Dom

Dom
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zaślepki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zaślepki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 września 2017

99. Jabłoń, marmurek czy pino? - kilka słów o parapetach wewnętrznych

2015-05-04

Zdecydowaliśmy, że zanim rozpoczniemy malowanie ścian, konieczne jest zamontowanie parapetów wewnętrznych.

Z informacji wyszukanych na forach internetowych nie wynika jednoznacznie, na jakim etapie wykańczania domu należy dokonać montażu parapetów. Przed tynkami czy po tynkach? Przed malowaniem, czy po nim? Każdy robi sobie tak, jak mu wygodnie. Chodzi tylko o to, aby efekt końcowy był perfekcyjny, a więc aby należycie obrobić tynk w miejscach montażu parapetów we wnękach okiennych i aby malowanie tych miejsc nie odznaczało się na tle pozostałej części ścian.

Czyli wychodzi mi, że najlepiej jest zrobić parapety po tynkach, a przed malowaniem. Tym bardziej, że tynkowanie mogłoby je uszkodzić, a już z całą pewnością mocno zabrudzić. Poza tym panowie tynkarze raczej niechętnie zapatrują się na docelowe obrabianie parapetów bo twierdzą, że osadzanie i obróbka parapetów to całkiem inna usługa, która nie wchodzi w zakres tynkowania. Uważam też, że warto montować parapety przed malowaniem, aby później pomalować całość jednakową ilością warstw farby, nie uszkadzać pomalowanych już ścian i nie musieć domalowywać żadnych placków po szpachlowaniu. No i od razu będzie gotowy efekt.

Najpierw, dla orientacji, rozglądaliśmy się za parapetami w marketach budowlanych. Jednak na niewiele się to zdało, bo aby oszacować ceny parapetów, choćby w przybliżeniu, należałoby najpierw zrobić obmiary i wiedzieć dokładnie, jakie oraz ile parapetów chce się kupić. Nie można sobie tego zrobić wchodząc do sklepu budowlanego „przy okazji” innych zakupów, tym bardziej, że nie za bardzo można tam liczyć na rady sprzedawców.

Pomysł z kupowaniem parapetów w markecie samoobsługowym szybko upadł, ponieważ potrzebujemy usługi kompleksowej, czyli kupna parapetów wraz z ich montażem. Nie mamy czasu, ochoty, a przede wszystkim praktycznego doświadczenia w tynkowaniu wnęk okiennych i wykonywaniu podobnych, precyzyjnych obróbek. Owszem, na upartego można by spędzić pół dnia z You Tubem na wyszukiwaniu i oglądaniu filmików instruktażowych. Ale od samego oglądania nikt jeszcze wprawy w tynkowaniu nie nabrał, więc gwarancji, że wyjdzie nam to perfekcyjnie, nie ma żadnej. Powiem więcej, jesteśmy przekonani, że spieprzylibyśmy tę robotę koncertowo, bo tynkowanie jednak zasadniczo różni się od zrobienia rozliczenia podatkowego albo od zmiksowania piosenki. Musimy to po prostu zlecić.

Chwyciłam więc za telefon i zadzwoniłam do firmy, od której kupowaliśmy okna. Skoro okna mieli w najlepszej cenie, to istnieje prawdopodobieństwo, że i parapety nas nie zrujnują. Wiem od znajomych, ile kosztują parapety drewniane, malowane na biało, z zaokrąglonymi rantami – ok. 200 zł za sztukę za sam parapet, bez usługi montażu. Mamy więc punkt odniesienia, jakiego rzędu ceny możemy się spodziewać.

Przez telefon ustaliłam, że nasza firma od okien posiada w ofercie handlowej parapety, zarówno wewnętrzne, jak i zewnętrzne. Zapraszają więc do nowej siedziby. Trzeba przyjść, popatrzeć, dotknąć i wybrać wariant, który będzie nam najlepiej odpowiadał.
Chwyciłam projekt budowlany pod pachę (jest w nim zestawienie wszystkich okien z wymiarami) i ruszyliśmy w drogę.

Firma posiadała w ofercie trzy rodzaje parapetów:
  • komorowe PCV – czyli parapety plastikowe – mówi się o nich komorowe, bo z wierzchu parapet wygląda jak jednolita płyta, a gdy zajrzy się pod spód albo z przekroju okazuje się, że są tam szczeliny, właśnie komory, które usztywniają cienki w sumie plastik, parapety te mają pod spodem jakby harmonijkę, która pozornie robi grubość i usztywnia plastik;
  • MDF – czyli parapety wykonane z laminowanych płyt MDF,
  • kamienne – czyli ze szlifowanego kamienia.
Parapety z kamienia i z MDF są w porównywalnych cenach, natomiast parapety komorowe z PCV są około dwukrotnie od nich tańsze.


Parapety kamienne od razu skreśliliśmy. Po pierwsze są zimne, a po drugie zbyt mocno kojarzą nam się z płytami nagrobkowymi. Chociaż były one dostępne w różnych kolorach i odcieniach, od brązu, przez beż, po biały marmurek, to żaden wzór nie przypadł nam do gustu. Kamyki zatopione w wyszlifowanej tafli nie będą pasować do naszego domu.

Parapety komorowe PCV, chociaż są tanie i występują w przeróżnych kolorach oraz deseniach, od matowych do połysku oraz od gładkich do marmurkowych, to mają tę wadę, że nie podoba mi się ich wykończenie. Mianowicie na boczne krawędzie parapetów komorowych zakłada się plastikowe nakładki (niektórzy mówią na to zaślepki, boczki albo noski). Boczki dopasowane są kształtem do przekroju/wygięcia parapetu. I nakładki te niestety – moim zdaniem – bardzo szpecą parapet. Nie dość, że od razu mamy szczelinę do gromadzenia się w niej kurzu, co utrudnia mycie takiego parapetu, to jeszcze jest duże prawdopodobieństwo, że te plastikowe nakładki się połamią. No dobra, może przesadzam, większa część boczków zostanie wpuszczona w ścianę i będzie zatynkowana, ale i tak wydaje mi się, że nie jest to rozwiązanie solidne - choć mogę się mylić. Ale najważniejsze jest dla mnie to, że te boczki mi się nie zwyczajnie nie podobają. No i nie wyobrażam sobie np. mycia okien bez możliwości wejścia stopami na parapet. Zawsze tak myję okna a obawiam się, że parapet komorowy z PCV mógłby nie wytrzymać tej ciężkiej próby i rozkruszyć się przed pierwszymi świętami.



Wreszcie czas na parapety z MDF. Te, które nam się spodobały wyglądają jak imitacja drewna, niczym lakierowana na matowo deska, z widocznymi sękami i bruzdami. Płyta MDF jest dookoła zalaminowana grubą okleiną, na której wytłoczone są te drewniane desenie. Pani sprzedawczyni przekonywała, że są one trwałe, łatwe w utrzymaniu czystości, no i - co sami widzieliśmy – bardzo ładne.


Cena parapetów MDF zależy od ich grubości. Można kupić parapet o grubości 1 cm, a można o grubości 3 cm – i ten wygląda już całkiem na bogato. Górna krawędź parapetu, a także przednie ranty (narożniki) są elegancko zaokrąglone, a cała bryła "deski" jest szczelnie fabrycznie zalaminowana, zarówno na powierzchni użytkowej (tej widocznej i ozdobnej), po bokach, jak i od spodu - dookoła. Firma oferowała trzy różne warianty zaokrągleń i obłości parapetów – można wybrać parapety bardziej albo mniej kanciaste, co komu pasuje. Każdy z rodzajów zaokrągleń był oznaczony inną literą i nie miał wpływu na cenę.

Parapety z MDF mają ogromną gamę kolorów i faktur. Tylko trzy z nich były wystawione na stojaku z ekspozycją, ale pani posiadała próbnik wielu oklein, więc bez problemu można było wybrać wymarzony kolor i fakturę.
My wybraliśmy parapet biały, z niewielkimi przetarciami, żłobieniami i słojami imitującymi drewno. Troszkę się martwiłam, czy aby w te a-la drewniane zakamarki nie będzie właził bród i czy parapety będą łatwe w sprzątaniu, ale pani zapewniła mnie, że jak najbardziej, i że na tych imitacjach drewna, porowatych, o wiele łatwiej utrzymać czystość niż na gładkich powierzchniach plastikowych, które mają połysk i eksponują wszelkie zanieczyszczenia i zatłuszczenia, odbijając nawet odciski palców.

Pani zaproponowała, żebyśmy wybrali kolory, które nam się podobają oraz określili grubość parapetów z MDF, to ona szybko przygotuje wstępną wycenę. Rozważaliśmy więc trzy rodzaje:
  • komorowe PCV „Biała jabłoń” – całkiem ładne, nowy wzór, pani bardzo zachwalała, że prezentują się naprawdę elegancko,
  • komorowe PCV „Biały marmurek” – całkiem brzydkie, nie wiem po co to poszło do wyceny, ale pani powiedziała, że ten model jej się bardzo podoba to ona policzy, 
  • MDF o grubości 3 cm „Pino biała”, zaokrąglone według wzoru „E”. Wzór zaokrągleń "E" wybrał Marek i był on najbardziej obły, ale ja nie mam pewności, czy nie zmienimy tego na bardziej kanciasty, który mnie się osobiście bardziej podoba. Mam nadzieję, że przekonam Marka, że jemu jest wszystko jedno jak będą się zaokrąglać parapety. No bo przecież jest mu wszystko jedno. A mnie nie jest. Ja przecież nie będę mogła spać, gdy zaokrąglenia będą zbyt mocne :) 
Pani spisała z projektu ilości i szerokości okien w naszym domu, włączyła nam wielki telewizor na kanał TVN-24 i wskazała czerwone, skórzane kanapy, po czym zniknęła na zapleczu na 15 minut aby sporządzić wstępne wyceny. Oczywiście zaznaczyliśmy, że chcemy parapety wraz z usługą montażu.
Po chwili pani wróciła z wydrukowanymi koztorysami, z których wynikało że wszystkie parapety - a jest ich 9 sztuk - wraz z montażem, mają kosztować:
  • PCV marmurkowe ok. 808 zł – w tym montaż 9 szt. 190 zł
  • PCV jabłoniowe ok. 650 zł – w tym montaż 9 szt. 190 zł
  • parapety z MDF ok. 1180 zł – w tym montaż 9 szt. 280 zł
W naszym domu potrzebujemy dziewięciu parapetów wewnętrznych, z czego:
  • dwa są dość wąskie (spiżarka i kotłownia – po 60 cm),
  • dwa szerokie (sypialnia i kuchnia – po 150 cm),
  • dwa średnie (pokoje chłopaków – po 120 cm),
  • trzy normalne (łazienka i dwa okna boczne w salonie – po 90 cm).
Do okien balkonowych parapety wewnętrzne nie są potrzebne.

Aha, zapomniałam dodać, że na cenę parapetów wpływa także ich głębokość – u nas przyjęliśmy 25 cm, na razie na oko, bo nie wiemy, ile dokładnie mierzą nasze wnęki okienne. Pani powiedziała nam, że parapet nie powinien wystawać poza lico ściany na więcej niż 5 cm, więc zbyt głęboki też być nie powinien.

Pani zaznaczyła, że wycena ma jedynie orientacyjny charakter i że cena może się zmienić w zależności od zakresu usługi montażu – ale zakres ten oceni na miejscu fachowiec-monter, który tak czy siak, zanim zamówimy parapety, musi pojechać na budowę aby wykonać konkretne obmiary.
- Wie pani, nie da się zamówić „na oko”, bo potem przy montażu może się okazać, że coś jest za grube albo za wąskie. Takie rzeczy ustala się na miejscu. Obróbki okien wyglądają bardzo różnie, okna mogą być tej samej szerokości, a wnęki potrafią się znacznie różnić. Dlatego obmiary są konieczne.

Ok. Jasne. Umówiliśmy termin i godzinę obmiarów i podczas wizyty pana montera podejmiemy ostateczną decyzję, które parapety weźmiemy. Pani nam sugerowała, aby np. w kotłowni i spiżarni oraz w pokojach dzieci wybrać opcję najtańszą, a tylko w salonie zrobić sobie full-wypas. My jednak raczej jesteśmy zdecydowani na jednakowe parapety z MDF we wszystkich pomieszczeniach, bo parapety mają ogromny wpływ na wygląd pomieszczeń i po prostu muszą być piękne!
Zaoszczędzenie kilku stów nie ma w tym przypadku sensu, bo na wybrane teraz parapety będę spoglądać pewnie już do końca życia.

Po obmiarach firma wykona parapety, dopasowując ich rozmiary do indywidulanego zamówienia, i zanim dojdzie do montażu muszą upłynąć co najmniej dwa tygodnie.

Parapety z MDF wychodzą po ok. 100 zł za sztukę (bez montażu). Tak jak się spodziewałam, są tańsze od parapetów drewnianych i wizualnie – według mnie – ładniejsze.
Więc decyzja podjęta :) Uff, kolejna ulga.





Po czasie powiem, że jeżeli parapety z MDF są dobrze wykonane, czyli prawidłowo zalaminowane, to sprawują się świetnie.
Jak to sprawdzić?
Otóż okleina nie może odstawać na żadnym rancie, musi być mocno przyklejona i zabezpieczać płytę przed wodą i wilgocią. Musi stanowić przylegającą z każdej strony wodoodporną powłokę.
W naszym domu jeden z parapetów, kuchenny, był leciutko uszkodzony. Nie wiem, czy taki przyjechał z fabryki, czy też uszkodził go pan monter podczas osadzania, kiedy szarpał się z materią, stukał w parapet usiłując wbić go we właściwe miejsce, a potem machał wokół niego i jeździł po rancie ostrą szpachelką.
Uszkodzenie polegało na odklejeniu się okleiny na przednim, dolnym rancie. Na długości 1 cm okleina minimalnie odstawała od płyty. Gdy się ją przypłaszczyło palcem – nie było śladu, więc postanowiłam ją dokleić. Kupiłam klej i przy pomocy igły krawieckiej usiłowałam wcisnąć kropelkę kleju między płytę a laminat uważając, by nie zabrudzić okleiny. Jednak kleju mieściło się w tę maleńką szczelinkę tak mało, że nie chciało się to skleić, mimo przytrzymywania palcem posmarowanych powierzchni dość długi czas. Za każdym razem po odłożeniu palca sztywna okleina odchodziła od płyty.

Strasznie mnie to wkurzało, ale kiedy okazało się, że ta walka nie ma sensu, bo pod oknem staną szafki kuchenne i dolna krawędź parapetu znajdzie się poniżej blatu, a więc będzie kompletnie niewidoczna, postanowiłam jedynie zabezpieczyć tę malutką szparkę przed wilgocią. Najpierw zaszpachlowałam ją, nakładając na palec niewielką grudkę białej szpachli do drewna, a gdy szpachla wyschła zamalowałam ją od spodu białym lakierem do paznokci. Wyszło bardzo dobrze, w zasadzie naprawiane miejsce było niewidoczne, chyba że ktoś wiedział, jak ja, gdzie szukać. Ale parapet sprawuje się świetnie do dziś.

Później jakiś fachowiec podpowiedział, że okleinę można przykleić za pomocą żelazka. Podobno jest ona kładziona na gorąco i ma od spodu warstwę kleju. Należy zabezpieczyć "chore" miejsce bawełnianą ściereczką i przyłożyć do niego rozgrzane żelazko. Podobnie jak przykleja się taśmy wykończeniowe do płyt meblowych.
Tego sposobu nie sprawdzałam, więc nie mogę go polecić na 100%. Zwłaszcza, że znam przypadek zniszczenia żelazkiem okleiny na froncie kuchennym. Gdy po kilku latach użytkowania mebli okleina w środkowej części drzwiczek odkleiła się (przy dotykaniu wyczuwało się przestrzeń powietrzną między płytą a okleiną), znajoma postanowiła naprawić to żelazkiem. Niestety, efekt był przeciwny do zamierzonego, bo okleina wypaczyła się od gorąca. Nie dość, że wybrzuszenie pozostało, to stało się jeszcze bardziej widoczne. Powierzchnia laminatu zrobiła się pofałdowana, jakby za duża. I teraz szafka wygląda naprawdę słabo. Więc z żelazkiem radzę uważać i najpierw sprawdzić jego działanie na okleinę w niewidocznym miejscu.

Inne parapety nie miały na szczęście żadnych defektów. Moja rada jest taka, aby przy zakupie parapetów laminowanych obejrzeć każdy z nich bardzo dokładnie, dookoła, i sprawdzić, czy okleina mocno siedzi z każdej strony. Ja tego niestety nie zrobiłam.

Gdybym miała wybierać jeszcze raz, również zdecydowałabym się na parapety laminowane z MDF. Wyglądają jak drewniane – a nie są. Nawet nasz kierownik budowy dał się nabrać. Gdy podszedł do okna, pogłaskał "słoje", powiedział że fajne i że też lubi drewniane parapety :)
Parapetów drewnianych w ogóle nie rozważaliśmy, bo wymagają one konserwacji, czyli malowania, podobno lubią się rozsychać i wypaczać. Obsługowość parapetów mnie nie interesuje. Niech je założą i niech nic nie trzeba będzie przy nich robić.
Laminat na MDF jest gruby, odporny na zarysowania, można go szorować (ja często używam cifu), nie odbarwia się. Nasze parapety są ciepłe i eleganckie – jestem z nich bardzo zadowolona. A o samym montażu napiszę w kolejnych postach.

czwartek, 10 sierpnia 2017

92. Tynki prawie start i pierwszeństwo tynków przed wylewkami

2015-03

Dziś na naszą budowę sprowadziła się ekipa tynkarzy. Przyjechali chwilę przed umówioną godziną, samochodem osobowym z przyczepką, w której spakowany mieli sprzęt i narzędzia.
Zanim się zjawiłam dostrzegł ich sąsiad Wojtek, który po telefonicznej konsultacji z Markiem otworzył im bramę (Wojtek ma klucz od kłódki).

Panowie wjechali na działkę tyłem, podjeżdżając przyczepką jak najbliżej drzwi. Gdy się zjawiłam zaczęli wnosić do salonu mnóstwo klamotów: jakieś węże, drabiny, skrzynki, listwy, deski. No i wreszcie najważniejszą rzecz – maszynę do wyrabiania i natryskiwania tynku. 






Maszyna jest bardzo ciężka, waży ponad 300 kilo. Panowie we trzech z trudem znieśli ją z przyczepki, aby następnie przenieść ją przez drzwi tak, by nie uszkodzić futryn i progu. Na szczęście po równej wylewce maszynę dało się toczyć, bo miała kółka.

Maszyna tynkarska rozmontowana była na dwa elementy, z których jeden, mniejszy, przypominał młot pneumatyczny albo świder, a drugi większy to jakby jednostka centralna, wielki kloc, który nie kojarzy mi się absolutnie z niczym.





Panowie tynkarze po pierwszym spotkaniu zrobili na mnie bardzo miłe wrażenie. Obaj po pięćdziesiątce, wyglądali na ludzi statecznych i rozsądnych. Ich siwe włosy wskazywały na duże doświadczenie, i nie wyglądali na leserów czy pijaczków. Jakieś takie zaufanie wzbudzili we mnie. Ogólnie sympatyczni jak wujaszkowie.

Po wniesieniu gratów dokładnie obejrzeli wszystkie pomieszczenia, które przyjdzie im tynkować. Naradzali się w sprawie sposobu zaklejenia szczelin między ściankami działowymi a stropem. Na propozycję szefa Leszka, żeby napuścić w szczelinę tynk z agregatu, obaj się skrzywili i stwierdzili, że to nie jest dobre rozwiązanie, bo będzie pękać. Stanęło na tym, że najlepiej będzie szczeliny zapianować.
Pan Leszek ma wątpliwość, czy aby pianka nie jest zbyt miękka i czy to nie spowoduje pęknięć tym bardziej, ale panowie orzekli, że jeśli da się pianę mocną, „tą różową”, to nic nie popęka. Tak się podobno robi na wszystkich budowach deweloperskich, bo pianowanie jest szybsze i łatwiejsze niż wciskanie w szczeliny zaprawy. I podobno się sprawdza.
Cóż, ja się na tym nie znam, deweloperom nie ufam ale chyba tynkarzom zależy na tym, żeby nie było reklamacji z powodu pękania tynku i nie mają interesu, by doradzać źle – chyba że wolą mieć łatwiej. Cóż, zobaczymy.

Gdy w czasie rozmowy wyszło, że nie zamierzamy pokrywać tynków gładzią gipsową, a jedynie pomalować goły tynk, panowie nieco się zatroskali i spytali, czy jesteśmy pewni tej decyzji:
- Żeby pani nie była rozczarowana, bo tynk cementowo-wapienny nie uzyskuje takiej gładkiej struktury jak gips. Jakieś ziarno zawsze zostaje, wychodzi taki mały baranek. Ściany będą proste, ale trochę porowate. Nie da się ukryć, że gładź byłaby ładniejsza, bardziej elegancka – tłumaczyli.

Ja wiem, że może i gładź ładniejsza, ale nie chcemy gładzi z trzech powodów.
Po pierwsze z powodów finansowych – uważamy to za zbędny wydatek.
Po drugie, i to chyb powód ważniejszy, ze względu na złe właściwości akustyczne pomieszczeń z gładzią gipsową na ścianach. W pomieszczeniach takich dźwięki w ogóle nie są wytłumiane ani pochłaniane, tylko odbijają się od ściany do ściany i pomieszczenie staje się akustycznie irytujące. Dla mojego męża-dźwiękowca to sytuacja nie do zniesienia, a twierdzi, że wręcz bolesna, bo od hulających fal dźwiękowych piszczy mu w uszach. Marek najchętniej wyłożyłby ściany dywanami, ale chybacoś w tym jest. Bo zauważcie, że w pomieszczeniach z gładziami wszyscy się przekrzykują, dźwięki z telewizora się rozmydlają i aby cokolwiek wysłyszeć i zrozumieć trzeba podgłaszać odbiornik. Nie ma tego pluszowego, stłumionego dźwięku właściwego dla sal kinowych czy teatru, ale jest echo, jak w wyłożonej płytkami dużej łazience. Czyli akustycznie w pomieszczeniach takich jest naprawdę nieprzyjemnie.
I wreszcie po trzecie - gładzenie gładzi powoduje taki niesamowity pył i bałagan, że nie chcę tego przeżywać.
- Tak, trochę racji pani ma. A wszystkiemu jest winien nie tyle sam gips, co gruntowanie, czyli warstwa gruntu kładziona na ściany przed gipsowaniem. To ten grunt tworzy taką bardzo twardą i idealnie gładką powierzchnię, jakby blaszkę, która odbija wszystkie dźwięki – tłumaczyli tynkarze.
- No właśnie, możliwe. W każdym razie wolimy mieć porowatą ścianę niż wieczny hałas.

W tym miejscu głos zabrał pan Leszek-szef i poradził, że aby zniwelować nieco chropowatość tynku cementowego, trzeba go odpowiednio pomalować. Mianowicie należy zrobić trzy, a nie dwie warstwy farby docelowej, przy czym pierwsze dwie ze zwykłej, najtańszej farby emulsyjnej. Stwierdził, że te drogie, profesjonalne, współczesne farby wprawdzie bardzo ładnie kryją kolorem, ale jednocześnie idealnie odwzorowują malowaną powierzchnię, bo nie mają w sobie żadnych wypełniaczy, nie dają struktury. Jest to uzasadnione obecnymi standardami, gdzie 99% malowanych powierzchni to idealnie wyszlifowana gładź gipsowa. Zwykła natomiast farba emulsyjna jest bardziej gęsta i przy dwóch warstwach jest w stanie sama sobą znacznie wygładzić malowaną powierzchnię.
Doradził też, aby ewentualnie zapytać w sklepie malarskim o wypełniacze do farb. Wypełniacze robione są na bazie zmielonych na pył trocin albo na bazie specjalnego miałkiego piasku. Dosypuje się go do farb i doskonale poprawiają strukturę ścian.

Dostałam też poradę, aby do malowania sufitów użyć bardzo gładkiego wałka, praktycznie bez włosków:
- Bo sufity będzie pani miała idealnie gładkie, gipsowe. I jak nałoży pani farbę porowatym wałkiem, to zniszczy pani sobie tą gładź gipsu. Na ścianach natomiast odwrotnie. Ściany porowate wymagają porowatego wałka, z włoskami, to wtedy baranek farby najdzie na baranek tynku i całość będzie równiejsza, ładniejsza – tłumaczył.

Po czasie powiem, że żadnych zagęstników ani farb emulsyjnych nie używaliśmy, bo baranek - czyli to ziarno tynku cementowo-wapiennego, bardzo nam odpowiadał. I nie potwierdzam zdania pana Leszka, że wszystkie dobre farby współczesne są rzadkie – wprost przeciwnie, wybrane przez nas farby ceramiczne Magnat są gęste jak gęsta śmietana. Ale o szczegółach później.

Dowiedziałam się jeszcze, że puszki prądowe, te przy suficie, w których znajdują się rozgałęzienia instalaji, należy zabezpieczyć deklami (są one sprzedawane w kompletach wraz z puszkami).



Natomiast puszki pod gniazdka i włączniki, nie mające dekli, warto zabezpieczyć na czas tynkowania specjalnie do tego celu przewidzianymi zaślepkami z wąsami. Zaślepki takie po tynkowaniu demontuje się, czyli delikatnie opukuje i wyłuskuje ze ściany, i po prostu wyrzuca.
Zaślepki zabezpieczające są w kolorze pomarańczowym, kosztują grosze a okazują się bardzo przydatne, bo doskonale zabezpieczają kable i wnętrze puszki przed zabrudzeniem tynkiem i kurzem. Łatwiej odkuć zaślepkę i mieć pod nią czystą puszkę i czyste kable, niż odkuwać z kabelków natryśnięty do wnętrza puszki tynk, tym bardziej, że łatwo wtedy uszkodzić sam kabel i spowodować spękanie tynku wokół.
Wąsy od zaślepki, po zatynkowaniu, będą wystawać ze ściany, co pozwoli bez trudu zlokalizować, gdzie jest gniazdko czy też włącznik światła. Świetny wynalazek te zaślepki.





No to przechodzimy do czynności przygotowawczych przed tynkowaniem.

Po pierwsze, trzeba przygotować wszystkie puszki elektryczne: każdą nieco wysunąć z otworu w ścianie tak, aby wystawała poza płaszczyznę muru, dokładnie na grubość przyszłego tynku. Po zatynkowaniu puszka ma się kończyć, albo raczej zaczynać, na równi z tynkiem. Fachowo to się mówi, że trzeba zlicować puszki z tynkiem. Będą panowie mieli z tym trochę zabawy, bo gniazdek i włączników w domu jest kilkadziesiąt, a może i sto.

Po drugie, trzeba zabezpieczyć przed zabrudzeniem tynkiem wszystkie okna, drzwi wejściowe, skrzynkę prądową z bezpiecznikami w kotłowni, rozdzielnie centralnego ogrzewania (są dwie – na górze i na dole), a także stelaże od wc. Wszystkie te elementy panowie starannie i długo oklejali folią przy pomocy taśm.
Osobiście bardzo nie lubię oklejania, o czym miałam okazję przekonać się przy malowaniu, ale panowie wykazali się w tych czynnościach dużą wprawą.



Wśród przyniesionych przez panów klamotów zauważyłam zeskładowane na podłodze w salonie i na zewnątrz domu aluminiowe listwy narożnikowe, ażurowe bo bokach i pełne na grzbiecie. Mają one zagwarantować mocne i idealnie proste kanty ścian.





Gdy pan Leszek dowiedział się że w naszym domu jest ogrzewanie podłogowe, na chwilę się przeraził. Ulżyło mu mocno gdy ustaliliśmy, że podłogówka jest tylko w dwóch malutkich pomieszczeniach, czyli w pierwszym przedpokoju i w łazience. W pozostałych pomieszczeniach przewidziane są zwyczajne kaloryfery.

Z czego wynikało to przerażenie? Już tłumaczę.
Otóż gdy na całej powierzchni domu robi się ogrzewanie podłogowe, wylewki należy wykonywać po tynkach. Nigdy przed. Chodzi o to, że podgrzewana podłoga na skutek zmian temperatury podlega znacznym naprężeniom, kurczy się i rozszerza, ciągle pracując. Aby te zmiany objętości wylewki podłogowej nie napierały na ściany boczne przy rozszerzaniu, dookoła pomieszczeń kładzie się piankowe listwy dylatacyjne. Tworzy się dzięki temu zapas, miejsce dla rozszerzającej się posadzki. Pozostawia się także szczeliny dylatacyjne przecinające wylewki wewnątrz pomieszczeń.
I chodzi o to, aby w chwili robienia wylewek tynki na ścianach były już skończone. Wtedy szczeliny dylatacyjne znajdują się między tynkiem a wylewką i nawet gdy wylewka się rozszerzy, to nie naruszy tynku, bo ten jest oddalony od wylewki o szczelinę dylatacyjną.
Gdy natomiast najpierw zrobimy wylewkę, to tynk jakby na niej stał, jest na niej „stawiany”, opiera się o nią od spodu, ponieważ nie da się postawić tynku w powietrzu, na czymś od dołu musi się podpierać. I teraz, gdy wylewka zacznie się rozszerzać, to stojący na niej tynk dostaje naprężeń i również się przesuwa. A jeszcze gorzej jest, gdy wylewka się kurczy – wtedy pociąga z sobą do środka pomieszczenia stojący na niej tynk, jakby odklejając go od pustaków. W konsekwencji tynk pęka, na dole ścian powstają buły, spękania i tynk jest zniszczony.

Pan Leszek twierdzi, że siły prężącej się od zmian temperatur wylewki są tak ogromne, że potrafią zniszczyć tynki do wysokości metra nad podłogą. Tak więc gdy zamierza się instalować podłogówkę, to tynki kategorycznie należy wykonać w pierwszej kolejności, aby stanowiły ciało niezależne od wylewek, oddzielone od nich szczeliną dylatacyjną.
Nie wiedziałam o tej wzajemnej zależności tynków i wylewek. Mówiono mi, że kolejność ich wykonania jest obojętna, a wręcz, że lepiej najpierw zrobić wylewki, bo wtedy tynkarze zmuszeni są na bieżąco sprzątać tzw. spady spod ścian, by nie pozostawić na gotowej, gładkiej wylewce żadnych purchli, które na koniec musieliby skuwać i usuwać. Gdy natomiast tynki robi się najpierw, to często przy ścianach poziom „podłogi” podwyższa się niekontrolowanie, co z kolei trzeba potem niwelować i równać wylewkami (albo podkuwać, albo dać grubszą warstwę wylewki, albo prostować poziom docinając gdzie trzeba styropian - a to sporo zachodu).

Na małych powierzchniach (jak nasz przedpokój i łazienka) nie będzie problemu – twierdzi pan Leszek – bo tu naprężenia są minimalne. Ale gdyby tak podłogówka była na płycie w salonie – to mielibyśmy spory kłopot.
Cóż, jak będziemy budować kolejny dom (nie planujemy!) to będziemy o tym pamiętać. A teraz możemy tylko liczyć na to, że tynki w przedpokoju i łazience, mimo błędu w sztuce, nie będą pękać.