Dom

Dom
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą okleina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą okleina. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 listopada 2018

110. Parapety wewnętrzne należy montować bez przeklinania przy kliencie

2015-06-08

Dziś kupiliśmy płytki do łazienki i do przedpokoju. Wybieranie kolorów, kształtów i obmyślanie koncepcji to bardzo męczące zajęcia. Na rynku jest tak dużo towaru, że trudno jest się zdecydować. Ale wreszcie mamy to za sobą. Ze wszelkich szlaczków zrezygnowaliśmy jednogłośnie, ale czyste płytki z drewnianymi słojami przypadły nam do gustu. Nie muszę chyba mówić, że Marek nie miał za wiele do powiedzenia przy dokonywaniu wyborów. Jednak zdaje się, że nie był z tego powodu nieszczęśliwy. Jakby co odpowiedzialność za złe wybory spadnie na mnie. 






Zakupu dokonaliśmy w Castoramie. Czasy, kiedy należy obawiać się marketowej, czyli niskiej jakości produktów chyba mamy już za sobą, przynajmniej jeśli chodzi o płytki ceramiczne. Okazuje się bowiem, że markety budowlane nie handlują sprowadzaną z Chin tandetą, ale normalną, polską ceramiką, z Opoczna, Końskich albo innych zagłębi płytkowych. Można więc nabyć pełnowartościowe, wysokiej jakości płytki znakomitych, uznanych od lat na rynku producentów. Panowie płytkarze potwierdzają tę tezę. Tak też zrobiliśmy.

Zakupy w Castoramie są o tyle komfortowe, że poza ogromnym wyborem istnieje możliwość zwrotu niewykorzystanego materiału. I to co do sztuki. Można oddać choćby jedną płytkę, jaka nam pozostanie. Nie musi to być pełna, nierozpakowana paczka. Stawiasz się w Castoramie z dowodem zakupu i oddajesz płytkę, a oni zwracają ci kasę. Byle tylko płytki były całe, nieuszkodzone. W ten sposób oddaliśmy wczoraj 10 płytek, jakie pozostały nam z kotłowni. Zanieśliśmy je w rozerwanym opakowaniu, sklejonym taśmą klejącą. Bez problemu odzyskaliśmy blisko 50 zł. I pewnie dlatego jest tam taki ruch. Przeciwnie niż w Praktikerze, który nie chce przyjąć zwrotu nie tylko pełnoprawnego towaru, co do którego się rozmyślisz, ale nawet zważonej farby! Nadal czekam na rozpatrzenie mojej reklamacji!

Zamówiliśmy transport płytek - koszt 28 zł. Dowieźli następnego dnia. Wypakowali wszystkie paczki przy furtce i Marek przenosił je po kolei do domu. Tym razem dźwiganie tych wcale nielekkich paczek z płytkami mnie ominęło, gdyż byłam w pracy i Marek sam ogarniał naszą budowę.

A poza transportem płytek miał dziś do ogarnięcia jeszcze dwie sprawy. Pierwszą z nich była wizyta na działce inspektora z elektrowni. Dostaliśmy pisemne powiadomienie, że w dniu tym a tym mamy być na budowie obecni, bowiem nastąpi sprawdzenie układu pomiarowego, znaczy się licznika. Czemu? O co chodzi? Wskazania licznika dopiero co przesyłałam mailowo do elektrowni (czyli zdjęcia licznika z cyferkami), po czym otrzymaliśmy fakturę na ponad 600 zł. Cóż, rachunek to spory, ale tego należało się spodziewać bo rozliczenie dotyczyło okresu, w którym w domu, na taryfie budowlanej, przy użyciu prądu z tzw. siłą, pracował przez kilka dni agregat tynkarski. Nieprawdą jest więc, że przy tynkowaniu opłaty za prąd są niewielkie, jak próbował nas przekonać szef tynkarzy pan Leszek, gdy zastanawialiśmy się, czy pożyczać prąd od Wojtka - sąsiada, czy też uda nam się załatwić szybko zwiększenie mocy i zmianę bezpiecznika. Bardzo dobrze się stało, że mieliśmy własny prąd, bo pożyczanie prądu za 600 zł to tak nie za bardzo. Pan Leszek mówił, że prąd nie powinien kosztować więcej niż 50 zł. Pomylił się tylko dwunastokrotnie.

Zadzwoniliśmy do elektrowni z pytaniem, o co chodzi z tym sprawdzaniem, ale pani powiedziała, że dokładnie to nie wie, ale może chodzi o to, że ostanie naliczenie było bardzo wysokie i muszą sprawdzić, czy licznik się nie popsuł i czy to nie pomyłka w pomiarach:
- Tynki były robione, to i rachunek duży – zasugerowałam.
- Aha, tynki. No to wszystko jasne. Ale sprawdzić musimy.
No więc przyjechał dziś pan elektryk, sprawdzić licznik. Sprawdził i pojechał. Wszystko w porządku.

Kolejną sprawą, jaką ogarniał dziś samodzielnie na budowie mój mąż, była obróbka parapetów.
A z tymi parapetami było tak.

Wyczekane parapety, wreszcie, po ponad trzech tygodniach od pomiarów, zostały zgłoszone do montażu. Przesunęliśmy montaż o tydzień później, niż był możliwy, bowiem chcieliśmy aby płytki w kotłowni wyschły i aby również tam, w kotłowni i w spiżarni, w dwóch oknach, parapety też zostały zamontowane. Ekipa nie będzie przecież przyjeżdżać do nas dwa razy, żeby montować parapety na raty z powodu schnących płytek. Woleliśmy poczekać aż terakota będzie zdatna do użytku i zlecić montaż parapetów „o raz”. 


Pani z biura producenta okien przysłała w e-mailu fakturę końcową (zaliczkę wpłaciłam wcześniej) i po otrzymaniu dowodu przelewu wysłali do nas ekipę monterów – w ilości chłopców dwóch. 

Chłopaki byli młodzi, mieli może po 20 lat. Jeden z nich był wyraźnie dowodzącym, stary wyga, robi w tej firmie już trzy lata! Drugi, bardziej nieśmiały, raczej pomagier: 
- Ej, młody, pozamiataj, podaj miarkę, weź no przynieś poziomicę i możesz zacząć już tam podkuwać, tylko nie za mocno! Jak dojdziesz do narożnika to poczekaj na mnie, a jak będziesz wycinał fleksem narożnik, to żeby nie leciało na okna! 
Takie dyspozycje latały cały czas, a pomagier nic nie mówił, tylko słuchał się doświadczonego kolegi. Cierpliwy znaczy się. 
Chłopaki byli fajni, zwłaszcza „szefunio” mocno gadatliwy: 
- Ja to spadam do Niemiec. Kumpel wyjechał właśnie, nagrywa mi robotę, i za trzy dni mnie nie ma. Zarobi się coś wreszcie. 

Gdy zabluźnił, a zdarzało mu się to co chwilę, mówił: 
- Ups, nie wolno nam przeklinać przy klientach. No ale pani się nie gniewa, to się nie da, bo tu kurwa tyle kucia! 
- Spoko, pan się nie przejmuje. To czego wam jeszcze nie wolno przy klientach robić? 
- No, przeklinać, aaa, i mamy po sobie sprzątać. Dobrze, że jeszcze okien nam nie każą myć he he. Ale powiem pani, że u nas w firmie to o klienta indywidualnego to się dba. Bo w sumie to duży rynek, tu da się sprzedawać. Bo na takie wielkie przemysłówki to wie pani, nie ma szans. Tam to układ, te wielkie zlecenia to nas nie wpuści konkurencja, w życiu! 
- Skoro trzeba dbać o klienta, to tym lepiej dla klienta – skomentowałam radośnie. 
- O, widzę że okienka pani ma te z ciepłą, dodatkową uszczelką. Bardzo dobrze. To dużo daje. Naprawdę. Ludzie czasem biorą taniej, bez dopłaty za uszczelkę, ale głupio robią. Bo potem im wieje od okna. 

Chłopaki musieli podkuwać tynki po bokach, aby wsunąć parapety, które są szersze o 3 cm z każdej strony od szerokości wnęk okiennych. Trochę im to było niewsmak, bo kucia sporo. W dodatku nie mieli ze sobą wiertarki i zaczęli robotę przy pomocy młotka i dłuta. Ale po chwili „szef unio” wykonał telefon: 
- Ty, kurwa, weź no mi tu podrzuć udar, bo ja mam samo kucie, na każdym oknie! A blisko robota, to czekam, pa. 
No i ktoś tam przywiózł mu po chwili wiertarkę, więc robota od razu stała się mniej znojna. 

Najpierw chłopaki rozpakowali z tekturowych kartonów nasze zrobione na wymiar parapety. Pomierzyli je i ustalili, który parapet idzie do którego okna. Potem odcinali szlifierką kątową we wnękach okiennych metalowe narożniki, czyli listwy podtynkowe, którymi wykończone były owe wnęki. Należało odciąć i wydłubać z tynku fragmenty narożników, aby dało się podkuć ściany i zrobić miejsce dla parapetów. 

To kucie to straszna demolka. Huk, kurz, aż się bałam, czy ściany nie pękną. Ale nie pękły. Tynki też nie pękły. Na szczęście wyrypały się tylko te miejsca, w które uderzało dłuto. 
Naszarpali się chłopcy trochę z tym kuciem, zwłaszcza, że nasi tynkarze, na moją prośbę (sorry – nie wiedziałam) podmurowali nieco płaszczyzny, na których miały spocząć parapety. Przy dwóch parapetach, właśnie w kotłowni i spiżarni, tynku było trochę za grubo, parapet się nie mieścił pod oknem i chłopaki musieli skuć całą warstwę oraz wypruć ze ściany poziomą listwę narożnikową podtynkową. Pozostałe okna były ok. Tam poziom „wylewek” pod parapety był niżej, do podkucia tylko boki. 



Przy szykowaniu miejsc pod parapety chłopaki wydłubywali spod okien plastikowe kliny, które gdzieniegdzie jeszcze zostały po montażu okien:
- To wydłubujecie te plastiki? A niektórzy mówią, że to błąd, że trzeba dystanse zostawić, żeby okno nie siadło i żeby miało się na czym opierać? – zagadnęłam, bo zgłupiałam. To w końcu dystanse mają zostać? Czy je usuwać?
- Jakie zostawić. Wydłubać i podpianować od razu. Ja tam uważam – mówił „szef unio” – że przez te plastiki to będzie przemarzać. Bo co to jest za izolacja? Żadna. Piana tak, zaizoluje, ale ten plastik? Mostek się zrobi termiczny, a po co. Wydłubać i zapianować – mówił z przekonaniem „szefunio”.
- A tu dziura na wylot się zrobiła, jak pan wyjął plastik. O widzi pan? – pokazałam palcem.
- Spoko, to się zapianuje od zewnątrz, tylko niech mi pani przypomni, bo ja lubię zapomnieć. W środku zrobię a potem lecę i zapominam.
- Dobra, przypomnę. 


Po wyrypaniu tynków chłopaki osadzali parapety. Wsuwali je pod okna, które mają tak skonstruowane ramy na dole, że jest w nich niewielkie podcięcie, taki schodek, pod który wsuwa się parapet. Parapet należy wbić delikatnie ręką, aby doszedł do samej ramy okna, aby wpasował się w „schodek” pod oknem Gdy parapet „siedzi”, chłopaki sprawdzali poziomicą, czy zachowane są poziomy. 

Ja zażyczyłam sobie parapety na prosto, bez żadnego spadku w kierunku domu. Nie lubię, gdy doniczki się zsuwają. Aby złapać poziom, między podkute wnęki a parapety wsuwane były plastikowe kliny, czasem jeden, czasem dwa, a czasem trzy. Do skutku, żeby zblokować parapet w pożądanej., poziomej płaszczyźnie.

Gdy osadzili i ustawili wszystkie parapety, „szefunio” zaproponował, żeby , czymś je dociążyć, żeby pianka poliuretanowa ich nie podniosła:
- Cegły mogą być?
- O, cegły! Pewnie.
No i polecieli na podwórko po cegły, które zeskładowane były na palecie. Na każdym parapecie ułożyli na środku po jednej albo po dwie cegły (zależnie od długości parapetu), podkładając pod nie kawałki tektury, aby nie uszkodzić laminatu. 





Wreszcie można pianować. „Szefunio” wpuszczał cienką rurką piankę poliuretanową pod parapety i w miejsca nieregularnych podkuć. Pianka puchła, wypełniała wszystkie szczeliny i wystawała ponad płaszczyzny ścian:
- To się obetnie jak zaschnie. Teraz nie można ruszać – wyjaśnił „szefunio”. 


Chłopaki, a w zasadzie pomagier, na bieżąco sprzątał przyniesioną przez siebie szczotką i szufelką gruz i urobek, jaki spadł na podłogę przy podkuwaniu tynków. Nie było to może hiper-dokładne sprzątanie, ale zawsze coś. Spytali, gdzie można wysypać gruz zebrany do wiaderka. Lądował on na górze spadów po tynkowaniu, Oj, niedługo będziemy musieli zamówić kontener i znów wywieźć tę kupę śmieci. 





Potem wyniknęła dość niezręczna sytuacja, bowiem okazało się, że chłopaki zamierzają poprzestać na zapianowaniu okien i wcale nie planują dalszych obróbek tynkarskich.
- Skoro piana ma być do jutra nieruszana, to kiedy będziecie tynkować te podkucia? – spytałam.
- Tynkować? To chyba nie my.
- No jak to? Kupiłam parapety wraz z usługą montażu - zaniepokoiłam się.
- No, to właśnie robimy montaż, ale bez obróbek tynkarskich. Tak mamy w zleceniu. Pani spojrzy.
Pokazał mi kwit z firmy. Faktycznie, w polu „obróbki tynkarskie” nie było krzyżyka. Zaznaczony był tylko „montaż”, czyli – według chłopaków - na piankę.

Nie spodobało mi się to.
- Czyli co, ja mam teraz szukać tynkarzy? – spytałam.
- Takie obróbki to jest chwila moment, nie problem. Tynkarzy pani znajdzie bez problemu.
- A pan to umie zrobić? – spytałam.
- A jaki to problem? Oczywiście.
- No dobra, pomyślimy.

Wyszłam na dwór poirytowana i usiłowałam sobie odtworzyć ciąg zdarzeń, jak to było przy zamawianiu parapetów.
O ile pamiętam, pierwsza wycena obejmowała montaż parapetów, ale pani uprzedzała, że koszt montażu może wzrosnąć, bo dopiero przy pomiarach, gdy pracownik będzie na miejscu, to wtedy oceni zakres prac do wykonania i cena może wzrosnąć.

No i pan na pomiarach ocenił i faktycznie, różnica cennie była spora, koszt montażu wzrósł o 300 zł w stosunku do ceny pierwotnej. A teraz się okazuje, że to nie obejmuje kompletnego montażu, tylko jego część?! No mam wątpliwości.
Zadzwoniłam do naszego tynkarza aby zapytać, czy zechcą przyjechać i zrobić mi te obróbki parapetów w cenie tynków, czy też będę musiała dopłacać. Na to pan Leszek:
- Wie pani, możemy przyjechać, za dopłatą niestety. Ale tak się nie praktykuje. Skoro zamawiała pani usługę z montażem, to ci od parapetów powinni to wykończyć, na czysto.

Ok. Postanowiłam zadzwonić do centrali, do producenta okien, i zapytać, za co właściwie zapłaciłam, jaki mam wyceniony zakres prac. Nawet gotowa byłam dopłacić za te obróbki, ale dopiero gdy się upewnię. Jednak wydaje mi się, że samo pianowanie za drogo by wyszło.
Pan powiedział, że ustali moje zamówienie i fakturę i oddzwoni. Ale nie zadzwonił do mnie, tylko od razu do „szefunia”. I zrobiło się nieprzyjemnie, bo ten po chwili, rozgoryczony, powiedział:
- Dzwoniła pani do firmy? W sprawie obróbek? 
- Tak, dzwoniłam. Chciałam się dowiedzieć, czy mam te obróbki tynkarskie w cenie faktury, czy muszę dodatkowo dopłacać.
- No, już dzwonili. Dostałem opierdol, że mamy robić ze wszystkim!
- Tak? No, to dobrze.
- Ale na zleceniu tego nie mam!
- No bardzo mi przykro. Proszę się na mnie nie gniewać. Ja nie chciałam skarżyć, że coś nie tak z pana strony. Ale proszę mnie zrozumieć, że skoro zapłaciłam za usługę, to chcę ją mieć wykonaną. W całości.
- No w sumie tak. Nie ma sprawy.
- A to nie moja wina, że pani w biurze źle wystawia zlecenia. Daty montażu też pomyliła – powiedziałam.
- Dokładnie.
Stanęło na tym, że chłopak ma jeszcze dziś zadzwonić, aby umówić na jutro godzinę przyjazdu. Nerwy szybko mu przeszły, nie miał do mnie żalu i znów zaczął przeklinać, żartować i opowiadać o swojej dziewczynie, którą zabiera do Niemiec, bo nie mogą bez siebie żyć.

Chłopak jednak nie zadzwonił. Przez chwilę zaczęłam nawet podejrzewać, że wcale nie miał takiego zamiaru. A niestety podpisałam mu protokół odbioru robót, zamiast poczekać, aż cały zakres, z tynkowaniem podkuć, zostanie zrobiony! O ja naiwna! Nie trzeba było niczego podpisywać.

Na szczęście moje obawy okazały się niepotrzebne. Na drugi dzień – czyli dziś – zadzwonił pan z Izoplastu z informacją, że panowie jadą dokończyć montaż i że będą u nas za pół godziny.
Niestety, ja byłam wtedy w pracy, ale Marek wszystkiego dopilnował.
Chłopaki przywieźli z sobą worek zaprawy, która zgodnie z naszymi przewidywaniami okazała się zaprawą gipsową. Czyli po zatynkowaniu i wyrównaniu powierzchni powstanie z niej gładź gipsowa, i jest to słabe rozwiązanie, bowiem nasze tynki są cementowo-wapienne, z ziarnistą fakturą. 





Marek nie pozwolił im uzupełniać ubytków gipsem. Za to dał im worek naszej zaprawy, którą tynkarze zostawili właśnie na takie okoliczności, czyli by uzupełnić ubytki po montażu parapetów, naprawić ewentualne wady w tynku albo zakleić nierówności po montowaniu haków na grzejniki.

Tak więc właściwa, ziarnista zaprawa na szczęście była na miejscu i chłopaki rozrobili w wiadrze tą naszą.
- O, faktycznie, ta jest porowata, a ta nasza to by za gładka wyszła. Ale pierwszy raz się spotykam, żeby ktoś sobie gładzi nie kładł. Wszyscy przeważnie mają gładzie, to wtedy ta nasza zaprawa pasuje – komentowali robotnicy.
Otóż to. A u nas gładzi nie ma i nie będzie. Więc gipsowa zaprawa nie pasuje.

Marek mówi, że chłopaki działali pacami błyskawicznie, z wielką wprawą. Szybko obrobili wszystkie narożniki i miejsca pod parapetami. Niestety, tynk cementowo-wapienny ma to do siebie, że nie schnie tak szybko jak gips, więc docierki nie są możliwe od razu. Robi się je następnego dnia, gdy zaprawa nieco podeschnie. Ale z tym poradzimy sobie sami. Najważniejsze, że z grubsza wszystko zostało wyprowadzone.

Gdy pojechaliśmy na działkę dziś wieczorem, abym mogła obejrzeć sobie efekt prac i nasze parapety po obróbce tynkarskiej, okazało się, że niektóre miejsca wymagają dodatkowego naniesienia warstwy tynku, bo gdy ten schnie, lekko go wsysa i robią się dołki. Ale Marek twierdzi, że poradzi sobie z tym bez problemu sam. Podobnie było przy uzupełnianiu dziur po poszukiwaniach zatynkowanego gniazdka. „Zrobi się” – rzekł radośnie mój małżonek.

Marek zauważył, że na jednym z parapetów została lekko uszkodzona okleina. Na szczęście nie została ona złamana ani przerwana, tylko odklejona na rancie od spodu na długości ok. 3 cm. Widocznie przy tynkowaniu pod parapetami „szef unio” zahaczył zbyt mocno pacą i klejenie puściło.
Cóż, to defekt niewidoczny gołym okiem, dopiero po przejechaniu delikatnie palcem od spodu czuć, że w tym miejscu okleina leciutko odstaje. Ale tak zostać nie może, bo to szczelina w okleinie i tamtędy w mdf będzie wnikać woda i wilgoć. Będziemy musieli to podkleić.

Planujemy kupić igłę ze strzykawką, nabrać białego akrylu i wstrzyknąć go delikatnie w szparkę, pod okleinę, aby to skleić. Powinno się udać. Tak zostać nie może, bo przy zahaczeniu tego miejsca okleina się zadrze i złamie. Jak widać jakość MDF nie jest perfekcyjna, ale nie wyobrażam sobie parapetów kamiennych albo plastikowych. Mam nadzieję, że po podklejeniu nic więcej się nie wydarzy.

Po czasie powiem, że podobno odklejony laminat przykleja się na gorąco żelazkiem, podobnie jak klei się listwy wykończeniowe do płyt meblowych. Taką radą poczęstował nas wujo Andrzej. Ja nasz uszkodzony fragmencik skleiłam akrylem. Trzyma się jak złoto, zresztą i tak tego miejsca nie widać, bo wchodzi pod blat szafek kuchennych. Klejenia żelazkiem nie próbowałam.

Parapety wyglądają świetnie. Chodziliśmy dziś z miarką i poziomicą, żeby sprawdzić, czy trzymają poziom. I jest prawie idealnie. Odchyłki rzędu 2 mm się nie liczą.

Marek wprawdzie twierdzi, że panowie przy montażu użyli złej pianki, mianowicie wysokoprężnej, zamiast niskoprężnej, i że taka wysokoprężna za bardzo się rozpycha i może wypaczyć parapet, wypchnąc go nieco do góry. Wymierzył nawet, że z jednym z parapetów tak właśnie się stało, bo krótka poziomica położona na parapecie lekko się buja na boki, czyli na środku jest górka. Ale ja niczego nie zauważyłam, więc jest bardzo dobrze. Takie niuanse są nie do uchwycenia gołym okiem. I o ile teraz, przy pustych oknach, bez firan, rolet, doniczek, kolorów na ścianach, można czepić się każdej, minimalnej nawet odchyłki, tak jestem przekonana, że potem nikt nigdy nie zauważy, że parapet o szerokości 140 cm na środku jest wyższy o 2 mm niż na brzegach.
Jeszcze tylko podkleję ten popsuty fragmencik okleiny i będę zachwycona.

Gdybym miała jeszcze raz wybierać parapety do naszego domu możliwe, że wybrałabym parapety drewniane, malowane na biało. Przy drewnianych nie trzeba podkuwać ścian, bo można je podciąć na rogach, wpasować je kształtem do wnęk okiennych. Przy MDF, z uwagi na laminowanie całości parapetu, jest to niemożliwe. I przy parapetach drewnianych nie wystąpiłby problem uszkodzenia okleiny, bo by jej po prostu nie było. Ale zawsze jest coś za coś. Niewykluczone, że parapety drewniane z czasem by się wypaczyły i porozsychały, zwłaszcza że pod nimi będą grzejniki. Drewno zawsze pracuje i drewno zawsze wymaga konserwacji.

Tak więc na razie niczego nie żałuję. Parapety z MDF wyglądają super, są dużo tańsze od drewnianych, a jak będą się sprawdzać w użytkowaniu – czas pokaże.

Po trzech latach mieszkania powiem, że parapety z MDF są bez zarzutu. 

piątek, 29 września 2017

99. Jabłoń, marmurek czy pino? - kilka słów o parapetach wewnętrznych

2015-05-04

Zdecydowaliśmy, że zanim rozpoczniemy malowanie ścian, konieczne jest zamontowanie parapetów wewnętrznych.

Z informacji wyszukanych na forach internetowych nie wynika jednoznacznie, na jakim etapie wykańczania domu należy dokonać montażu parapetów. Przed tynkami czy po tynkach? Przed malowaniem, czy po nim? Każdy robi sobie tak, jak mu wygodnie. Chodzi tylko o to, aby efekt końcowy był perfekcyjny, a więc aby należycie obrobić tynk w miejscach montażu parapetów we wnękach okiennych i aby malowanie tych miejsc nie odznaczało się na tle pozostałej części ścian.

Czyli wychodzi mi, że najlepiej jest zrobić parapety po tynkach, a przed malowaniem. Tym bardziej, że tynkowanie mogłoby je uszkodzić, a już z całą pewnością mocno zabrudzić. Poza tym panowie tynkarze raczej niechętnie zapatrują się na docelowe obrabianie parapetów bo twierdzą, że osadzanie i obróbka parapetów to całkiem inna usługa, która nie wchodzi w zakres tynkowania. Uważam też, że warto montować parapety przed malowaniem, aby później pomalować całość jednakową ilością warstw farby, nie uszkadzać pomalowanych już ścian i nie musieć domalowywać żadnych placków po szpachlowaniu. No i od razu będzie gotowy efekt.

Najpierw, dla orientacji, rozglądaliśmy się za parapetami w marketach budowlanych. Jednak na niewiele się to zdało, bo aby oszacować ceny parapetów, choćby w przybliżeniu, należałoby najpierw zrobić obmiary i wiedzieć dokładnie, jakie oraz ile parapetów chce się kupić. Nie można sobie tego zrobić wchodząc do sklepu budowlanego „przy okazji” innych zakupów, tym bardziej, że nie za bardzo można tam liczyć na rady sprzedawców.

Pomysł z kupowaniem parapetów w markecie samoobsługowym szybko upadł, ponieważ potrzebujemy usługi kompleksowej, czyli kupna parapetów wraz z ich montażem. Nie mamy czasu, ochoty, a przede wszystkim praktycznego doświadczenia w tynkowaniu wnęk okiennych i wykonywaniu podobnych, precyzyjnych obróbek. Owszem, na upartego można by spędzić pół dnia z You Tubem na wyszukiwaniu i oglądaniu filmików instruktażowych. Ale od samego oglądania nikt jeszcze wprawy w tynkowaniu nie nabrał, więc gwarancji, że wyjdzie nam to perfekcyjnie, nie ma żadnej. Powiem więcej, jesteśmy przekonani, że spieprzylibyśmy tę robotę koncertowo, bo tynkowanie jednak zasadniczo różni się od zrobienia rozliczenia podatkowego albo od zmiksowania piosenki. Musimy to po prostu zlecić.

Chwyciłam więc za telefon i zadzwoniłam do firmy, od której kupowaliśmy okna. Skoro okna mieli w najlepszej cenie, to istnieje prawdopodobieństwo, że i parapety nas nie zrujnują. Wiem od znajomych, ile kosztują parapety drewniane, malowane na biało, z zaokrąglonymi rantami – ok. 200 zł za sztukę za sam parapet, bez usługi montażu. Mamy więc punkt odniesienia, jakiego rzędu ceny możemy się spodziewać.

Przez telefon ustaliłam, że nasza firma od okien posiada w ofercie handlowej parapety, zarówno wewnętrzne, jak i zewnętrzne. Zapraszają więc do nowej siedziby. Trzeba przyjść, popatrzeć, dotknąć i wybrać wariant, który będzie nam najlepiej odpowiadał.
Chwyciłam projekt budowlany pod pachę (jest w nim zestawienie wszystkich okien z wymiarami) i ruszyliśmy w drogę.

Firma posiadała w ofercie trzy rodzaje parapetów:
  • komorowe PCV – czyli parapety plastikowe – mówi się o nich komorowe, bo z wierzchu parapet wygląda jak jednolita płyta, a gdy zajrzy się pod spód albo z przekroju okazuje się, że są tam szczeliny, właśnie komory, które usztywniają cienki w sumie plastik, parapety te mają pod spodem jakby harmonijkę, która pozornie robi grubość i usztywnia plastik;
  • MDF – czyli parapety wykonane z laminowanych płyt MDF,
  • kamienne – czyli ze szlifowanego kamienia.
Parapety z kamienia i z MDF są w porównywalnych cenach, natomiast parapety komorowe z PCV są około dwukrotnie od nich tańsze.


Parapety kamienne od razu skreśliliśmy. Po pierwsze są zimne, a po drugie zbyt mocno kojarzą nam się z płytami nagrobkowymi. Chociaż były one dostępne w różnych kolorach i odcieniach, od brązu, przez beż, po biały marmurek, to żaden wzór nie przypadł nam do gustu. Kamyki zatopione w wyszlifowanej tafli nie będą pasować do naszego domu.

Parapety komorowe PCV, chociaż są tanie i występują w przeróżnych kolorach oraz deseniach, od matowych do połysku oraz od gładkich do marmurkowych, to mają tę wadę, że nie podoba mi się ich wykończenie. Mianowicie na boczne krawędzie parapetów komorowych zakłada się plastikowe nakładki (niektórzy mówią na to zaślepki, boczki albo noski). Boczki dopasowane są kształtem do przekroju/wygięcia parapetu. I nakładki te niestety – moim zdaniem – bardzo szpecą parapet. Nie dość, że od razu mamy szczelinę do gromadzenia się w niej kurzu, co utrudnia mycie takiego parapetu, to jeszcze jest duże prawdopodobieństwo, że te plastikowe nakładki się połamią. No dobra, może przesadzam, większa część boczków zostanie wpuszczona w ścianę i będzie zatynkowana, ale i tak wydaje mi się, że nie jest to rozwiązanie solidne - choć mogę się mylić. Ale najważniejsze jest dla mnie to, że te boczki mi się nie zwyczajnie nie podobają. No i nie wyobrażam sobie np. mycia okien bez możliwości wejścia stopami na parapet. Zawsze tak myję okna a obawiam się, że parapet komorowy z PCV mógłby nie wytrzymać tej ciężkiej próby i rozkruszyć się przed pierwszymi świętami.



Wreszcie czas na parapety z MDF. Te, które nam się spodobały wyglądają jak imitacja drewna, niczym lakierowana na matowo deska, z widocznymi sękami i bruzdami. Płyta MDF jest dookoła zalaminowana grubą okleiną, na której wytłoczone są te drewniane desenie. Pani sprzedawczyni przekonywała, że są one trwałe, łatwe w utrzymaniu czystości, no i - co sami widzieliśmy – bardzo ładne.


Cena parapetów MDF zależy od ich grubości. Można kupić parapet o grubości 1 cm, a można o grubości 3 cm – i ten wygląda już całkiem na bogato. Górna krawędź parapetu, a także przednie ranty (narożniki) są elegancko zaokrąglone, a cała bryła "deski" jest szczelnie fabrycznie zalaminowana, zarówno na powierzchni użytkowej (tej widocznej i ozdobnej), po bokach, jak i od spodu - dookoła. Firma oferowała trzy różne warianty zaokrągleń i obłości parapetów – można wybrać parapety bardziej albo mniej kanciaste, co komu pasuje. Każdy z rodzajów zaokrągleń był oznaczony inną literą i nie miał wpływu na cenę.

Parapety z MDF mają ogromną gamę kolorów i faktur. Tylko trzy z nich były wystawione na stojaku z ekspozycją, ale pani posiadała próbnik wielu oklein, więc bez problemu można było wybrać wymarzony kolor i fakturę.
My wybraliśmy parapet biały, z niewielkimi przetarciami, żłobieniami i słojami imitującymi drewno. Troszkę się martwiłam, czy aby w te a-la drewniane zakamarki nie będzie właził bród i czy parapety będą łatwe w sprzątaniu, ale pani zapewniła mnie, że jak najbardziej, i że na tych imitacjach drewna, porowatych, o wiele łatwiej utrzymać czystość niż na gładkich powierzchniach plastikowych, które mają połysk i eksponują wszelkie zanieczyszczenia i zatłuszczenia, odbijając nawet odciski palców.

Pani zaproponowała, żebyśmy wybrali kolory, które nam się podobają oraz określili grubość parapetów z MDF, to ona szybko przygotuje wstępną wycenę. Rozważaliśmy więc trzy rodzaje:
  • komorowe PCV „Biała jabłoń” – całkiem ładne, nowy wzór, pani bardzo zachwalała, że prezentują się naprawdę elegancko,
  • komorowe PCV „Biały marmurek” – całkiem brzydkie, nie wiem po co to poszło do wyceny, ale pani powiedziała, że ten model jej się bardzo podoba to ona policzy, 
  • MDF o grubości 3 cm „Pino biała”, zaokrąglone według wzoru „E”. Wzór zaokrągleń "E" wybrał Marek i był on najbardziej obły, ale ja nie mam pewności, czy nie zmienimy tego na bardziej kanciasty, który mnie się osobiście bardziej podoba. Mam nadzieję, że przekonam Marka, że jemu jest wszystko jedno jak będą się zaokrąglać parapety. No bo przecież jest mu wszystko jedno. A mnie nie jest. Ja przecież nie będę mogła spać, gdy zaokrąglenia będą zbyt mocne :) 
Pani spisała z projektu ilości i szerokości okien w naszym domu, włączyła nam wielki telewizor na kanał TVN-24 i wskazała czerwone, skórzane kanapy, po czym zniknęła na zapleczu na 15 minut aby sporządzić wstępne wyceny. Oczywiście zaznaczyliśmy, że chcemy parapety wraz z usługą montażu.
Po chwili pani wróciła z wydrukowanymi koztorysami, z których wynikało że wszystkie parapety - a jest ich 9 sztuk - wraz z montażem, mają kosztować:
  • PCV marmurkowe ok. 808 zł – w tym montaż 9 szt. 190 zł
  • PCV jabłoniowe ok. 650 zł – w tym montaż 9 szt. 190 zł
  • parapety z MDF ok. 1180 zł – w tym montaż 9 szt. 280 zł
W naszym domu potrzebujemy dziewięciu parapetów wewnętrznych, z czego:
  • dwa są dość wąskie (spiżarka i kotłownia – po 60 cm),
  • dwa szerokie (sypialnia i kuchnia – po 150 cm),
  • dwa średnie (pokoje chłopaków – po 120 cm),
  • trzy normalne (łazienka i dwa okna boczne w salonie – po 90 cm).
Do okien balkonowych parapety wewnętrzne nie są potrzebne.

Aha, zapomniałam dodać, że na cenę parapetów wpływa także ich głębokość – u nas przyjęliśmy 25 cm, na razie na oko, bo nie wiemy, ile dokładnie mierzą nasze wnęki okienne. Pani powiedziała nam, że parapet nie powinien wystawać poza lico ściany na więcej niż 5 cm, więc zbyt głęboki też być nie powinien.

Pani zaznaczyła, że wycena ma jedynie orientacyjny charakter i że cena może się zmienić w zależności od zakresu usługi montażu – ale zakres ten oceni na miejscu fachowiec-monter, który tak czy siak, zanim zamówimy parapety, musi pojechać na budowę aby wykonać konkretne obmiary.
- Wie pani, nie da się zamówić „na oko”, bo potem przy montażu może się okazać, że coś jest za grube albo za wąskie. Takie rzeczy ustala się na miejscu. Obróbki okien wyglądają bardzo różnie, okna mogą być tej samej szerokości, a wnęki potrafią się znacznie różnić. Dlatego obmiary są konieczne.

Ok. Jasne. Umówiliśmy termin i godzinę obmiarów i podczas wizyty pana montera podejmiemy ostateczną decyzję, które parapety weźmiemy. Pani nam sugerowała, aby np. w kotłowni i spiżarni oraz w pokojach dzieci wybrać opcję najtańszą, a tylko w salonie zrobić sobie full-wypas. My jednak raczej jesteśmy zdecydowani na jednakowe parapety z MDF we wszystkich pomieszczeniach, bo parapety mają ogromny wpływ na wygląd pomieszczeń i po prostu muszą być piękne!
Zaoszczędzenie kilku stów nie ma w tym przypadku sensu, bo na wybrane teraz parapety będę spoglądać pewnie już do końca życia.

Po obmiarach firma wykona parapety, dopasowując ich rozmiary do indywidulanego zamówienia, i zanim dojdzie do montażu muszą upłynąć co najmniej dwa tygodnie.

Parapety z MDF wychodzą po ok. 100 zł za sztukę (bez montażu). Tak jak się spodziewałam, są tańsze od parapetów drewnianych i wizualnie – według mnie – ładniejsze.
Więc decyzja podjęta :) Uff, kolejna ulga.





Po czasie powiem, że jeżeli parapety z MDF są dobrze wykonane, czyli prawidłowo zalaminowane, to sprawują się świetnie.
Jak to sprawdzić?
Otóż okleina nie może odstawać na żadnym rancie, musi być mocno przyklejona i zabezpieczać płytę przed wodą i wilgocią. Musi stanowić przylegającą z każdej strony wodoodporną powłokę.
W naszym domu jeden z parapetów, kuchenny, był leciutko uszkodzony. Nie wiem, czy taki przyjechał z fabryki, czy też uszkodził go pan monter podczas osadzania, kiedy szarpał się z materią, stukał w parapet usiłując wbić go we właściwe miejsce, a potem machał wokół niego i jeździł po rancie ostrą szpachelką.
Uszkodzenie polegało na odklejeniu się okleiny na przednim, dolnym rancie. Na długości 1 cm okleina minimalnie odstawała od płyty. Gdy się ją przypłaszczyło palcem – nie było śladu, więc postanowiłam ją dokleić. Kupiłam klej i przy pomocy igły krawieckiej usiłowałam wcisnąć kropelkę kleju między płytę a laminat uważając, by nie zabrudzić okleiny. Jednak kleju mieściło się w tę maleńką szczelinkę tak mało, że nie chciało się to skleić, mimo przytrzymywania palcem posmarowanych powierzchni dość długi czas. Za każdym razem po odłożeniu palca sztywna okleina odchodziła od płyty.

Strasznie mnie to wkurzało, ale kiedy okazało się, że ta walka nie ma sensu, bo pod oknem staną szafki kuchenne i dolna krawędź parapetu znajdzie się poniżej blatu, a więc będzie kompletnie niewidoczna, postanowiłam jedynie zabezpieczyć tę malutką szparkę przed wilgocią. Najpierw zaszpachlowałam ją, nakładając na palec niewielką grudkę białej szpachli do drewna, a gdy szpachla wyschła zamalowałam ją od spodu białym lakierem do paznokci. Wyszło bardzo dobrze, w zasadzie naprawiane miejsce było niewidoczne, chyba że ktoś wiedział, jak ja, gdzie szukać. Ale parapet sprawuje się świetnie do dziś.

Później jakiś fachowiec podpowiedział, że okleinę można przykleić za pomocą żelazka. Podobno jest ona kładziona na gorąco i ma od spodu warstwę kleju. Należy zabezpieczyć "chore" miejsce bawełnianą ściereczką i przyłożyć do niego rozgrzane żelazko. Podobnie jak przykleja się taśmy wykończeniowe do płyt meblowych.
Tego sposobu nie sprawdzałam, więc nie mogę go polecić na 100%. Zwłaszcza, że znam przypadek zniszczenia żelazkiem okleiny na froncie kuchennym. Gdy po kilku latach użytkowania mebli okleina w środkowej części drzwiczek odkleiła się (przy dotykaniu wyczuwało się przestrzeń powietrzną między płytą a okleiną), znajoma postanowiła naprawić to żelazkiem. Niestety, efekt był przeciwny do zamierzonego, bo okleina wypaczyła się od gorąca. Nie dość, że wybrzuszenie pozostało, to stało się jeszcze bardziej widoczne. Powierzchnia laminatu zrobiła się pofałdowana, jakby za duża. I teraz szafka wygląda naprawdę słabo. Więc z żelazkiem radzę uważać i najpierw sprawdzić jego działanie na okleinę w niewidocznym miejscu.

Inne parapety nie miały na szczęście żadnych defektów. Moja rada jest taka, aby przy zakupie parapetów laminowanych obejrzeć każdy z nich bardzo dokładnie, dookoła, i sprawdzić, czy okleina mocno siedzi z każdej strony. Ja tego niestety nie zrobiłam.

Gdybym miała wybierać jeszcze raz, również zdecydowałabym się na parapety laminowane z MDF. Wyglądają jak drewniane – a nie są. Nawet nasz kierownik budowy dał się nabrać. Gdy podszedł do okna, pogłaskał "słoje", powiedział że fajne i że też lubi drewniane parapety :)
Parapetów drewnianych w ogóle nie rozważaliśmy, bo wymagają one konserwacji, czyli malowania, podobno lubią się rozsychać i wypaczać. Obsługowość parapetów mnie nie interesuje. Niech je założą i niech nic nie trzeba będzie przy nich robić.
Laminat na MDF jest gruby, odporny na zarysowania, można go szorować (ja często używam cifu), nie odbarwia się. Nasze parapety są ciepłe i eleganckie – jestem z nich bardzo zadowolona. A o samym montażu napiszę w kolejnych postach.