprzez pomiary, do montażu – trwa ponad miesiąc, bowiem okna produkowane są na bieżąco, każdorazowo do zapotrzebowania i zamówienia, na konkretne wymiary. W fabryce nie ma okien na zapas. Trzeba czekać.

2014-05-03 Sobota

Od początku wiedzieliśmy, że chcemy mieć okna plastikowe, nie drewniane. Po pierwsze dlatego, że okna plastikowe są tańsze – a to nie jest argument bez znaczenia. Po drugie dlatego, że okna plastikowe łatwiej się myje. Po trzecie dlatego, że okna plastikowe, w przeciwieństwie do drewnianych, nie wymagają konserwacji.
Okna drewniane natomiast trzeba systematycznie malować, impregnować i konserwować. Bez tych zabiegów pielęgnacyjnych szybko tracą świetność, a więc fabrycznie piękne i nieskazitelne są tylko przez pierwszy rok. A potem – różnie bywa.
Znamy doświadczenia co najmniej pięciorga naszych znajomych, którzy posiadali okna drewniane. Po zaledwie kilku latach użytkowania przeklinali siarczyście mówiąc „Nigdy więcej!”. Kupili okna drewniane w przekonaniu, że są lepsze od okien plastikowych, jednak mocno się rozczarowali. Okazuje się bowiem, że okna drewniane są o wiele mnie trwałe niż plastiki, że się wypaczają, że się rozszczelniają, że są pracochłonne i że się trudniej myją. Ludzie po kilku latach posiadania okien drewnianych zmieniają je właśnie na plastiki i dopiero wtedy osiągają stan świętego spokoju.

Zresztą umówmy się, co to teraz za okna drewniane produkują? Z jakiego drewna? To nie to, co przed laty, gdy drewno było mocne, z dorosłych, zdrowych i dorodnych drzew, porządnie wysuszone, wysezonowane i służyło latami bez odkształceń. Dziś okna niby-drewniane robi się z niby-drewna. W dodatku niby-drewno jest klejone ze ścinków albo z jakiejś masy drzewnej, prasowane prasami pod ciśnieniem, impregnowane i nasączane mnóstwem chemikaliów, a w środku taka sama szyba zespolona jak w oknie plastikowym. Takie okno nie ma niestety zbyt wiele wspólnego z naturą i z naturalnym drewnem.
Poza tym w oknach drewnianych szyby uszczelniane są silikonem, który okazuje się mało odporny na zabrudzenia i łatwo się niszczy. Znam historię okien drewnianych, które nie przetrwały bez szwanku procesu samej budowy. Mianowicie w silikonowe uszczelnienia wżarł się pył ceglasty i kurz, którego nie sposób było domyć. Ponadto przy ogromnej wilgotności nowego domu, gdy wysychają tynki i wylewki i wszystko paruje, aż woda leje się po szybach, okna drewniane nie przetrwały próby wody i nadawały się do remontu, zanim jeszcze dom został zasiedlony. Okna drewniane nie są gotowe na to, aby ściekała po nich woda przez kilka tygodni non stop, a tyle mniej więcej czasu potrzebują tynki aby wyschnąć. I w końcu się psują. Oknom plastikowym natomiast, jak wiadomo, woda niestraszna. 

A więc nie ma o czym mówić. Drewnianym oknom dziękujemy. Zwłaszcza, że biorąc pod uwagę możliwości naszego budżetu, nie moglibyśmy kupić okien prawdziwie drewnianych, z górnej póły, a te tańsze niby-drewniane kompletnie nie mają sensu.

Nasz przyjaciel Adam, pracownik dużego składu budowlanego, o rozległych kontaktach handlowych, zaproponował, że może „załatwić” nam dobre okna niemalże w cenie producenta, z minimalną tylko marżą. Ale niestety bez montażu, bowiem ekipy montującej, która działa przy tym producencie, Adam szczerze polecić nie może. Odradza ich usługi i twierdzi, że to ludzie niesolidni, niesłowni i nieterminowi, a on nie chce świecić za nikogo oczami. Tak więc możemy kupić okna tanio, ale montaż musimy sobie załatwić we własnym zakresie.

Przez chwilę Marek rozważał, czy nie zamontować okien samodzielnie. Zaczęliśmy szukać w Internecie materiałów i filmów na temat montowania okien. Niby to nie takie trudne, podłożyć dystanse, złapać pion i poziom, dokręcić kotwy i zapianować - ale – jak we wszystkim – wprawę trzeba mieć. No i okna nie są wcale lekkie. Nie da się ich zamontować w składzie jednoosobowym, a mnie nie można przecież uznać za pełnoprawnego pomagiera, bo w dźwiganiu ciężarów jestem cienka. Już oczami wyobraźni widziałam, jak upuszczam takie balkonowe skrzydło i szyba sypie się w drobny mak. Chyba jednak nie. Ja się na montaż okien nie piszę.

Zaczęłam więc szukać ekipy montującej okna. Dałam ogłoszenie w Internecie o treści „Zlecę montaż okien, proszę o wycenę”.
Ze spływających ofert i telefonów wywnioskowałam, że po pierwsze, za sam montaż 13 okien zapłacimy jakieś 2 tys. zł. A po drugie, z prawie żadnym panem Zdziśkiem albo Zenkiem, który oddzwonił, nie mogłam się dogadać. Wszyscy wydali mi się niedorozwinięci, niekomunikatywni i niekompetentni. Żaden nie umiał opowiedzieć, na czym proponowany przez niego montaż okien ma polegać. Żaden z nich nie wiedział nic o tzw. ciepłym montażu i nie umiał niczego doradzić:
- Normalnie daje się kotwy i pianę i już! – Tyle tylko mogłam się od nich dowiedzieć. Ani żadnych argumentów za „ciepłym montażem, ani żadnych argumentów przeciw. No po prostu „Usterka”.

Przestraszyłam się takich „fachowców”.
Przypomniało mi się, że gdy wymienialiśmy okna w naszym mieszkaniu, miałam nieprzyjemność natrafić na strasznych partaczy. Do dziś moje okna mnie po prostu denerwują. Parapety są krzywe, nie trzymają poziomu i spadek mają w niewłaściwą stronę, nie na mieszkanie, tylko na dwór. Gdy coś się wyleje na parapecie, woda ścieka wprost w mur, na zewnątrz, a przecież spadek parapetu wewnętrznego, jeśli w ogóle ma być, to w kierunku wnętrza mieszkania! Spod parapetów wieje, od zewnątrz między parapetem a oknem panowie-partacze zionący wczorajszym kacem pozostawiili spore szczeliny. Usługa montażu skończyła się reklamacją. Przyjechał sam szef i zapaćkał dziury silikonem, ale wprawionych już parapetów nie dało się poprawić bez rozwalania połowy ściany więc już tak zostały. Ogólnie całość wypadła słabo i okna w obecnym mieszkaniu zamontowane mamy fatalnie. Zupełnie, jakby robili to przypadkowi ludzie, z łapanki. Bez pojęcia i zero fachowości, o estetyce wykończenia nawet nie wspomnę.

Ale nie sam strach przed złymi monterami zdecydował, że kupujemy okna wraz z usługą montażu oferowaną przez sprzedawcę i producenta zarazem. Okazało się bowiem, że aby mieć gwarancję na zakupione okna, należy zamówić je wraz z usługą montażu. W przeciwnym razie żaden producent nie udzieli gwarancji. Nikt nie weźmie odpowiedzialności za nieprawidłowo osadzone okna. No i oczywiście chodzi też o VAT, który w przypadku zamawiania okien z usługą montażu wynosi 8%, a bez montażu 23%.
Niektórzy sprzedawcy oferowali promocyjne warunki sprzedaży z montażem gratis, ale ci akurat ceny samych okien mieli najwyższe. Niemniej czasem warto o taką promocję zapytać. 

Ostatecznie zdecydowaliśmy się na zakup okien od producenta – firmy Izoplast, której wycena oraz parametry okazały się najkorzystniejsze z zebranych. Na dysku komputera uzbierałam pokaźny folder różnych  wycen i spędziłam naprawdę kilka dobrych wieczorów na ich analizowaniu, więc  decyzja „TE!” to naprawdę spora ulga.

Pojechaliśmy do salonu sprzedaży, aby obejrzeć „na żywo” wszystkie cztery zaproponowane przez Izoplast  warianty profili. Okna dwuszybowe były tańsze o prawie 3 000 zł, ale dla nich współczynnik k zdecydowanie się pogarszał. Uznaliśmy, że taka oszczędność nie ma najmniejszego sensu, bo potem przez całe życie rozpamiętuje się, czy nie warto było jednak zainwestować w okna lepsze, cieplejsze, niż płacić te chore rachunki za ogrzewanie. Wiadomo, że na kosztach ogrzewania takie decyzje odbijają się najmocniej i że okna ciepłe zaprocentują.  

Sam montaż, zamówiony w fabryce wraz z oknami, wyceniony został na 1500 zł. A więc panowie Ziutkowie i Zdziśkowie z ogłoszeń odpadają. No i mamy gwarancję  oraz pewność, że okna zamontują ludzie kompetentni, wyspecjalizowani w tej usłudze, dla których montaż okien to chleb powszedni.

Podpisaliśmy umowę. Przelałam zaliczkę na wskazane konto i od razu umówiliśmy się na pomiary naszych okien w domu. Bo projekt projektem, podaje zaprojektowane i pożądane wymiary, ale czy budowlańcy faktycznie trzymali się tych wymiarów – należy sprawdzić. Zazwyczaj nie do końca.
Przed zamówieniem okien i zleceniem ich produkcji trzeba więc dokonać dokładnych obmiarów na budowie, aby uwzględnić różnice rzędu 1– 3 cm, które zawsze występują. Budowlańcy bowiem nie murują otworów z suwmiarką w rękach, ale – jak mawia moja mama - „pi razy drzwi”.
Wszystkie okna produkowane są na konkretne wymiary i każde może być inne, choć w projekcie niby takie same. Dlatego fabryka nie robi zbyt wielu okien na zapas i dlatego na okna długo się czeka.

Na pomiary przyjechał miły, młody pan, z laserowym miernikiem nazywanym fachowo dalmierzem. Panowie na dachu nabijali gonty, a my chodziliśmy z tym panem od otworu do otworu, ustalając wymiary oraz to, czy klamka ma być zamontowana z prawej czy z lewej strony.
Facet mierzył wysokości i szerokości, upewniał się po trzy razy, na którą stronę ma się dane okno otwierać – a więc znów decyzje – i wszystko skrupulatnie notował.

Na poddaszu należało przewidzieć podwyższenie pod okna balkonowe, aby poniżej dolnej krawędzi okien zmieściło się ocieplenie ze styropianu oraz wylewka. Oczywiście my nie mamy pojęcia, o ile centymetrów te okna mają być podniesione, ale przezornie wzięłam ze sobą na budowę projekt budowlany i wspólnie z panem od pomiarów szukaliśmy w opisach, jakie po kolei warstwy podłogi są przewidywane. Pan na szczęście wiedział, gdzie szukać i jak czytać projekt, szybko pododawał sobie centymetry:
- Na dole bez problemu, osadzimy okna na opasce z bloczków betonowych, która tu jest, to spokojnie zmieści się i ocieplenie, i wylewka i podłoga, panel czy płytka, wszystko jedno, mamy zapas. Ale na górze mamy problem. Nie możemy osadzić okna na pojedynczej  belce podwyższającej, bo gdy dojdzie styropian, 5 cm, to już mamy go do listwy. A gdzie wylewka i jakiś panel? Sam panel ma najczęściej 8 mm, do tego podkład trzeba doliczyć, no brakuje nam tu. Musimy podnieść te okna balkonowe nieco wyżej – facet myślał na głos, mówiąc bardziej do siebie niż do nas.


Podniesienie okien balkonowych na poddaszu było możliwe w dwojaki sposób – albo sami przygotujemy i wymurujemy jeden rząd bloczków betonowych, na których ustawione zostaną okna (tak jak jest na dole), albo zamówimy dodatkowe, gotowe belki z tworzywa, przewidziane dokładnie na takie sytuacje.
Normalnie ramę okien stawia się na plastikowych listwach pojedynczych, a jeśli wystąpi potrzeba podwyższenia okien, aby zrobić miejsce dla styropianu i wylewki (jak u nas), pod okna podkłada się po prostu dwie takie listwy. Wszystko zależy od tego, na jakim etapie wstawiane są okna, czy przed wylewkami, czy po nich.  

Oczywiście za trzy dodatkowe listwy (na górze mamy trzy okna balkonowe) będzie drobna dopłata, ale niewielka. I tak listwy te wychodzą taniej, niż wymurowanie bloczków. Zresztą kto miałby to murować? Nie będziemy przecież szukać teraz ekipy, kupować cementu i 15 bloczków, aby wymurować podstawki pod trzy okna. Pan od okien powiedział:
- Takie podwyższenie to żaden kłopot, wszyscy tak robią, że dają dodatkowe listwy, więc to się zrobi.

Ok. Pomiary wyszły pomyślnie. Okazało się, że wszystkie wymiary są niemal co do centymetra idealne, jak w projekcie. Brawo dla pana Jarka i jego ekipy!
A to podobno wcale nie takie oczywiste. Pan od pomiarów mówił:
- Proszę pani, niektórzy budowlańcy to jakby po pijanemu budowali, wszystko krzywe, kątów nie trzyma, każde okno nie dość, że w innym rozmiarze, do 10 cm różnicy potrafi być, to jeszcze na różnych wysokościach. U was to jest perfekt!

O ile z oknami generalnie nie ma problemów, nawet gdy budowlańcy wybudują otwory okienne niedokładnie, w rozmiarach innych niż przewiduje projekt, to nie ma to większego znaczenia (okna i tak są produkowane na konkretny wymiar), tak przy otworach drzwiowych niedokładność budowlańców może przysporzyć wielu kłopotów.
Znam przypadek, gdy wybudowane zostały zbyt niskie otwory drzwiowe, bo majster się pomylił i nie uwzględnił kilku centymetrów na wylewki. No i robi się spory kłopot, nie ma bowiem jak zamontować standardowych drzwi. Nad otworem jest naproże, którego nie da się podkuć ani łatwo podwyższyć. Pozostaje jedynie robić niższe drzwi, indywidualnie, na zamówienie, albo rozkładać ciężkie roboty budowlane, aby wyciąć z muru nadproża, wykuć dziury w pustakach nad drzwiami wyżej i powiększyć otwór, wmurowując nadproża wyżej. A to oczywiście rodzi spore koszty (chyba że wywalczy się poprawki w ramach reklamacji) i mnóstwo bałaganu.
Należy więc na etapie murowania nadproży nad otworami drzwiowymi zmierzyć i sprawdzić, czy otwór będzie odpowiednio wysoki, aby w jego świetle zmieściła się przewidziana w projekcie warstwa styropianu, wylewka i drzwi z ościeżnicą. Standardowo wysokość skrzydła drzwi wewnętrznych wynosi 203 cm, plus należy uwzględnić ościeżnicę i miejsce na piankę montażową, czyli min. 205 cm. Należy więc przycisnąć majstra aby wyjaśnił, czy przewidział wszystkie wysokości dla drzwi.
Jednak mało kto to robi, bo mało kto zdaje sobie sprawę z ewentualnych późniejszych konsekwencji błędów popełnionych przy budowie. Majster buduje jak chce, nikt go najczęściej nie sprawdza, nie biega za nim z miarką (choć kierownik budowy powinien). Majster zrobi swoje i odejdzie. A potem dopiero, na etapie wykańczania, okaże się, że po zrobieniu wylewki otwór drzwiowy będzie za niski i że trzeba będzie coś podkuwać, poprawiać albo ucinać drzwi
A warto dodać, że nie każde drzwi da się łatwo skrócić, np. ucięcie drzwi okleinowanych oznacza ich popsucie, bo narusza się przytwierdzoną do drzwi na gorąco warstwę wykończeniową.  No i nowe od razu ciąć? Bzdura!
My także nie pilnowaliśmy pana Jarka, czy dobre otwory drzwiowe wymurował. Liczymy na fuksa.

Po pomiarach i uzgodnieniach nasze okna zlecone zostały do produkcji. Dowiedzieliśmy się, że zamawiamy okna w ostatniej chwili przed podwyżką cen, bo sezon budowlany właśnie się zaczyna. Nawet przez chwilę pan stwierdził, że oferta cenowa, jaką dostaliśmy przez Internet, jest już nieważna i ceny już powinniśmy mieć wyższe, bo minęły ponad dwa tygodnie okresu związania ofertą. Faktycznie, w ofercie wskazany był dwutygodniowy termin jej ważności. Ale przekonałam go, że nie ma racji i że my musimy mieć te okna po starych cenach:
- Oj, będę się z panem kłócić. Owszem, oferta była ważna dwa tygodnie ale myśmy się w tym terminie zmieścili. Byliśmy u państwa w fabryce przed upływem dwóch tygodni i podpisaliśmy umowę. A to, że pan jest u nas na pomiarach dopiero dzisiaj, bo taki miał pan najbliższy wolny termin, to już państwa sprawa. Nie ma takiej możliwości, żebyśmy mieli okna w wyższej cenie proszę pana. Proszę nas tu nie straszyć, bo ja mam słabe serce – skłamałam słodko.
- No dobrze dobrze. Ja tylko zaznaczam, że w takiej cenie już od dwóch tygodni nie sprzedaję, bo ceny naprawdę poszły w górę.
- Dla nas jest stara cena. Inaczej nie kupujemy.
Trochę się martwiłam, czy facet przyjmie moją argumentację, bo zgodnie z umową powinnam była wpłacić zaliczkę kilka dni temu, czego nie zrobiłam, ale o tym nie mówiłam na głos.
- No, w sumie racja. To ja zapytam szefa, dobrze? Sam nie mogę podjąć takiej decyzji.
Facet zadzwonił przy nas do szefa i uzgodnił, że ok, że możemy mieć te okna po starych cenach z tą różnicą, że dojdzie nam dopłata za trzy dodatkowe listwy podwyższające okna balkonowe na poddaszu. Uff!!!

Po trzech tygodniach oczekiwania na okna nikt z fabryki nie zadzwonił. Zadzwoniłam więc ja z pytaniem, co z naszymi oknami. Okazało się, że są. Stoją. Wobec tego czemu nikt nie dzwoni? Wrrrrr!
No dobra. Nie będę się kłócić. Pani przez telefon mnie uspokoiła, że dziś, w ciągu godziny, oddzwonią do mnie i umówiona zostanie data oraz godziny montażu.
Zadzwonili, umówili.

Do zamontowania okien przyjechało dwóch panów, jeden młody – i ten był szefem, oraz drugi starszy – i ten słuchał się młodszego. Stawili się na działce punktualnie.
Zaczęliśmy od wspólnej kawy. Porozmawialiśmy chwilę o montażach okien, o tym, jak niektórzy pseudo-fachowcy umieją to spartaczyć. Polubiliśmy się, zjedliśmy po miętowej czekoladce i potem każdy zajął się swoją pracą. Ja kosiłam trawę ręczną kosiarką na popych spalając mnóstwo kalorii, Marek robił prowizoryczne drzwi do domu, a panowie zajęli się oknami.  

Najpierw młodszy pan ustawił na środku salonu laserową poziomicę na statywie podobnym do tych fotograficznych. Mierzył coś i wyznaczał, a urządzenie co chwilę dawało pikające sygnały dźwiękowe. Facet biegał od okna do okna i zaznaczał coś ołówkiem. Na koniec stwierdził, że różnica górnej krawędzi okien między najwyżej i najniżej wymurowanym otworem wynosi tylko 2 cm, a więc jest prawie idealnie i w ogóle nie będzie to widoczne gołym okiem.
- No, powiem, że prosto zbudowane, nawet bardzo, rzadko mam taką małą różnicę.

Najpierw panowie przynieśli do domu z samochodu wszystkie okna, ostrożnie rozstawiając je pod poszczególnymi otworami. Okna balkonowe okazały się dość ciężkie, w dodatku troje z nich należało wnieść po schodach na górę, ale panów to nie zniechęcało:
- Te to jeszcze nie są takie ciężkie, we dwóch dajemy radę. Ale jak ludzie sobie teraz zamawiają okna tarasowe, takie na pół ściany?! To dopiero jest ciężar. Wtedy na montaż to czasem w sześciu musimy być.
- Albo jak montuje się okna na poddaszu, a jeszcze schodów nie ma? – dodał drugi.
- Jak to schodów nie ma? To jak tam wejść? – spytałam.
- Po drabinie się wchodzi.
- Z oknami? – nie wierzyłam własnym uszom.
- No z oknami. Z oknami. Jest gimnastyka wtedy, że szok.



Po pomiarach poziomicą panowie wsadzali w otwory okienne same ramy, bez skrzydeł. Ramy stawiali na dwóch słupkach ustawionych z plastikowych, płaskich podkładek (tzw. dystansów). Ilość tych podkładek była za każdym razem dobierana w taki sposób, aby dolna krawędź ramy  trzymała poziom.
Ramy ustawiane były tak, aby z zewnątrz domu rama okna i mur były w jednej linii, to tzw. okna zlicowane z budynkiem. Nie jest to jedyny sposób montażu, czasem okna montuje się inaczej, aby od zewnątrz zrobić uskok na parapet zewnętrzny – wszystko zależy, jaką planuje się warstwę ocieplenia. U nas ma ona wynosić 25 cm, więc parapet zewnętrzny osadzony będzie w warstwie ocieplenia i okna mogą być zlicowane z budynkiem. Gdy natomiast ocieplenie jest węższe nic planowane parapety zewnętrzne, ramy należy nieco cofnąć w głąb domu.



Potem po bokach, między ramy a mury,  panowie wbijali plastikowe kliniki, składane po dwa, aby zblokować luźną ramę w otworze. Pion wyznaczany był przy pomocy poziomicy a następnie kliniki boczne pan dobijał młotkiem delikatnie, żeby najpierw ten pion złapać, a potem go utrzymać. Po wbiciu nowych kliników te poprzednie należało lekko korygować – i tak do skutku, aż rama siedziała sztywno w murach zaklinowana w sześciu punktach.  



Następnie dookoła ramy, w kilku punktach, przykręcane były do muru – we wnękach - metalowe kotwy. A więc w ruch poszła wiertarka, kołki rozporowe i wkręty.
Po przykręceniu ram kotwami do wnęk w murze, panowie zawiesili skrzydła okien na zawiasach. Teraz przyszedł czas na regulację zawiasów, aby okna lekko się zamykały i otwierały. Początkowo bowiem większość okien się zacinała i blokowała, ale to normalne i właśnie wyeliminowaniu tego efektu służy regulacja.
Żałuję, że nie podejrzałam, na czym ta regulacja polega, co też pan tam przykręcał bądź odkręcał, bo obecnie jedno okno lekko nam się opuściło i przydałoby się je podregulować, a nie wiem jak. Cóż, będziemy to jakoś rozkminiać. A można było wtedy po prostu zapytać i zobaczyć, to kosić mi się zachciało!

 Każde okno było kilkakrotnie sprawdzane, czy klamka dobrze i lekko chodzi, czy nic nie obciera i się nie blokuje. Klamki na razie nie zostały przykręcone. Wszystkie okna otwierane były i zamykane przy pomocy jednej, przenośnej klamki. Pan doradził, aby nie przykręcać klamek przed położeniem tynków i wykończeniem wnętrza, bo niepotrzebnie się porysują i zniszczą:
- Klamki i nakładki maskujące na zawiasy to najlepiej zamontować na końcu, już po malowaniu. To wtedy wszystkie będą nowe, niezakurzone, bez zarysowań. A póki co niech sobie państwo używają jednaj klamki do otwierania, tak, bez przykręcania nawet.

Następnie starszy pan bardzo dokładnie, nie żałując piany, piankował okna dookoła. A więc wpuszczał tę puchnącą w oczach pianę poliuretanową w szczeliny między mur i ramy przy użyciu specjalnego pistoletu, aż piana wychodziła z drugiej strony, na zewnątrz:
- Piany to wam nie żałuję, niech to się mocno trzyma, a nadmiar będzie do obcięcia – tłumaczył.

Raz w taką świeżą pianę, która spadła z drugiej strony na ziemię, wdepnęłam butem i powiem, że byłam w kłopocie. Na szczęście na świeżo jakoś udało się zdrapać z buta to świństwo, przy pomocy paznokci i wody uporałam się z problemem, ale gdyby to zaschło, to koniec, buty do wyrzucenia.
Podobno z ram okiennych, gdy piana zaschnie, jej nadmiar odchodzi łatwo:
- W razie czego można ślady po piance usunąć zmywaczem do paznokci, ale zazwyczaj sama odchodzi – zaspokajał moją ciekawość monter.


Pan młodszy poinstruował nas, żeby przy kolejnym etapie obrabiania tynkiem wnęk okiennych, usunąć kliny boczne (dziury po nich należy wypełnić pianką), ale aby kliników z dołu, na których stoją ramy, nie usuwać, a jedynie przyciąć je nożykiem równo w ramą:
- Bo lepiej, żeby okno, które jest ciężkie, stało na podkładkach, a nie na samej, elastycznej piance. Wtedy nic się na pewno nie wypaczy i nie siądzie – tłumaczył.

Po czasie dodam, że z kolei monterzy parapetów wewnętrznych, de facto z tej samej firmy, usunęli wszystkie dystanse, te spod spodu też, twierdząc, że okno trzyma się na kotwach i na zastygniętej pianie, a kliny lepiej usunąć i dziury po nich zapianować, aby zlikwidować mostki termiczne:
- Bo taki plastik to żadna izolacja i będzie tędy przemarzać. Piana to piana, ciepła jest. A chba o to chodzi, żeby było ciepło co nie? Ja tak kliny zawsze wybijam i jeszcze nie było reklamacji – mówił chłopak od parapetów.   

Następnie pan młodszy nas poinstruował, że okna plastikowe wymagają jednak pewnych zabiegów konserwacyjnych. Mianowicie zawiasy i elementy metalowe należy co jakiś czas naoliwić, a gumowe uszczelki przesmarować wazeliną:
– Uszczelki mają wtedy dłuższą trwałość i tak szybko nie parcieją – wyjaśniał.


Ponadto pan polecił, abyśmy w miarę szybko zerwali folie ochronne, którymi zabezpieczone są plastikowe ramy okien. Zwłaszcza naklejki od strony zewnętrznej, wyeksponowanej na działanie słońca, należy oderwać od ram okiennych jak najszybciej. Słońce bowiem powoduje, że folia wtapia się w plastik, zespala się z nim na stałe i nie sposób tego potem doczyścić.

Sąsiad Wojtek też nas przed tym przestrzegał. Miał kiedyś nieprzyjemność czyścić ramy okien, do których przyspawała się folia ochronna. Podobno koszmarna robota i w gruncie rzeczy zniszczenie okien. Ramy po tym zabiegu były porysowane, w wielu miejscach oderwanie folii było niemożliwe i należało przy użyciu skalpela ściąć folię wraz z warstewką plastiku, a potem szlifować powierzchnię do połysku. A to już nie to samo, co nowa, gładka rama.

Po usłyszeniu historii z wtapianiem się folii w ramy zrywałam taśmy zabezpieczające od zewnątrz już następnego dnia, choć teoretycznie nic nie powinno się wydarzyć do trzech miesięcy.
Wojtek doradził, żeby zerwać folie tylko od zewnątrz a ze środkiem poczekać, aż sobie posprzątamy, do czasu, gdy nie będzie się już tak kurzyć, bo ten pył zawsze jednak trochę rysuje ramy. Więc na razie folie wewnątrz domu zostawiłam.

I tak sobie pomyślałam o domu w trakcie budowy, który stoi na sąsiedniej ulicy. Jego właściciele najwyraźniej nie wiedzą o konieczności zerwania folii, bo okna z foliami prażą się na słońcu już od dwóch lat. Będą mieli kłopot. Nawet miałam ochotę im powiedzieć, aby zerwali te folie, ale jak dotąd nie udało mi się nigdy nikogo zastać na budowie, która utknęła w martwym punkcie już dawno, a działka zarosła chwastami po pas. Nawet nie ma jak zostawić listu z informacją. 

Na koniec montażu pan młodszy zostawił nam reklamówkę klamek, osłonek na zawiasy i osłonek na wywietrzniki w ramach okiennych – do samodzielnego montażu. Powiedział, że jeśli sobie życzymy, to on zaraz wszystko to nam pozakłada i zamocuje, ale szczerze odradza, żeby robić to na tym etapie.
- Wszystko się jeszcze zakurzy, porysuje i nie będzie już takie ładne i nowe. Lepiej upiększyć okna tymi wykończeniami i nakładkami, jak już będą wymurowane wnęki i założone parapety. To mówię szczerze, nie z lenistwa.


Pan pokazał tylko, jak montuje się klamki i już. Banalnie proste. Należy włożyć trzpień klamki w otwór, w odpowiedniej pozycji (gdy okno jest całkowicie zamknięte klamka ma być skierowana dół). Następnie należy odchylić i przekręcić o 90 stopni plastikową osłonkę przy nasadzie klamki, pod którą znajdują się dwa wkręty. I wystarczy przykręcić je wkrętarką albo wkrętakiem. Wszystkie otwory są nawiercone i wszystkie klamki wyposażone są w śrubki i podkładki. Po przykręceniu śrubek (do każdej klamki dwóch) należy przekręcić osłonkę na swoje miejsce, zasłoni ona śrubki. I gotowe.
Sama osobiście przykręcałam potem większość klamek. Sama przyjemność :)



Panowie polecili, aby nie otwierać okien i nie ruszać ich przez najbliższe 24 godziny:
 – Do tego czasu pianka jeszcze twardnieje i lepiej nie dotykać, aby nic się nie przesunęło i nie rozszczelniło. Nie dotykać. ok.?

Wreszcie podpisałam fakturę i protokół odbioru robót, wypełniłam ankietę oceny ekipy montującej – oczywiście schwaliłam ich i dałam najwyższe oceny z możliwych.
Panowie naprawdę przyłożyli się do pracy. Zamontowali 13 okien w 6 godzin i zrobili to z wielką starannością. Zupełnie inaczej, niż wynikało to z moich dotychczasowych doświadczeń z panami-partaczami. Czyli da się. Nie zawsze jest „Usterka”.

No i tyle. Mamy okna!