Dom

Dom
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sięgacz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sięgacz. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 maja 2018

100. Kanalizacja projekt start!

2018-05-15

Tęskniliście za mną troszkę? No mam nadzieję że tak, bo Wasza sympatia to dla mnie jedyna forma zapłaty za ten blog :)
I nie wierzcie w to, że jak na blogu wyświetlają się reklamy, to bloger zarabia. Te grosiki naliczają się tak wolniutko, że zejdzie jeszcze z pięć lat, zanim uzbiera się kwota powyżej progu do pierwszego, marnego przelewu.

Ale ponieważ "nie samym chlebem ..." - wznawiam publikowanie bloga i oznajmiam, że parapetówka (chyba trzydziesta siódma z kolei) znów się u nas odbyła! Tym razem z powodu uzyskania pozwolenia na użytkowanie! A więc mieszkamy w naszym domu całkiem już legalnie, bez narażania się na sankcje z powodu niedopełnienia formalności w nadzorze budowlanym. Bo jak się okazało wbrew temu, co pisałam wcześniej, jakieś tam grzywny za mieszkanie bez odbioru jednak w przepisach funkcjonują. I wystarczy złośliwy sąsiad-kabel, aby się o tym przekonać.


Zatem do rzeczy!

2015-05

Z kanalizacją jesteśmy w czarnej dupie!

Nasz nowy instalator miał dzwonić. Ale nie zadzwonił. Gdy usiłujemy się z nim skontaktować, to albo nie odbiera telefonów wcale, albo się wymawia, że oddzwoni wieczorem, bo jest na robocie i ma urwanie głowy i nie może gadać. Po czym nie oddzwania. A gdy dziś udało się wreszcie dłużej porozmawiać, to facet zaczął się migać, że chyba jednak będzie z tej Łodzi uciekał:

- Wie pan, ja nie wiem o co tu chodzi, ale takie robią problemy w tym łódzkim ZWiK, że szkoda gadać. Z ostatnim odbiorem przetrzymali mnie 9 dni! Na 9 dni miałem zajęcie pasa drogowego, bo coś im zawsze wypadało i nie pasowało żeby zrobić odbiór. Przekładali kilka razy, jakby specjalnie. A przecież jakie to są koszty! Jak już umówione to powinni być i odbiór zrobić, a oni sobie jaja robią. Jak mi mówili znajomi z branży, że do Łodzi mnie nie wpuszczą, bo tam jest stara klika układów, to nie wierzyłem. Ale teraz widzę, że chyba się nie wygra. Bo kogo na to stać, żeby się z nimi użerać. No nerwy mam wielkie i powiem, że nie wiem, czy będę brał kolejną robotę w Łodzi.

Stanęło na niczym.
Myślałam, że przynajmniej projekt zaczął się robić, a tu niestety. Nic z tych rzeczy.

Nasz hydraulik też kiedyś mówił, że klika kanalizatorów z Łodzi ma układy w ZWiK i że skutecznie zwalczają wszelką konkurencję. On nie chciał się podjąć zrobienia przyłącza zewnętrznego bo stwierdził, że to nie na jego nerwy użeranie się z biurokratycznymi kłodami rzucanymi pod nogi tylko po to, żeby udowodnić, że urzędnik może wszystko.

Hmm, ewidentnie coś jest na rzeczy. Nie wiem co, ale jest, skoro słyszy się o tym z różnych stron.
Może rozwiązaniem jest zrobienie projektu we własnym zakresie (ZWiK nie robi projektów w tym roku bo nie zdążyli z przetargiem!) i zlecenie wykonania przyłącza samemu wszechmogącemu ZWiK-owi?

Zadzwoniłam dziś do pani-projektant od kanalizacji. Telefon do niej wydębiłam od pana instalatora polecanego przez Krzyśka, którego nie zatrudniliśmy z powodu nieprzyzwoicie wysokiej wyceny. Z panią, która przez telefon wydała się bardzo konkretna, umówieni jesteśmy na jutro na spotkanie. Może wreszcie uda się ruszyć z miejsca.

Tymczasem tynki nadal schną. W narożnikach pod sufitem jeszcze widać ciemniejsze miejsca i gdzieniegdzie zacieki, jakby ściana się pociła i jakby spływały po niej krople potu. Ale pogody są coraz cieplejsze, więc schnięcie powinno przyspieszyć. No i zaczęliśmy zostawiać wszystkie okna uchylone, więc w domu panuje przeciąg, który szybciej wysusza ściany. Gdy pewnego dnia spędziliśmy na budowie większość dnia i otworzyliśmy okna na oścież robiąc przewiem na przestrzał, na naszych oczach zacieki suszyły się błyskawicznie. Mam nadzieję, że niedługo zaczniemy malowanie.








Marek zainstalował już prawie wszystkie punkty świetlne na dole. Kupiliśmy oprawki i żarówki ledowe i mamy światło w każdym pomieszczeniu. Włączniki nie są jeszcze przykręcone na gotowo (do malowania i tak trzeba będzie je zdjąć) i lekko odstają od ściany na kablach, których – jak krzyczy Marek – pod żadnym pozorem nie wolno dotykać!, ale światełka można sobie już ostrożnie zapalać i gasić (byle nie dotykać kabli!). Co przejdę to sobie włączę. Bardzo mi się to podoba!



Mamy włączniki podwójne i pojedyncze, mamy nastrojowy półmrok nad łazienką, a każde z czterech świateł w salono-kuchni włącza się osobną klapką na podwójnych włącznikach, które zamontowane są po obydwu stronach drzwi salonowych. I wszystko działa!

Dokupiliśmy też większość gniazdek, które Marek zamierza przykręcać „przy okazji”, „po trochu”, jak będzie miał chwilkę. Na razie „przy okazji” i „po trochu” udało się zamontować jedno gniazdeczko w kotłowni. Na pozostałe muszę poczekać.


Puszki, zakryte na czas tynkowania wąsiastymi dekielkami zniknęły pod warstwą tynku. Tylko wąsiki wystają ze ścian i przed zamontowaniem każdego włącznika albo gniazdka Marek delikatnie wykrusza tynk nad dekielkiem, przy użyciu młotka i śrubokręta. Jest przy tym bardzo ostrożny, aby nie odkuć tynku więcej, niż tylko na obwód puszki. I to się udaje bez problemów.

Niestety, jedna puszka całkiem zniknęła pod tynkiem. Nawet wąsiki nie wystają i nie wiadomo, gdzie odkuwać. Jest to miejsce w małym pokoju na ścianie, na którą tynk był narzucany w podwójnej warstwie. To ta feralna ściana, gdzie przy zalewaniu stropu pękła deska i na górze zrobił się garb. Garb ten pan Jarek skuwał potem, w ramach usuwania usterek, ale okazało się, że i tak zgrubienie pozostało. To z kolei zrodziło konieczność położenia grubszej warstwy tynku na calutkiej powierzchni, aby ściana zyskała pion. No i teraz jak znaleźć zaginioną puszkę? Opukiwanie ściany niczego nie daje. Warstwa tynku jest na tyle gruba, że nie słychać głuchej pustki pod spodem.


Będziemy musieli wymierzyć miejsce puszki na podstawie zdjęć. Przed tynkowaniem zrobiłam zdjęcia wszystkich położonych kabli we wszystkich pomieszczeniach. I teraz po wysokościach i długościach pustaków trzeba będzie wyliczać przybliżoną lokalizację puszki na gniazdko. Jak skujemy w innym miejscu, zrobimy dziurę w ścianie, do załatania. I dlatego zwlekamy z tym trochę, bo nikt z nas nie ma odwagi zdecydować, że „Tu! Tu trzeba kuć. O, w tym dokładnie miejscu”. Ja nie wiem, nie chcę, żeby było na mnie. Niech będzie na Marka :)

Podczas ostatniej wizyty na działce zrywałam wszystkie folie ochronne z okien. Te z zewnątrz zerwaliśmy już dawno, bo jako narażone na bezpośrednie działanie słońca mogły się wtopić w plastik ram, przed czym ostrzegał nas producent. A folie od środka jeszcze czekały, aż będzie po tynkowaniu. Producent okien zaleca, aby taśmy ochronne nie pozostawały na ramach dłużej niż 3 miesiące, więc uznałam, że już najwyższy czas na ich zerwanie. Nawet jeśli ramy nieco się zachlapią przy malowaniu, to farbę – mam nadzieję - łatwo się zmyje. Najważniejszy było odczekać, aby wyszli tynkarze.


Głupie zrywanie folii zajęło mi całkiem sporo czasu, bo do każdego okna musiałam przystawiać drabinę, aby sięgnąć to górnych krawędzi ram. Na szczęście wszystkie taśmy odeszły elegancko i okna wyglądają super. Teraz czas na przykręcenie klamek, które póki co leżą w reklamówce w pawlaczu w starym mieszkaniu. No i czas na założenie plastikowych osłonek na zawiasy (które leżą w reklamówce wraz z klamkami). Obym nie zapomniała ich przywieźć na budowę przy najbliższej wizycie.




2015-05-05

Dziś mieliśmy spotkanie z panią projektantką od przyłącza kanalizacyjnego. Umówiliśmy się z nią telefonicznie na godzinę 11 w biurze projektowym na drugim końcu Łodzi. Wzięłam z sobą projekt budowlany, mapę do celów projektowych i pojechaliśmy pod wskazany adres.

Pani spóźniła się prawie pół godziny. Inna pracownica z biura usadziła nas na krzesełkach, poprosiła o chwilę cierpliwości i telefonicznie ustaliła z szefową, że tamta już jedzie, tylko utknęła w korku. Cóż, w Łodzi to obecnie norma, rozkopane jest ¾ ważnych ulic w mieście (budowa trasy w-z i dworca fabrycznego przy jednoczesnym remoncie wielu innych miejsc daje się wszystkim we znaki i ciśnie na usta mieszkańców brzydkie słowa o lokalnej władzy).

Wreszcie pani dotarła, przywitała się z nami po męsku uściskiem dłoni, wysłuchała naszej historii, uśmiechnęła się kpiąco i powiedziała:
- No tak. Mapa swoje a życie swoje. Niestety, bałagan jak wszędzie.
- Ja się tylko zastanawiam, skąd na mapie wzięła się ta studnia rewizyjna? – spytałam.
- Widocznie została naniesiona przez jakiegoś geodetę w fazie projektu, jako „inwestycja w fazie projektu”. A potem kolejny geodeta nie zauważył, że to tylko projekt i powielił mapę z przyłączem, jakby ono istniało. Niestety często się tak zdarza, że mapy są niewłaściwie odczytywane – wyjaśniła projektantka.

Kobieta zrobiła na nas dobre wrażenie. Zerknęła w mapę i już wszystko było dla niej jasne. Jako jedna z nielicznych dotychczasowych fachowców swobodnie przeglądała projekt budowlany i od razu znajdowała w nim to, czego potrzebowała. Skserowała sobie mapę do celów projektowych (żeby – jak wyjaśniła – nie mazać po oryginale czerwonym cienkopisem).
I zagadnęła:
- Na waszej działce to niestety dość płytko podchodzi woda, więc trzeba się liczyć z wyższymi kosztami przy budowie przyłącza. Jak rozkopią to prawdopodobnie będą musieli uruchomić pompy, a to zżera sporo prądu. Jednak tego nie przeskoczymy. Mam nadzieję, że macie siłę?
- Siłę? No jeszcze trochę mamy, ale słabniemy – odpowiedziałam żartobliwie.
- A to jak każdy, ale mnie chodzi o siłę w prądzie.
- Jeszcze mamy. Mieliśmy właśnie zgłaszać do elektrowni, żeby zmienili bezpiecznik na mniejszy, bo po zakończeniu prac agregatora tynkarskiego siła nam już niepotrzebna, a jednak te kilowaty w taryfie budowlanej czynią cenę.
- No to jeszcze się chwilę wstrzymajcie, poczekajcie aż zrobicie przyłącze, bo siła będzie wam potrzebna do uruchomienia pomp. Bez tego się nie da.
No. I to jest cenna informacja! Tuż po wizycie u pani projektantki miałam zaplanowaną wizytę w elektrowni, która teraz okazała się przedwczesna i póki co zbyteczna.

- No wiem, że woda jest. Na głębokości dwóch metrów chyba. Tam w projekcie jest badanie geologiczne gruntu i to z niego wynika.
- Macie badanie? To super! Zaraz je sobie skseruję - odnalazła je szybko i skserowała wykres z przekrojem gleby.
- Trzeba tak cyrklować z robotami, żeby były w najbardziej suchej porze roku. Czyli najlepiej pod koniec sierpnia. Wtedy jest szansa, że woda opadnie niżej niż zwykle i pompy nie będą musiały non stop zasuwać, co jak już mówiłam kosztuje.

Potem pani odpaliła komputer i przez jakiś czas studiowała mapy kanalizacji w Łodzi oraz przypisane do nich szkice. Wreszcie powiedziała:
- Nie ma sensu, żebym tu państwa teraz trzymała, wszystko trzeba posprawdzać. Sięgnę do archiwum ZWiK to zobaczę, jak ten kanał leci, czy jest sięgacz, w którym dokładnie miejscu. Bo wiecie, jak zabijecie szalunki to nie wolno się pomylić, bo to koszty są, i trzeba dokładnie wiedzieć w którym miejscu kopać.

Na koniec powiedziała, że cena projektu to 600 zł plus 200 zł za uzgodnienia ZUDP.
ZUDP to skrót od Zespół Uzgadniania Dokumentacji Projektowej. Jest to pracochłonna, czasochłonna i kłopotliwa papierologia, którą projektanci załatwiają w Ośrodku Geodezyjnym i na którą wszyscy psioczą, że upierdliwa.

Nasz naczelny architekt pan Piotr wielokrotnie, przy okazji naszego projektu borykał się z trudnościami formalnymi ze strony ZUDP. Chyba wszyscy projektanci nie lubią tego etapu projektowania. W dodatku trzeba za te uzgodnienia płacić, więc nie jest tak, że całe 200 zł za ZUDP to wynagrodzenie dla pani projektantki. Większość z tej kwoty zostanie przeznaczona na opłaty urzędowe.

Nie mam pojęcia, na czym polegają uzgodnienia dokumentacji projektowej i na szczęście nie muszę o tym nic wiedzieć, bo wszelkie formalności załatwi pani projektant. Aby jednak móc to zrobić musi posiadać nasze – czyli inwestorów – pełnomocnictwo. Z grubsza, według informacji znalezionych w Internecie, procedura wygląda następująco:

"Jak uzgodnić projekt techniczny w Łodzi?

Należy wypełnić wniosek: Zlecenie uzgodnienia projektu technicznego
Do zlecenia należy dołączyć:
  • Projekt usytuowania sieci uzbrojenia terenu na mapie zasadniczej do celów projektowych z klauzulami przyjęcia jej do państwowego zasobu geodezyjnego i kartograficznego - 3 egzemplarze. W przypadku sporządzenia projektu na komputerowym nośniku informacji do wniosku dołącza się wydruk projektu i mapy. 
  • Dane numeryczne opisujące przebieg uzgadnianego projektu ( współrzędne geodezyjne X, Y w pliku *txt – wersja elektroniczna i wydruk) 
  • Decyzja o ustaleniu lokalizacji inwestycji celu publicznego (dotyczy sieci nie będących przyłączami) albo decyzja o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu wraz z załącznikiem graficznym lub wypis i wyrys z miejscowego planu zagospodarowania terenu. 
  • Warunki techniczne podłączenia obiektu do istniejącej sieci uzbrojenia terenu, uzyskane od jednostek zarządzających tymi sieciami . 
  • Upoważnienie Inwestora do występowania w jego imieniu. W przypadku upoważnienia inwestora opłata skarbowa w kwocie 17, 00zł za udzielone pełnomocnictwo. 
Gdzie złożyć projekt?

ŁÓDZKI OŚRODEK GEODEZJI
Zespół Uzgadniania Dokumentacji Projektowej
90-113 Łódź, ul. Traugutta 21/23
+48 42 637-55-80".

No. Wszystko jasne? Jak dobrze, że nie ja to będę uzgadniać!

Na koniec spytałam pani projektantki, czy kojarzy nazwisko instalatora, od którego wydobyłam numer telefonu do niej. Pani powiedziała stanowczo:
- Nie znam. Taki człowiek nie robi kanalizacji w Łodzi. Sądzę, że znam tu wszystkie ekipy z terenu i nazwisko M nic mi nie mówi. Widocznie to pośrednik. Pewnie podaje się za instalatora, łapie roboty a potem zleca wykonanie podwykonawcom. Wielu jest takich, co żyją z pośrednictwa. Ale jak będziecie szukać wykonawcy to pomogę. Dam namiary na kilka firm, zrobicie sobie konkurs ofert i nie będzie problemu. Bez pośredników, bez sensu płacić.

Cóż. Wygląda na to, że kobieta rozpracowała naszego pierwszego instalatora w zbyt czystych butach. Mnie także wyglądało to tak, jakby facet sam nie znał się na robocie, bo projekt to dla niego była czarna magia, a potem przekierował mnie do jakiegoś innego, niesympatycznego gościa, który z wielką łaską zrobił bardzo drogą wycenę i jeszcze na mnie nakrzyczał. Ale pożytek taki, że przynajmniej uzyskałam telefon do pani projektant.

Generalnie odnoszę wrażenie, że praca z kobietami, przynajmniej jeśli chodzi o dokumenty, jest dużo bardziej rzeczowa niż z facetami. Kobitki są profesjonalne, zorientowane, dokładne i konkretne. Znają procedury i nie padają puste zapewnienia „Szefowo, wszystko da się zrobić, będzie pani zadowolona, dogadamy się”.

Pani potwierdziła także, że wykonawcy spoza Łodzi nie sprawdzają się. Nie wiadomo dokładnie czemu:
- Wie pani, może i jakieś tam blokady i układy też są, ja nie wiem. Ale faktem jest, że pan Zdzisio z wioski po prostu nie ogarnia tych wymagań, jakie są stawiane przez łódzki ZWiK. To jest kupa papierów i formalności. Na wiosce wszyscy się znają, papiery nawet jak nie grają do końca, to znajomy znajomemu nie stawia problemów i przyklepie robotę, postawi pieczątkę. Odbiory też są załatwiane po znajomości, nie wierzę, że nie. A że potem w papierach jest co innego a w terenie co innego – to są fakty. Zresztą nie porównujmy infrastruktury podziemnej gdzieś w polach z infrastrukturą w mieście. To są zupełnie inne realia. A bałagan jest, jak wszędzie. Zresztą widzicie państwo, że i w Łodzi bałagan, choć procedury są niby wymagające.

Na koniec pani wręczyła mi wizytówkę i poprosiła, abym przesłała na adres e-mail trzy dodatkowe dokumenty:
  • potwierdzenie własności działki – najlepiej odpis z księgi wieczystej, a jeśli nie mamy to może być akt notarialny 
  • mapę do celów projektowych w formacie cyfrowym .dwg – mam taki plik na płycie CD, którą dostałam od geodety 
  • mapę zagospodarowania terenu w formacie cyfrowym .dwg – mapa taka w wydruku jest w projekcie budowlanym, ale plik mamy wziąć od architekta. 
Po powrocie do domu rozpoczęłam kompletowanie dokumentów. Odpis z KW znalazłam, był brany z Sądu, z Wydziału Ksiąg Wieczystych podczas kupowania działki, chyba przy okazji załatwiania formalności kredytowych. Wydruk odpisu w wersji papierowej jest, należało go "jedynie" zeskanować i wysłać e-mailem.

Łatwe? Bardzo, ale pod warunkiem, że skaner jest podłączony do laptopa i że nie zaginęły kabel zasilający i kabel USB! A u nas wszystko zaginęło! Tylko skaner nie zaginął, bo jest zbyt wielki, aby go przeoczyć. Stoi zakurzony na szafie. Natomiast kable mogą być wszędzie, w piętnastu różnych szufladach, półkach albo pudłach.
Zanim udało mi się uruchomić skaner, zdążyłam posprzątać kurze na szafie, poukładać rzeczy w czterech szafkach (z których połowa zawartości wylądowała w koszu) i nakrzyczeć na dzieci, że mają syf z gilem w pokoju. Ale udało się. Skany poleciały do pani projektantki.

Mapę do celów projektowych odnalazłam szybciutko i także przesłałam, a w sprawie mapy zagospodarowania terenu zadzwoniłam do pana Piotra architekta. Obiecał wieczorem odszukać i mi wysłać. Słowa dotrzymał.

Mapa zagospodarowania terenu polega na tym, że na mapę do celów projektowych architekt wrysowuje nowe projektowane budynki, nowy zjazd (u nas będzie przesunięty) i inne nowe rzeczy, np. linie pokazujące przebieg przyłączy.
Po południu zadzwoniła pani projektant:
- Mam dwie wiadomości. Jedną dobrą a drugą złą – powiedziała. – Dobra jest taka, że sięgacz jest, istnieje. Sprawdziłam w ZWiK. Czyli macie o jakieś 5 metrów kanalizacji mniej do zbudowania, więc będzie taniej.

Super! To oznacza, że kobieta przedstawia sprawy takie, jakimi są i nie chce nas naciągnąć na projektowanie i wykonywanie rzeczy, które już istnieją (jak to chciał zrobić pierwszy instalator, który w wycenie przewidział montaż istniejącego trójnika!).
- Super. A jaka jest zła wiadomość? – spytałam z niepokojem.
- Zła jest taka, że mapa do celów projektowych straci ważność za 5 dni. Dokładnie 9 maja miną trzy lata i jeśli do tego czasu nie złożymy papierów do ZUDP, to mogą się tego czepić.
- O kurcze. To słabo. Nowa mapa to 800 zł i dwa miesiące czekania – powiedziałam.
- No właśnie. Mamy mało czasu. Mam nadzieję, że się uda – rzekła kobieta optymistycznie i z uśmiechem.
- Wie pani, gdybyśmy mieli świadomość, że mapa kłamie i że studzienki rewizyjnej i przyłącza nie ma, to już dawno zlecilibyśmy i projekt i wykonanie. Ale nikt nie przypuszczał, że tak to wyjdzie. To się okazało dopiero teraz, kiedy zaczęliśmy załatwiać podłączanie instalacji wewnętrznej, że nie mamy się do czego podłączać – tłumaczyłam zgodnie z prawdą.

Na tym rozmowa się zakończyła i teraz czekamy, co dalej. Mam nadzieję, że pani projektant w ekspresowym tempie zrobi projekt i złoży go do uzgodnienia, zanim mapa straci ważność.
Generalnie na uzgodnienie projektu przyłącza kanalizacyjnego – według pani projektant – będziemy czekać około 3 tygodni.

Zawsze coś! Tak to jest na budowie. Nie będę jednak tego przeżywać i się denerwować, bo nic nie poradzę. Mam świadomość, że inni inwestorzy wcale nie mają łatwiej.
Dziś na przykład zadzwoniła przyjaciółka, cała w nerwach, i oznajmiła, że przy montowaniu balustrady na antresoli panowie wwiercili się w ogrzewanie podłogowe! Na pomalowane ściany, ułożone panele i polakierowane, drewniane listwy wykończeniowe, wytrysnęła im fontanna wody! I co? Remont! O kosztach nie wspominając najgorsze jest to, że trzeba zrywać panele, skuwać wylewkę, jakoś naprawić rurki od podłogówki (nie mam pojęcia jak, bo przecież wężownica to jedna, powyginana rura, ale podobno jakoś się to klei), a potem wszystko z powrotem łatać, tynkować, kłaść panele i likwidować zacieki na ścianach! Masakra. Tak więc nasza mapa, póki co ważna, to mały problem i jeszcze wszystko ma szansę się udać.

Dziś mieliśmy spotkanie z architektem. Umówił się z nami w naszym mieszkaniu o nieprzyzwoicie wczesnej porze, bo o 8 rano. Tylko taki termin mu pasował w dniu dzisiejszym. No dobra. Wczesna pobudka, do ósmej miałam pościelone łóżko, pełny makijaż na twarzy, ubranie na sobie i odkurzony pokój! Pełna mobilizacja.

Pan Piotr przywiózł ostatnie elementy dokumentacji projektowej, czyli:
  • uzgodniony projekt przebudowy instalacji gazowej – to ważny dokument, potrzebny nam na dzisiejsze spotkanie z gazownikiem 
  • uzgodniony projekt budowy garażu - to raczej odległa przyszłość
  • uzgodniony projekt przebudowy zjazdu z drogi publicznej. 
I to wszystko. Chwilkę pogadaliśmy, że dzięki za współpracę, że jesteśmy zadowoleni (on też jest z nas zadowolony, „bo wiecie, z klientami różnie bywa, a z wami super i spoko”) i jakby co, jakieś pytania czy porady – możemy śmiało dzwonić. No i koniecznie musimy się spotkać już w nowym domu! Bo on uwielbia takie wizyty, gdy może zobaczyć efekty swojego projektu i skończonych już prac.
Dokonaliśmy rozliczenia ostatecznego. Zgodnie z umową było tam trochę do dopłaty. Po moim słodkim:
- Panie Piotrze, bo ja bym się chciała trochę potargować. Mogę? – powiedziałam.
- No wiedziałem przecież. Aaaa, dobra – śmiał się i opuścił 200 zł.

Po południu mieliśmy spotkanie na działce z panem gazownikiem. To człowiek polecany przez naszego hydraulika, że dokładny i solidny.
Pan gazownik chyba ok. Dobrze mu z oczu patrzy. Miał wprawdzie zbyt czyste buty jak na instalatora pracującego na budowach, ale przecież to nie musi być wyznacznik fachowości. Skoro Kukułka go polecam to nie dajmy się zwariować.

Facet dokładnie i dość długo przeglądał dokumentację projektową i wszystko z niej dobrze odczytał. Wiedział, gdzie biegnie gazociąg i że instalacja ma iść po murze w warstwie ocieplenia z zewnątrz (co dla pierwszego instalatora nie było oczywiste i kręcił na to nosem, chcąc zakopywać rury w ziemi).
Pan nie potrafił od razu oszacować kosztów, bowiem nie wie, ile będzie kosztowało rozebranie fragmentu ulicy. Dotychczas przyłącza, jakie wykonywał, wiązały się z „popsuciem” asfaltu, czyli wycięciem kawałka, zrobieniem instalacji a potem położeniem w tym miejscu nowego fragmentu asfaltu. U nas natomiast ulica ułożona jest z betonowych płyt, z których jedną trzeba będzie podnieść, bo dokładnie pod nią należy usunąć stare przyłącze gazowe (rurę metalową) i w jego śladzie położyć nową rurę (z tworzywa, odpowiadającą obecnym normom). Na tym właśnie polega modernizacja, stara rura metalowa nie może zostać. Po położeniu owej rury betonowa płyta będzie musiała wrócić na swoje miejsce.
- Nie wiem, czy do podniesienia tej płyty wystarczy mi koparka, czy będzie trzeba zamawiać dźwig. Ale się dowiem i rozeznam temat, jakie to będą koszty. Ale powiem od razu, że na minimum 6 tysięcy powinni być państwo gotowi, nie wiem, czy nie więcej, ale to ustalę.

No dobra. Nikt nie mówił, że będzie lekko. Prawdę mówiąc liczyłam, że jak zmieścimy się w 8 tysiącach to nie będzie tragedii, bo o takiej kwocie rozmawiałam kiedyś z innym gazownikiem, polecanym z kolei przez pana Jarka. Ale tamten gość był zbyt mało komunikatywny, więc odpuściłam.

Pan gazownik pożyczył sobie projekt i obiecał, że do końca tygodnia przedstawi nam dokładną wycenę, to wtedy podejmiemy decyzję, czy zamawiamy usługę, czy też szukamy kogoś innego.

Facet powiedział jeszcze, że warunki przyłączenia są do zaktualizowania, bo się przeterminowały. Ale to nie problem, załatwi. No i generalnie poza tą płytą drogową nie przewiduje tu żadnych utrudnień, ani w robocie ani ze strony urzędów czy gazowni, bo modernizację przyłącza robi się na zgłoszenie a nie na decyzję o pozwoleniu na budowę. Więc procedura łatwiejsza.

2015-15-13

Pani projektantka od przyłącza kanalizacyjnego nie dzwoni i nie zgłasza, że potrzebna jej nowa mapa, więc wygląda na to, że sprawy mają się nieźle. Zadzwoniłam do niej i spytałam:
- Czy w sprawie naszego przyłącza coś się dzieje? Udało się wykorzystać starą mapę?
- No pewnie! Wszystko gra. Proszę się nie martwić. Projekt już jest w ZUDz-ie, jutro z tego co wiem wchodzi na wokandę.
- Uff, no to super!
- Jak tylko będę coś miała to dam znać. Teraz możemy tylko czekać.
Zuch kobieta! Jestem uradowana. Zadziałała w tempie ekspresowym!

Ale żeby nie było za pięknie. 
Gazownik wycofał się z przyjęcia od nas zlecenia. Zadzwonił i powiedział:
- Wie pani co, ja niestety nie podejmę się tego zlecenia, bo powiem szczerze, że nie mam sprzętu do barowania się z tą płytą. Ja bym musiał wynajmować podwykonawców, pośredników.
- No to mnie pan załamał ....
- Proszę się nie martwić. Ja rozmawiałem w pani sprawie z kolegą, który wykonuje takie rzeczy kompleksowo. Najpierw tak myślałem, że ja będę robił całość a on tylko z tą płytą się upora. Ale potem doszliśmy do wniosku, że to bez sensu, bo nie wiadomo jak to wycieniać. Wie pani jak to się pracuje z kolegami. Z kolegami trzeba być kolegami, a nie interesy robić, bo się przyjaźń może przez to zniszczyć. No to się dogadaliśmy, że on weźmie całe to zlecenie i już. On ma wszelkie uprawnienia i naprawdę mogę za niego ręczyć. Fachowiec jest świetny.


W takim razie ok. Gość ma przekazać temu nowemu wykonawcy nasz projekt modernizacji przyłącza i podać mu numer telefonu do nas, więc będzie się kontaktował.
Skontaktował się. Zadzwonił. Ma przyjechać na działkę w piątek, żeby rozeznać sytuację w terenie i będziemy wtedy konkretnie się umawiać na kwotę i termin. Wstępnie – jak mówił ten pierwszy – około 7 tysięcy. Zobaczymy co z tego wyjdzie.

Ponieważ mamy nadzieję, że niebawem pojawi się w naszym domu przyłącze gazowe i gaz, trzeba powoli myśleć o piecu centralnego ogrzewania i grzejnikach. Tak za wiele to się tu nie namyślimy, bo mamy uzgodnione z panem hydraulikiem Kukułką, że to on będzie to zamawiał, kupował i montował – a my w pełni polegamy na jego opinii. Ale zanim w kotłowni stanie piec, trzeba ją na to przygotować. Czyli przede wszystkim położyć płytki. Przynajmniej na podłodze.

A skoro płytki, no to umówiliśmy się z facetem od płytek i wykańczania wnętrz. Podobno jest rewelacyjny. Pedantyczny, słowny i … nietani. Namiary dostaliśmy od przyjaciół, którzy powierzyli mu kapitalny remont swojego mieszkania i którzy są zachwyceni jego pracą.

Pan przyjechał, obejrzał kotłownię, potem obejrzał łazienkę, którą także powoli musimy zacząć obmyślać i urządzać, i powiedział:
- Za ułożenie płytek biorę 60 zł za metr kwadratowy. A za łazienkę to liczę kompleksowo, za całość, na gotowo. Tak ja u was to będzie trzy i pół.
I po dyskusji.
- 60? Drogo, przecież to tylko kotłownia.
- Dla mnie nie ma, kotłownia czy łazienka, wszystko jedno. Tak samo robię, wszędzie musi być równo i dokładnie - powiedział oschle.

Z faceta nie dało się za bardzo wyciągnąć żadnych informacji ani porad. Pytałam na przykład jak to zrobić, żeby na łączeniu terakoty i paneli nie było różnicy poziomów ani listwy maskującej, ale żeby te dwie różne powierzchnie przechodziły jedna w drugą na styk, do czoła. Powiedział, że „listwę aluminiową w Z”. Wiecie coś z tego? Bo ja nic. A, powiedział jeszcze, że da się i że może tak zrobić. Jak sobie tam chcemy.

Potem spytałam o montaż dwóch umywalek – czy jego zdaniem lepiej kupić gotowe szafki podumywalkowe, czy lepiej zabudowywać samemu jakimiś blatami czy tam płytami? A on na to, że to już sami powinniśmy wiedzieć, co nam się podoba. On zrobi wszystko co mu każemy.
- Ale ja pytam daltego, bo nie mam pojęcia, jakie są możliwości, co jest możliwe do zrobienia a co będzie trudne albo niepotrzebnie drogie. Pan jest fachowcem to liczymy na jakieś sugestie, żeby pan coś poradził, podpowiedział …
- Wszystko się da. Kwestia kosztów. Mogę podrzucić płytę.
- Jaką płytę?
- Ze zdjęciami, co robiłem. To sobie zobaczycie jak robię.

Oj, coś czuję, że się nie dogadamy. Nie daję rady z niekomunikatywnymi mrukami!
Jedyny pożytek z tego spotkania to taki, że ustaliliśmy na pewno (mieliśmy tu z Markiem różnicę zdań), że zanim przystąpimy do zlecania wykańczania łazienki, należy wszystko do niej kupić. Czyli meble, umywalki, wannę, baterie, lustra, kinkiety – słowem wszystko. Pan bowiem wchodzi i każdy z tych elementów instaluje, montuje, uszczelnia gdzie trzeba silikonem albo listwami, przewierca się przez płytki żeby zawiesić szafki czy lustra (płytka zawsze może strzelić przy wierceniu więc lepiej, aby zrobił to on, który w razie awarii od razu ją wymieni). Pan wychodzi z łazienki kompletnie wykończonej, na tip-top.

Stanęło na tym, że gdy będziemy gotowi to zadzwonimy. Choć osobiście wątpię, abyśmy zdecydowali się na usługi tego pana. Nie podoba mi się to, że pan krzyknął za łazienkę 3 500 zł bez względu na zakres prac, który nie został jeszcze ustalony. Nie wiemy bowiem, czy płytki na ścianach będą do samego sufitu, czy tylko do połowy – a to w ilości metrów kwadratowych do położenia znaczna różnica. W cenie – jak się okazało – nie ma różnicy. A według mnie powinna być. Podobnie reszta detali. Można sobie nawymyślać półek na stelażach, wnęk, mozajek, luksferów, sufitów podwieszanych, listew świetlnych i tysiące innych pierdół. A można też – zgodnie z filozofią naszego domu – zrobić łazienkę łatwą i nieskomplikowaną. Nie podoba mi się więc, że cena nie jest uzależniona od zakresu prac.

Na razie wiemy tyle, że musimy wymyśleć koncepcję łazienki i kupić do niej wszystko, a dopiero potem umawiać się z płytkarzem.
Pan podpowiedział jeszcze, że w kotłowni proponuje na podłogę gres, nie terakotę. Zwłaszcza, że będzie w niej pralka, która przy wirowaniu wpada w wibracje i tłucze się. Gres jest mocniejszy i pewniejszy.
Pan nie miał też nic przeciwko płytkom z marketów. Niektórzy nas przestrzegali, że w marketach płytki są krzywe, słabe i się nie nadają. A ten powiedział:
- Płytki jak płytki. Mają się podobać. Wszystko jedno gdzie kupicie, mnie nie robi różnicy.

środa, 20 września 2017

98. Kanał z kosztorysem

2015-04

Pan od kanalizacji zamilkł. Wziął projekt budowlany i myśli. Przede wszystkim miał wymyśleć, ile będzie kosztować ta robota. Uparłam się, że bez kosztorysu niech się nie waży niczego zaczynać, bo po prostu bez umowy nie zapłacę.

Po dwóch tygodniach nagabywania go telefonicznego i e-mailowego udało mi się wreszcie wydębić wstępną wycenę kosztów wykonania przyłącza kanalizacyjnego. Jednak nie zrobił jej osobiście szef-kanalizator, ale jakiś jego współpracownik, wspólnik, podwykonawca, pośrednik – w sumie to nie wiem kto jest kim w tym towarzystwie wzajemnej adoracji i podwykonawstwa. 
Coraz mniej mi się podoba ta współpraca i coś przeczuwam, że nic z tego nie będzie. Obawiam się, że w grę wchodzi zbyt wielu pośredników, z których każdy chce zarobić, na jednej robocie, i że w tej sytuacji nie będzie tanio.

Kolega-wspólnik z wielką niechęcią przysłał na mój adres e-mail prymitywną, wymuszoną przeze mnie wycenę, która była zdjęciem napisanej odręcznie na kolanie notatki, krótkiej rozpiski kosztów. Ów „kosztorys” opiewał na kwotę 8615 zł i zawierał następujące pozycje:
  • Zajęcie pasa drogowego - inwestor
  • Projekt organizacji ruchu - 200 zł
  • Geodezja powykonawcza - 550 zł
  • Próby gruntu - 340 zł
Kanalizacja sanitarna:
  • Przyłącze od włączenia do istniejącej studni - 2375 zł
  • Rury (… jakieś tam) i kształtki - 550 zł
  • Odtworzenie nawierzchni - 1200 zł
  • Koszty transportu -1800 zł
  • Montaż trojaka na kanale Fi 200 - 1600 zł
Razem 8 615 zł

Ojjj, sporo. Znacznie więcej, niż się spodziewaliśmy.

W dodatku kosztorys nie zawierał ceny projektu! Po naszej stronie pozostawało też wykonanie mapy do celów projektowych (ok. 800 zł) oraz poniesienie opłat za zajęcie pasa drogowego - też kilkaset złotych pewnie.

Nie wszystkie pozycje kosztorysu były dla mnie jasne i oczywiste, ale wiadomo, jestem laikiem i nie mogę się znać na budowie kanalizacji. Niewiele myśląc zadzwoniłam do naszego hydraulika, pana Kukułki, żeby się skonsultować, co on o tym sądzi. Odczytałam mu przez telefon pozycje kosztorysu i poprosiłam o niezobowiązujący komentarz. Pan Kukułka wysłuchał uważnie, pocmokał i skomentował „kosztorys” tak:
  • Badania geologiczne, czyli w kosztorysie „geodezja powykonawcza” – za drogie, zdaniem pana Kukułki koszt powinien wynosić ok. 400 zł, nie 550 zł. 
  • Transport – niby czego? Za co 1800 zł? 
  • Montaż trójnika na kanale fi 200? Przecież oczko jest, co zostało sprawdzone podczas kamerowania kanału. Tego kosztu (1600 zł) w ogóle nie powinno być. 
Hmmm. Chyba miałam nosa podejrzewając, że pan od kanalizacji to bardziej biznesmen niż fachowiec. Podjechał na budowę wypucowaną, czarną, błyszczącą i wypasioną furą, czyli samochodem, który z pewnością nie służy do pracy (wiem, jak wyglądają auta pracowników budowlanych, zdążyłam ich zaobserwować wiele). Wysiadł z pięknego auta niczym mafiozo, ubrany w czarną skórę, wypachniony, w wypastowanych, błyszczących butach. Niczego nie umiał powiedzieć o kosztach. Zabrał papiery i rozdzielił robotę na jakichś ludzi przebąkując, że na pewno się dogadamy, że ma układy "i tu i tam", to się wszystko gładko pozałatwia. No cóż.

Pan – współpracownik zrobił wycenę z wielką łaską, prawie na mnie nakrzyczał przez telefon, że w ogóle o nią proszę. Mówił, że w zasadzie to wszystko nie trzyma się kupy, bo on w życiu nikomu nie robił żadnych kosztorysów:
- Pani kochana, kosztorys to ja mogę policzyć jak będę miał projekt. A tak, to ja sobie tak strzelam, o tyle o ile. Ani metrów nie znam, ani głębokości. Co to to takie liczenie. Bez sensu!
- A proszę mi powiedzieć, co to za pozycja „transport”? Prawie 2 tys zł? Co tyle kosztuje?
- No wszystko! Piach, rusztowanie, przecież do wykopu nikt nie wejdzie bez zabezpieczeń, a to są duże konstrukcje.
- A ha. A czemu policzony jest trojak? Przecież ja mówiłam pana koledze, że sięgacz jest, a wy mi tu liczycie, jakby go nie było? Kamerowanie było robione przecież …
- Było? A to skąd ja niby mam to wiedzieć! Przecież ze mną pani nie rozmawiała! – facet autentycznie mnie skrzyczał.
- Z panem nie, ale z pana szefem owszem. To co, nie przekazał?
- A skąd!
- No to przykro mi. To już nie moja sprawa, jak panowie się komunikują.

Wygląda na to, że pan robiący „kosztorys” nie wiedział nic o naszej działce i robił wycenę „na oko”, jedynie na podstawie mapy, która jak wiemy posiada błąd – jest na niej bowiem naniesiona studnia rewizyjna, której w rzeczywistości nie ma. W „kosztorysie” uwzględnił „przyłącze od włączenia do istniejącej studni” zamiast „wybudowanie studni rewizyjnej”. Nie wiedział też, że istnieje sięgacz, bo zaplanował „montaż trojaka na kanale”. O wszystkim tym wiedział szef, ale widocznie zrobił z tego tajemnicę.

Naprawdę się wkurzyłam na tak nieprofesjonalne podejście do sprawy. Kanalizacja nie kosztuje 20 złotych, ale grube tysiące i nie będzie na mnie krzyczał żaden pan Andrzej albo Grzesiek i robił mi łaski, że wyceni robotę, i to w oparciu o nieprawdziwe dane! Trudno. Nie dogadamy się. Nie trafili na frajerów, co zapłacą za fikcję. Jednak nie dałam się sprowokować i całkiem spokojnie zakończyłam rozmowę:
- Dobrze. Dziękuję za tę wycenę. Proszę na razie nie podejmować żadnych działań. Ja się zastanowię i skontaktuję się z pana szefem gdy podejmę decyzję. Dziękuję. Do widzenia.

Wzięłam tylko jeszcze od niego numer telefonu do pani projektantki, de facto pracownika ZWIK, która robi projekty „po godzinach”, bo facet wspominał wcześniej, że jakby co, to namiary ma. Chciałam się dowiedzieć, ile będzie kosztować sam projekt. Ale niestety nie udało mi się do niej dodzwonić, bo nie odbierała telefonu przez kilka kolejnych dni.

Natychmiast rozpoczęliśmy poszukiwanie nowej firmy wykonującej kanalizację.
Internet jest wielki! Kilka telefonów i chyba jest.
Trafiłam na młodego człowieka, bardzo konkretnego. Od razu podał mi adres e-mail i poprosił o przesłanie kopii mapki:
- Mapa to podstawa do jakiegokolwiek szacowania kosztów– powiedział – więc od niej zacznijmy.
Wysłałam mu kopię mapy i kilka zdań informacji, o co chodzi w naszym zleceniu. Oddzwonił szybciutko i umówiliśmy się na działce na dziś, na godzinę 15.

Przyjechał punktualnie. Zjechał prosto z roboty, którą robi gdzieś tu w pobliżu. Był w ciuchach roboczych, nie w wypastowanych lakierkach. Miał spracowane, zakurzone dłonie, brudny, skromny samochód z wyklejonym napisem „Usługi hydrauliczne”. Na oko miał około 35 lat i dobrze mu patrzyło z oczu.
Powiedział, że kontaktował się już ze Zwikiem z zapytaniem, czy od kanału głównego odchodzi sięgacz, czy jest tylko trójnik. A jeśli sięgacz – ta jak jest długi. Od tego zależą koszty, bo jeśli sięgacz wyprowadza odejście poza jezdnię, to do rozkopania będzie tylko chodnik. A to mniej metrów do zajęcia pasa drogowego. Jutro pan ma mieć tę wiedzę.

Powiedział też, że jeśli sięgacz jest, a wszystko na to wskazuje, to koszty wyniosą około 6 tys zł. Po jego stronie jest projekt, wykonanie i opłaty za zajęcie pasa drogowego. My musimy załatwić na swój koszt tylko mapę do celów projektowych:
- Jak macie pozwolenie na budowę to mapę już musieliście załatwiać.
- No tak, taką mamy. Tylko że ona jest z 2012 roku.
- No właśnie, nieaktualna. Ale jak była robiona wtedy, to trzeba się udać do tego samego geodety. Tu na tej ulicy nic od tamtego czasu nie było chyba robione prawda? Nie wygląda. To trzeba pogadać, czy nie uda się po prostu przedrukować tamtej mapy z nową datą. Nic się tu nie zmieniło, nie powinien mieć konieczności wyciągania nowej mapy za 700 czy 800 zł. Powinien podbić tą poprzednią za jakieś grosze i już.
Tu się nieco skrzywiłam. Coś mi się nie wydaje, aby jakikolwiek poważny geodeta mógł „przedrukować” mapę z nową datą. Ale … zapytam geodety.

I to tyle. Stanęło na tym, że mamy załatwiać mapę. W międzyczasie czekamy na aktualne warunki przyłączenia ze Zwik. Pan jutro będzie wiedział, czy jest i jak długi jest sięgacz. I zaczynamy. Przyklepaliśmy transakcję uściskiem dłoni i jesteśmy dogadani na telefon.

Zupełnie inna rozmowa niż z poprzednim mafiozem. Transport – pan wzruszył ramionami - co oni tu chcą transportować? Rurkę?.

Fachowcy starej daty, posocjalistyczne cwaniaki z „układami” w urzędach, którzy kręcą fuchy na państwowym sprzęcie i opłacają siebie i szerokie grono koleżków, nieco mi już zbrzydli. Na szczęście ich czasy się kończą. Stawiam na młodych, zdolnych, pracowitych, którzy nie biorą kasy za układy i znajomości, a za wykonaną rzetelnie robotę.

Zadzwoniłam do pana-mafiozo powiadomić go, że nie decyduję się na jego usługi i że proszę o zwrot projektu:
- Ale czemu? Tak definitywnie pani rezygnuje? Co się stało? Przecież możemy się dogadać, ponegocjować?
- Ale o czym tu gadać. Dostałam wycenę, uważam że drogo. Poszukałam innego wykonawcy, o 40% tańszego. I już. Wie pan, jest wolny rynek, nie jesteście jedyni.
- No tak, wiem wiem, A ta nasza wycena to ile była? – nawet tego nie wiedział!
- W sumie, z doliczeniem opłat za zajęcie pasa drogowego, około 10 tys. wyszło. No i jeszcze projekt osobno. To dla mnie za drogo.
- No faktycznie, drogo. Co on tam policzył, że aż tyle?
- A, to ja już nie wiem, co on tam liczył. Wiem tylko, że liczył wstawienie trójnika do kanału głównego, a trójnik jest i ja o tym mówiłam, Czyli na co liczył? Że się nie zorientujemy? Jakiś transport za prawie 2 tys. złotych. No i powiem panu, że niezbyt uprzejmy ten pana współpracownik. To też zaważyło poniekąd na decyzji. Nie lubię, gdy ktoś, komu powinno zależeć na zleceniu, robi łaskę i na mnie krzyczy. Trochę nie tak to powinno wyglądać, Przyzwyczajona jestem do innego standardu obsługi i kontaktu z klientem.
- No owszem. Szkoda, że pani do mnie za zadzwoniła.
- Ależ dzwoniłam! Wielokrotnie. Ale pan scedował kontakty na innego, nieuprzejmego faceta, i tak wyszło. W tym wszystkim cena jest dla mnie bardzo ważna, i gdybyście byli konkurencyjni cenowo, to pewnie nieuprzejmość kolegi mało by mnie obeszła. Cóż, takie czasy, każdy liczy kasę. Ja też. Tak więc dziękuję panu za fatygę i poświęcony czas. Współpracy nie będzie.

I tyle. Żegnam panów cwaniaków bez żalu!

2015-04-22

Skontaktowałam się z geodetą, który sporządzał dla nas mapę do celów projektowych trzy lata temu, zanim powstał projekt budowlany. Zgodnie z podpowiedzią pana instalatora spytałam, czy jest możliwość „zaktualizować” mapę, to znaczy wydrukować ją raz jeszcze, tylko z nową datą, za jakieś mniejsze niż normalnie pieniądze. Normalnie mapa kosztuje 800 zł.
Niestety, tak jak przypuszczałam, pan geodeta wyśmiał pomysł pana instalatora:
- Nie ma takiej możliwości proszę pani. Instalator nie wie co mówi. Jeśli miałbym wydawać dziś nową mapę, z aktualną datą, to muszę ją od nowa wykonać. Zwłaszcza, że o ile wiem na działce powstał już nowy budynek, stary jest rozebrany, więc wszystkie te zmiany muszą być na mapie pokazane. Mapa musi odzwierciedlać stan faktyczny z chwili jej wykonywania. Czas wykonania nowej mapy potrwa miesiące. No i koszt, jak dla normalnej, nowej mapy.
- No właśnie, i tu mam trochę żal, bo powiedział pan, że mapa musi odzwierciedlać stan faktyczny. A przecież mapa, którą pan wykonał poprzednio, pokazuje studnię rewizyjną, której faktycznie nie ma. Nie jest to więc stan faktyczny. Gdybyśmy od razu wiedzieli, że studzienki nie ma i że będziemy musieli wykonać projekt przyłącza zewnętrznego oraz wybudować przyłącze, zrobilibyśmy to na początku inwestycji, wykorzystując tę pierwszą mapę z 2012 roku. A niestety wykonana przez pana mapa nas okłamała.
- Ale przecież teraz też możecie wykorzystać tamtą mapę. Jeśli w ulicy nie było nic robione …
- No nie było. Nic się tam nie działo poza tym, że zbudowaliśmy dom.
- No właśnie. Czyli według mnie mapę można wykorzystać. Dać ją po prostu projektantowi i niech projektuje do tej mapy, którą macie.
- To mapa nie ma terminu ważności? Nie ma w tym zakresie jakichś przepisów?
- Nie. Nie ma czegoś takiego jak „termin ważności mapy”. Mapa wystawiana jest na dany dzień, na który odzwierciedla stan faktyczny. Pewnie, że żaden projektant nie podejmie się projektowania do starej mapy, bo w międzyczasie dużo mogło się pozmieniać. Ale u was nie powinno być problemów. Ja bym spróbował. Powinno się udać. Projektant rzadko kiedy robi wizję lokalną w terenie. Opiera się na dokumentach, więc jak dostanie mapę, to zaprojektuje do niej. Gdyby jednak była konieczność nowej mapy, to będziemy robić od nowa. Mogę opuścić stówę, ale więcej się nie da. Proszę mi wierzyć, że to dużo załatwiania.

Ok. Postanowiliśmy spróbować wykorzystać starą mapę do celów projektowych. 
Oszukałam ją w szafie. Kiedyś geodeta przekazał nam ją w tekturowej tubie, w 4 egzemplarzach, plus jeden egzemplarz na folii, plus plik na płycie CD. Wszystko jest. Mamy jeden oryginalny egzemplarz mapy, z podpisami i pieczęciami.

Umówiłam się dziś na działce z nowym panem kanalizatorem na przekazanie mapy. Ma ją wręczyć projektantowi, aby ten mógł rozpocząć projektowanie. Postanowiliśmy, że nie będziemy nic mówić o dacie. Damy po prostu mapę i niech projektuje. Zobaczymy, czy to przejdzie. Od strony faktycznej mapa jest dobra, w ulicy nic się od 2012 roku nie działo, żaden kanał nie był ruszany, miasto nie robiło żadnych inwestycji drogowych ani gazowych ani kanalizacyjnych ani innych. Więc mam nadzieję, że uda nam się uniknąć kosztów sporządzania nowej mapy i przy okazji zaoszczędzić sporo czasu.

środa, 6 września 2017

96. Kamera na wrotkach

2015-04

Póki co podłączenie naszego domu do kanalizacji miejskiej nie jest niemożliwe, ponieważ nie możemy odnaleźć na działce tzw. studni rewizyjnej. Na mapie do celów projektowych studzienka ta figuruje, natomiast fizycznie w terenie jej nie ma.
Studzienka rewizyjna powinna znajdować się w obrębie naszej działki i powinna być przykryta żeliwnym włazem osadzonym na równi z poziomem gruntu. Żadnego włazu jednak nie ma. Mało tego, nie wiemy nawet, czy od kanału głównego, który znajduje się pod ulicą, wybudowane jest odejście, rozgałęzienie, w kierunku naszej działki.

I dlatego, zgodnie z sugestią zarówno naszego hydraulika jak i inspektora z Zakładu Wodociągów i Kanalizacji, aby to sprawdzić, należy wpuścić do kanału głównego kamerę i po prostu kanał obejrzeć.
Niestety, w czasie gdy omawialiśmy tę sprawę z inspektorem w ZWiK powiedziano nam, że musimy zlecić kamerowanie kanału na własną rękę, bo w Zwiku są jakieś kłopoty techniczne ze sprzętem, coś tam jest uszkodzone i nie mają czym kamerować. Powiedzieli też, że operacja kosztuje „jakieś grosze”, i że jak szybko sobie to zlecimy bez czekania na ZWiK, sami, to przynajmniej będziemy mieli jasność.

No dobra. Szybko ustaliłam, że te grosze to 180 zł. Dla ZWiK to „jakieś grosze”, a dla nas to realne pieniądze, które zapłaciliśmy de facto za informację, czy ZWiK wybudował odgałęzienie kanału, czy nie.
Tak sobie teraz myślę, że trochę daliśmy się wpuścić w maliny. 
Po pierwsze to niemożliwe, żeby w łódzkim ZWiK-u, gdzie do obsługi jest blisko milion mieszkańców i setki kilometrów kanałów, była tylko jedna kamera, w dodatku popsuta od pół roku. Po drugie, to ZWiK powinien odpowiedzieć nam na pytanie, w jaki sposób zbudował kanalizację. Nawet jeśli mają popsutą kamerę do filmowania kanałów, to przecież muszą mieć u siebie dokumentację techniczną z budowy, jakieś projekty, mapy, protokoły odbioru robót. 
Niestety, padliśmy ofiarą urzędniczej spychologii i daliśmy się spławić. A wszystko dlatego, że załatwialiśmy sprawę ustnie, a nie pisemnie, i że zaczęło nam zależeć na czasie, a przepychanka ze ZWiK mogłaby trwać w nieskończoność.

Mówi się trudno i .... kamerowanie kanału się zamawia. Chcemy przynajmniej mieć pewność, że odejście jest wybudowane i że nie będzie z nim tak jak ze studzienką rewizyjną, że na mapie jest, a w terenie nie ma.

W ustalonym telefonicznie terminie na naszą budowę zawitali panowie z prywatnej firmy wodno-kanalizacyjnej. Pogoda tego dnia była paskudna, z nieba sypał mokry śnieg o ogromnych płatkach, który moczył twarze i ubrania w kilka sekund i generował błoto. 
Panowie  byli młodzi, czyści i przystojni. Nowocześni hydraulicy są fajni, całkiem inni od tych nienowoczesnych :) 
Postawili czerwono-biały pachołek obok włazu do studzienki znajdującej się w ulicy, po czym zdjęli żeliwną pokrywę i jeden z panów wszedł do środka po metalowych szczebelkach wmontowanych w boki okrągłych betonowych dren tworzących studnię. Na dnie oczywiście była woda, która płynęła środkiem kanału, w zagłębieniu, niewielką stróżką. Pan uważał, by nie wdepnąć w wodę i stopy rozstawiał szeroko. Studnia była głęboka na ponad 2,5 metra, więc facet zniknął w niej cały. 



Drugi pan wyjął z auta okrągły stojak z korbą, na który nawinięty był dość sztywny drut, w czarnej otulinie. Do stojaka przymocowany był z boku niewielki wyświetlacz podobny do tabletu, z pilotem. 
Następnie do końcówki sztywnego drutu pan przymocował niewielką kamerkę, która wyposażona była w światełko i przytwierdzona była do mini-wózeczka na czterech kółeczkach. Całość przypominała wrotkę na drucianej smyczy. 



Po doczepieniu „wrotki” kamerę spuszczono w dół, do kanału, gdzie przejął ją siedzący na dnie facet. Ustawił wózeczek na dnie kanału, wrotka lekko brodziła w wodzie. I obaj panowie zaczęli powoli rozwijać drut ze stojaka i popychać kamerę w głąb kanału. Kamera była zapewne wodoszczelna, bo raczej nie ryzykowaliby jej zanurzenia w wodzie.
Obraz z kamery oglądaliśmy na wyświetlaczu. Światełko sprawiło, że obraz był dość czytelny. Po prostu kanał, zimny i mokry.
Najpierw napotkaliśmy odgałęzienie w prawo, do sąsiadów naprzeciwko, a po chwili znaleźliśmy odgałęzienie w lewo, biegnące do naszej działki. A więc jest! Hura! Kochany ZWiK wybudował odgałęzienie!
- Na szóstym metrze od tej studni, pani sobie zapisze – krzyczał facet z kanału.

No i już. Kamerę wycofali, wyciągnęli, drut zwinęli na stojak i facet wylazł sprawnie z kanału. Nawet się skubaniec ani trochę nie ubrudził, bo sprytnie tak się wspinał i podciągał na rękach, żeby niczego nie dotykać ubraniem. A nie było tam czysto. Widać że pan śmiga po kanałach często i ma w tym wprawę. 

Panowie zainkasowali 180 zł za operację trwającą 5 minut, nie zostawiwszy żadnej nawet notatki, i pojechali. Jak przyjadą następni będą musieli uwierzyć mi na słowo, że odgałęzienie jest na szóstym metrze. 
Teraz, gdy już wiemy na czym polega kamerowanie kanału, możnaby się pokusić o wykonanie tej czynności samodzielnie. Pod włazem w ulicy studnia jest dość szeroka, swobodnie mieści się w niej dorosły człowiek, na stojąco, a wejście do środka jest stosunkowo łatwe (są metalowe szczebelki). Ale tak przestronny jest tylko pionowy kanał pod żeliwną pokrywą. Niżej, na boki od niego, biegnie kanał poziomy, o dużo mniejszej średnicy. I tam wczołgać się nie ma za bardzo jak. Tym bardziej, że na jego dnie jest woda, błoto i zapewne można się natknąć na towarzystwo szczurów. Można tam jedynie wpuścić kamerkę z latarką albo kazać wejść tam niewielkiemu, niegrzecznemu dziecku, na przykład za karę, i kazać mu opowiadać co i na którym metrze widzi. Gdy się posiada kamerkę bądź dziecko do ukarania - można się bawić :)

I co dalej?
Jedziemy do ZWiK. Korki jak cholera, bo miasto jest sparaliżowane od siedmiu lat robotami drogowymi związanymi z budową trasy W-Z, ale nie ma wyjścia.

W biurze obsługi klienta pan łaskawie wysłuchał naszej relacji o tym, co do tej pory ustaliliśmy, zasępił się nieco, zadumał, co by tu zrobić, i powiedział, że jeśli studzienki rewizyjnej nie ma, to znaczy że przekłamanie musi być na mapie! No Amerykę odkrył normalnie! I ciągnął dalej, że w takim razie, jak jej nie ma, to trzeba studzienkę wykonać. A to oznacza, że musimy zacząć procedurę od wystąpienia o wydanie warunków przyłączenia (tu od razu podsunął wniosek do wypełnienia).
Szybko zaprotestowałam mówiąc, że akurat ten etap procedury mamy już za za sobą, bo owe warunki uzyskaliśmy 2011 roku. Niestety, okazało się, że są one za stare! Nieaktualne! 
Nie wiem, jaki jest termin ich ważności, ale szlag mnie prawie trafił, że stawia się przed nami kolejne bariery biurokratyczne, jakby sieć kanalizacyjna w mieście zmieniała się rokrocznie i jakby w ślad za tym warunki przyłączenia też miały ulec zmianie. Nic się nie zmieniło, nie było żadnej przebudowy kanalizacji w naszym regionie, a mimo to papierki się przeterminowały! Ludzie, trzymajcie mnie!

Warunki dostaniemy za około trzy tygodnie i będzie to podstawa do wykonania projektu przyłącza. Projekt z kolei służy uzyskaniu pozwolenia na budowę przyłącza, uzyskaniu decyzji lokalizacyjnych i pozwolenia na zajęcie pasa drogowego.
I jak już będziemy mieć te wszystkie papiery, to możemy zlecić wykonanie przyłącza dowolnej firmie zatrudniającej fachowców ze stosownymi uprawnieniami. A na koniec ZWiK zrobi odbiór i będziemy mogli się podłączyć do kanalizacji. Za wszystko oczywiście musimy zapłacić. Proste?

Procedura będzie trwać jakieś trzy, cztery miesiące i nie wiadomo ile będzie kosztować, bo pan z biura obsługi klienta nie umiał podać nawet orientacyjnych kosztów:
- Bo to wszystko zależy i każda inwestycja wyceniana jest indywidualnie. Może to być kilka, a może być kilkanaście tysięcy złotych – mówił.

Czytałam kiedyś, że można zlecić odpłatne wykonanie przyłącza samemu ZWiK-owi, więc uzgodniliśmy z Markiem, że nie będziemy szukać nowych wykonawców, tylko chcemy zlecić wykonanie całości, a więc i projekt i realizację, właśnie tej zmonopolizowanej instytucji.
Niestety, to byłoby zbyt piękne. Okazało się bowiem, że o ile wykonanie przyłącza jest możliwe, to zaprojektowanie go - już nie. ZWiK może łaskawie wycenić wartość prac, oczywiście po złożeniu odpowiedniego wniosku i oczywiście to potrwa. Potem możemy oczywiście podpisać umowę na wykonanie prac. Ale projektów w bieżącym roku ZWiK nie wykonuje, bo coś im nie wypaliło z przetargami i nie mają zawartych żadnych umów na projektowanie.

Tak czy owak projekt musimy zlecić samodzielnie i ZWiK nam w tym nie pomoże, nawet za pieniądze. Najpierw musimy znaleźć uprawnionego projektanta od instalacji wodno-kanalizacyjnych. Czyli jednym słowem - załamka.

Od ręki złożyłam wniosek o te nieszczęsne, przeterminowane warunki przyłączenia. Złożyłam też konieczne do tego oświadczenie o prawie dysponowania nieruchomością na cele budowlane – czyli potwierdziłam, że jestem właścicielem, okazując na tę okoliczność akt notarialny zakupu nieruchomości. 
Za podpowiedzią pana z biura obsługi klienta złożyłam też wniosek o pozwolenie za zainstalowanie dodatkowego wodomierza do pomiaru ilości odprowadzanych ścieków. Bez takiego wodomierza ZWiK przyjmuje, że ilość m3 ścieków równa się ilości m3 wody, według wskazań wodomierza od poboru wody. A więc nie jest odliczane zużycie wody pobranej bezpowrotnie (do picia, gotowania, podlewania ogródka, itp.). Podobno wodomierz na ścieki warto mieć, bo zawsze to trochę taniej przy późniejszych opłatach. A każdy wie, że ścieki są dużo droższe od wody.

W czasie naszej rozmowy z urzędnikiem w biurze obsługi klienta wszedł tam przypadkiem inny pracownik ZWiK, sam pan inspektor, znaczy się znający się, uprawniony fachowiec. Nasz urzędnik od razu go zahaczył, żeby zerknął w tę mapę i podpowiedział, co z tym począć. Facet spojrzał i wyjaśnił:
- Skoro nie ma studzienki w terenie, a jest na mapie, to znaczy, że najprawdopodobniej kiedyś ktoś rozpoczął jej budowanie. Zrobił projekt, zrobił mapę, ale na wykonanie pewnie zabrakło kasy i nie zostało to skończone. To się bardzo często zdarza. Wiele osób ma taką sytuację. Trzeba więc wybudować całe przyłącze. Procedurka jak zwykle: najpierw warunki przyłączenia, potem projekt no i zrobić. Tu na mapie widzę sięgacz jest, trzeba go przedłużyć rurą i wprowadzić do nowej studzienki rewizyjnej. I już.

Potem nam wytłumaczono, jak dzieli się przyłącze kanalizacyjne, ilustrując opowieść prowizorycznym, szybkim rysunkiem na pomiętej karteczce. Otóż ma ono dwa odcinki. Jest tzw. przyłącze zewnętrzne, biegnące od kanału głównego w ulicy do studzienki rewizyjnej znajdującej się na działce. I jest przyłącze wewnętrzne, biegnące od studzienki rewizyjnej do domu. 
Obydwa te przyłącza budujemy na własny koszt, przy czym przyłącze zewnętrzne do eksploatacji dopuszcza ZWiK po odbiorze technicznym i musi być ono zbudowane pod nadzorem uprawnionego instalatora. Przyłącze wewnętrzne natomiast ich nie interesuje. Jak już będziemy mieć studzienkę rewizyjną, to możemy się do niej podłączyć choćby sami, wszystko jedno jak i wszystko jedno czym. Nasza sprawa, ZWiK tego nie sprawdza.

Nasz projekt budowlany zawiera w sobie rozdział pt. „projekt instalacji wod-kan”, ale jak się okazało dotyczy on tylko instalacji wewnątrz domu i przyłącza wewnętrznego (czyli części łączącej dom ze studzienką rewizyjną). Bez tego rozdziału nie dostalibyśmy pozwolenia na budowę, bo nie można wybudować w środku miasta domu bez instalacji wod-kan. Więc jak najbardziej zaprojektowanie tej części instalacji było konieczne i nie są to wyrzucone pieniądze, jak mi się przez chwilę wydawało. Jednak do złożenia puzzli w kompletną całość brakuje nam klocka pt. „przyłącze zewnętrzne”. Teraz po prostu musimy dorobić (zaprojektować i wykonać) drugą, brakującą część, czyli przyłącze zewnętrzne.

Dowiedziałam się, że odgałęzienie od kanału głównego, biegnące w bok pod kątem 90 stopni, fachowo nazywa się sięgaczem. Z mapy wynika, że nasz sięgacz nie jest zbyt długi. Starcza go zaledwie na tyle, aby wyjść z kanałem poza granice drogi. W sumie jest to logiczne, bo przy budowaniu przyłącza zewnętrznego nie trzeba już pruć nawierzchni ulicy, zrywać asfaltu, czy jak w naszym przypadku zdejmować betonowych płyt, z których ułożona jest droga. Sięgacz trzeba będzie przedłużyć, dobudowując kanał dalej w kierunku działki, i zakończyć go studzienką rewizyjną.

Rozpoczynamy poszukiwania projektanta i wykonawcy przyłączy wodno-kanalizacyjnych, który ogarnie nam całość tego zamieszania. Dzwonię więc do kierownika budowy i opowiadam co i jak:
- Krzysiek ratuj, musisz kogoś znać, bo ja już nie mam siły na szukanie i na branie gości z gazet. Muszę mieć kogoś solidnego, godnego polecenia, sprawdzonego, kto ogarnie temat, ujarzmi ZWiK i przy okazji z nas nie zedrze.
Krzysiek obiecał, że zaraz coś znajdzie. Już po chwili oddzwonił i podał mi numer telefonu do pana Grzegorza:
- Gadałem z nim przed chwilą. Powiedział, że się podejmie. Zadzwoń i powołaj się na mnie. Facet jest konkretny, sprytny, ma wszelkie uprawnienia instalacyjne, na gaz i prąd też. Tak że nie martw się, wyprowadzi wam to przyłącze. Solidny jest.

Natychmiast zadzwoniłam do pana Grzegorza. Jak najbardziej, w słuchawce konkret. Kosztów nie udało się ustalić, bo pan nie wie i wszystko zależy: jak długi kanał, jak głęboki, co tam jest do zrobienia. Szczegóły dogadamy jak się spotkamy na działce i gdy zajrzy w papiery. 
Powiedział jedynie, że zbudowanie samej studni rewizyjnej to koszt ok. 2 tys. zł, więc trudno powiedzieć, w jakiej kwocie zmieścimy się z całością (czyli z projektem, wykopami, przedłużeniem sięgacza), ale uprzedza, że 3 tys. to chyba zbyt optymistyczny wariant.
Spotkamy się po świętach to będziemy rozmawiać. Na razie i tak czekamy na aktualne warunki przyłączenia, bo bez nich nie ruszymy. Póki co wesołych świąt. Pan Grzegorz kazał mi jeszcze napisać do siebie sms-a z krótką notką, o co chodzi i podać moje dane, żeby wiedział w jakiej sprawie i z kim ma się kontaktować po świętach.

No. Czyli wychodzi na to, że kupiliśmy działkę niby w pełni uzbrojoną, z wszystkimi przyłączami, a mamy działkę kompletnie bez przyłączy. Bowiem przyłącze prądu owszem, było, tylko że w chwili rozbiórki starego domu trzeba było go zlikwidować i zaczynać jego budowę od zera, czyli od prowizorki budowlanej. Gaz owszem, kiedyś był, ale odcięty dawno temu, więc ponowne uruchomienie go, nawet gdyby nie było rozbiórki, byłoby niemożliwe, bo przyłącze okazało się zbyt stare, nie spełniające obecnych wymogów i do modernizacji. A że była rozbiórka, to już w ogóle stare przyłącze gazu jest nie do wykorzystania, podobnie jak stare przyłącze prądu. Z kanalizacją też wyszły cuda – jak opisałam wyżej. 
Boże, daj nam siłę, żebyśmy przez tę budowę nie zwariowali!