Dom

Dom

piątek, 2 października 2015

68. Drzwi zewnętrzne, czyli pierwszy mebel

2014-05-28

Dziś byliśmy na działce spotkać się z naszym hydraulikiem. Przyjechał swoim wypasionym mercedesem i po raz pierwszy widzieliśmy go „po cywilnemu”, znaczy się nie w stroju roboczym. Był fajnie ubrany, miał czapkę z daszkiem, jeansy, t-shirt z nadrukiem i rozpiętą, cienką koszulę jeansową z krótkim rękawem zarzuconą niezobowiązująco zamiast sztywnej marynarki. Na daszku czapki zaczepił ciemne okulary. No prawie gościa nie poznałam, naprawdę fajnie wyglądał. Facet ma około pięćdziesiątki, świetną sylwetkę, jest zadbany (co nie mieści się trochę w stereotypie polskiego hydraulika) i dziś okazało się, że ma też niezły gust.
Z rozmowy wyniknęło, że facet właśnie jedzie na mecz, ale nie jako kibic, tylko jako zawodnik. Wyszło na jaw, że pan Kukułka jest czynnym, niemal zawodowym piłkarzem piłki nożnej, a jego drużyna szczyci się sukcesami w krajowej lidze seniorów! No no, zaimponował nam gościu:
- Powiedziałem sobie kiedyś, że robota robotą, ale na życie też trzeba znaleźć czas. No i tak już szósty rok będzie jak jestem w drużynie. Nie wiem, jak kiedyś mogłem bez tego żyć. Tak więc nie mam dziś za wiele czasu, bo gramy. Przyjechałem tylko po projekt, bo tam sobie wymiary zdejmę i będę wiedział ile czego kupić. No i klucze bym wziął, żebym od poniedziałku od rana mógł zaczynać.

Projektu niestety nie zabrałam z domu ze sobą, choć przez chwilę miałam w głowie taki pomysł. Daliśmy mu więc tylko klucze od bramy, kłódki od skobla prowizorycznych drzwi i od blaszanego garażu. Umówiliśmy się, że jutro, gdy będziemy na działce, przywieziemy projekt i zostawimy go w domu. W wolnej chwili będzie mógł po niego podjechać bez konieczności umawiania się z nami.

Jutro na godzinę 10. umówiony jest na działce montaż drzwi zewnętrznych.
- Jak zamontują drzwi wejściowe, to klucz do domu zostawimy panu w garażu, na haczyku przy wejściu, żeby mógł się pan dostać do środka - zaproponowałam.
Marek mówi, że jestem zbyt ufna i że nie powinniśmy nikomu zostawiać kluczy od zamków w drzwiach naszego domu, ale jakoś ufam temu Kukułce i nie za bardzo widzę możliwość, aby nosić klucz przy tyłku i za każdym razem przed robotą je otwierać a po robocie zamykać. Musielibyśmy chyba mieszkać na budowie. Póki co kluczami się nie przejmuję, po prostu po skończeniu budowy wymienimy wkadki w zamkach i po sprawie.

Gdy Kukułka pojechał na mecz, ja zajęłam się koszeniem trawy a Marek przeistoczył się w murarza. W świetle drzwi wejściowych wmurował w progu dwa brakujące bloczki fundamentowe, uzupełniając pozostawioną przez budowlańców lukę. Zaprawy wystarczyło dosłownie na styk. Ale udało się, bloczki są, dziury nie ma. Brawo Marek!






Zapytaliśmy pana hydraulika, co sądzi o rozważanym pomyśle, aby zamiast tynków wyłożyć ściany i sufity regipsami. Pan Kukułka serdecznie nam odradził:
- Tynki maszynowe są naprawdę niewiele droższe od regipsów. bo koszt samych płyt to tylko ułamek kosztów. Trzeba doliczyć jeszcze profile stalowe, taśmy dylatacyjne, wkręty, szpachlówkę do spoinowania, to suma sumarum wyjdzie prawie tyle samo co za tynki, uzbiera tych kosztów niemało. A tynk to tynk, jakość ścian jest o wiele lepsza. Po pierwsze ze względu na twardość, a po drugie i ważniejsze, ze względu na wilgotność. Regipsy są higroskopijne i chłoną wilgoć z powietrza, osadza się na nich para. Widziałem nawet już grzyb na stosunkowo nowych ścianach. Ja bym regispów nie robił. Tynk cementowo-wapienny oddycha i daje lepszą jakość powietrza w domu, nie ma efektu wilgotnej puszki czy takiego jakby termosu, jak przy regipsach – mówił hydraulik, który przez lata doświadczeń w zawodzie zwiedził mnóstwo domów. Nie mamy powodów, żeby mu nie ufać.

Pan hydraulik doradził też, aby najpierw zrobić wylewki, a dopiero potem zamówić ekipę do tynkowania ścian i sufitów:
- A nam doradzali odwrotnie, żeby wylewki robić właśnie po tynkach. Bo podobno przy tynkowaniu ścian sporo tynku zlatuje na posadzkę i można go po prostu zalać wylewką, zamiast zeskrobywać z gotowej wylewki – powiedziałam.
- No właśnie. Tynk zlatuje. Jak pani ma gotową posadzkę, to tynkarz musi to co mu spadnie posprzątać. Na bieżąco, zanim zaschnie, żeby potem nie musieć odkuwać. A gdy jest etap przed wylewkami, to chlapią ile wlezie. Jak spadnie to spadnie, nie patrzą. I potem ma pani takie byle co, przy ścianach grubo, po środku mniej. I po co? Niech tynk robią tak, żeby jak wyjdą było czyściutko, na gotowo. Wiem z doświadczenia, że jak tynkują po wylewkach, to idzie mniej tynku, a jak przed, to pod ścianami potrafią być usypane naprawdę wielkie garby z zaprawy. I potem nie wiadomo co z tym robić, równać styropianem, podcinać go, czy skuwać, żeby tą wylewkę w miarę prosto zrobić - argumentował Kukułka.

Po czasie powiem, że kolejność prac w praktyce bywa różna. Jedni robią najpierw wylewki i po nich tynki, a inni odwrotnie. Jeśli w domu nie instaluje się ogrzewania podłogowego, to kolejność prac jest w zasadzie dowolna, bez różnicy. Ale jeśli zakłada się podłogówkę, wówczas tynkarze kategorycznie mówią, że koniecznie najpierw tynki, a wylewki na końcu. Czemu – wyjaśnię w poście dotyczącym tynkowania.
My na naszej budowie najpierw zrobiliśmy wylewki i póki co wszystko jest ok. Wynikało to z naszej niewiedzy, że jednak bezpieczniej dla tynków jest robić wylewki na końcu.

Po siedmiu tygodniach oczekiwania wreszcie doczekaliśmy się drzwi zewnętrznych.
Na montaż przyjechało dwóch młodych chłopaków. Ich szef zadzwonił do nas, umówił datę i godzinę montażu i przypomniał, że do dopłaty zostało 2 700 zł i żebyśmy rozliczyli się z ekipą po skończeniu montażu. Wszystko się zgadzało.

Panowie dotarli na działkę kilka minut przed nami. Chwilę poczekali, upewnili się tylko telefonicznie, że jedziemy. Ale nie mamy sobie nic do zarzucenia, bo to oni byli przed czasem, my dojechaliśmy na umówioną godzinę.

Zaczęliśmy znajomość z chłopkami od kawy, czekoladek i od rozmów na temat budowy domu. Każdy z nich budował swój własny dom, większość prac wykonując samodzielnie. Było więc o czym gadać. Opowiadali o oszustwach, że są powszechne i że niektórzy wykonawcy potrafią skasować klienta za materiały, których w ogóle w danej robocie się nie używa. Ostrzegali, że trzeba być naprawdę czujnym.

Chłopaki naprawdę szczerze chwalili drzwi, które mieli nam montować. Mówili o swoim szefie, że to mega uczciwy facet. A pracowali już w niejednej firmie, to wiedzą co mówią:
- To jest złoty człowiek. Naprawdę dobre ma ceny, od pokoleń to ciągnie, po ojcu. No i gdyby czasem zdarzyła się jakaś reklamacja, ale to naprawdę rzadko, jak tam pracuję od 3 lat, to były dwie, i to dwie z winy uszkodzenia futryn przez murarzy - to szef bardzo idzie na rękę. On woli dopłacić do interesu, byle klient był zadowolony – opowiadali.

Fajnie się gadało. Wzięliśmy od nich wizytówki, bo prywatnie, po godzinach, zajmują się wykańczaniem wnętrz, a szczególnie układaniem płytek. Może się jeszcze spotkamy.

Nasze drzwi zapakowane były na przyczepce samochodowej, były solidnie zafoliowane a narożniki zabezpieczone były tekturą.

Gdy chłopaki zajęli się montażem drzwi, my zajęliśmy się biednym, chorym, rudym kotem, który przyplątał się na naszą działkę.


Już wczoraj go widzieliśmy. Siedział taki biedny, zmoknięty, skulony w trawie. Ale gdy sąsiad uruchomił za płotem kosiarkę, kot się wystraszył i gdzieś pobiegł, albo raczej pokuśtykał.
Dziś ten sam rudzielec znowu przybył. Podeszłam do niego. Nawet nie uciekał. Chyba nie miał już sił. Był bardzo chudy i wycieńczony. Pewnie nie jadł od bardzo dawna.
Zrobiło nam się go żal. Z jednej strony był paskudny. Miał zaropiałe oczy, a jedno z nich było całkiem matowe. Nawet nie wiem, czy to chore oko czy tylko strup po oku. Wczoraj w okolicach ucha widzieliśmy u niego wielkiego, napompowanego krwią kleszcza. Dziś kleszcz już się odczepił, nie było go.
I co z takim zwierzęciem nieszczęśliwym zrobić?
Aż strach go dotykać. Nie wiadomo, jak zareaguje, czy się nie wystraszy, czy nie drapnie. Nie wiemy, czy nie roznosi jakichś chorób. Brzydzimy się wziąć go na ręce, żeby odwieźć do weterynarza. No i musimy się też troszczyć o nasze dwa koty domowe, które śpią z nami w jednym łóżku. Nie chcielibyśmy przywlec do domu jakichś chorób odzwierzęcych.
Ostatnio moja przyjaciółka Renata mówiła, że gdy jej przyjaciółka przygarnęła bezpańskiego kota, zaraziła się grzybicą. Dostała liszaja na rękach i przez długi czas nie mogła się z niego wyleczyć, a na maści sterydowe wydała majątek.

I co tu robić? Jasne jest, że trzeciego kota do domu nie weźmiemy. Póki co postanowiliśmy go przynajmniej nakarmić. Marek wsiadł do samochodu i pojechał do najbliższego sklepu po karmę. Kupił kocią puszkę i poczęstowaliśmy kota. Zjadł 3/4, nieco spłoszonym wzrokiem rozglądając się na boki, czy nikt na niego nie czyha. Gdy się najadł, wstał - o rany, jaki on chudy! - i przeszedł obok mnie, całkiem blisko. Jakby chciał podziękować. Ale nie otarł się o mnie, jak to zwykle czynią nasze koty. I całe szczęście. Kot odszedł na kilka metrów dalej i przysiadł w trawie.

Zrobiliśmy mu małe schronienie pod drzewem. Ułożyliśmy na trawie deski, przykryliśmy je ciepłym styropianem. Zrobiliśmy daszek z desek i papy wsparty na pustakach, ustawiliśmy z tyłu ściankę. Przed deszczem i wiatrem będzie mógł się schować. Wstawiliśmy do środka kubek z wodą i pozostałą karmę.
Ciekawe, czy kot będzie na naszej działce jutro. Trochę dręczą nas wyrzuty sumienia, że nie zabraliśmy go ze sobą, że nie zawieźliśmy go do weterynarza. Ale zobaczymy, co będzie dalej. Trochę nie mamy ochoty pokochać tego biednego kota, bo naprawdę nie chcemy go przygarnąć do domu. Jeśli przeżyje, będziemy go karmić. A może wydobrzeje i sobie pójdzie? Tak byłoby najlepiej.

Ale wracamy do montażu drzwi.

Chłopaki zaczęli pracę od zdemontowania naszych drzwi prowizorycznych. Poszło to nieprawdopodobnie łatwo, co utwierdziło nas w przekonaniu, że nie były one praktycznie żadnym zabezpieczeniem. Człowiek z łomem i z wkrętakiem był w stanie rozebrać je w ciągu kilku minut.


Nowe drzwi są piękne! Futryna jest wyższa od skrzydła o wysokość naświetla, czyli takiego jakby nieotwieralnego okienka, które będzie znajdować się nad drzwiami, aby wpuszczać do wnętrza domu więcej światła. Owe okienko jest z szyby zespolonej.


Wmurowane wczoraj przez Marka bloczki betonowe doskonale się trzymają. Trochę siadły na zaprawie i są nieco niższe od sąsiednich bloczków, ale chłopaki orzekli, że to w niczym nie przeszkadza, bo futryna oprze się na starych bloczkach a dwucentymetrową lukę pod tymi nowymi po prostu wypełni piana montażowa.

Chłopaki ostrożnie zdjęli skrzydło drzwi z zawiasów, delikatnie oparli je o ścianę i przystąpili do montowania samej futryny, która była takim jakby pustym prostokątem z szybką na górze. Najpierw domocowali do futryny metalowe kotwy.



Potem przy pomocy wiertarki przygotowali ościeże, z pustaków porothermowych skuli wszystkie pióro-wpusty, aby powierzchnia wokół futryny była jak najbardziej gładka. Potem wstawili w otwór futrynę i zblokowali ją drewnianymi klinikami, które wbili młotkiem tak, aby z każdej strony między futryną a murem powstała szczelina, na piankę. Na etapie klinowania, przy pomocy poziomicy ustawiali pion i wreszcie przykręcili kotwy do muru.



Potem jeden z chłopaków zabezpieczył futryny niebieską taśmą ochronną, oklejając je dokładnie z obydwu stron, po czym w szczeliny między futryną a murem napuścił pianki montażowej. Na koniec panowie zamocowali w drzwiach klamkę i dwa zamki, zawiesili drzwi na zawiasach i zerwali niebieskie taśmy ochronne. Polecili, aby do jutra drzwi nie otwierać na całą szerokość ani nimi nie szarpać, dopóki pianka należycie się nie utwardzi. Potem posprawdzali i wyregulowali zamki.





Wręczyli nam pęk pięciu identycznych kluczy. Zamki są dwa, ale otwiera się je jednym kluczem.
Na koniec dostaliśmy jeszcze kartę bezpieczeństwa, która wygląda jak karta kredytowa. Tłumaczyli, że jest to jakiś atest dla zamków, który bywa przydatny przy ubezpieczaniu budynku. Podobno gdy okażemy się ową kartą przed firmą ubezpieczeniową, suma ubezpieczenia przy niezmienionej składce automatycznie wzrośnie, właśnie dzięki atestowanym zamkom.
No i wreszcie panowie wręczyli nam fakturę, zainkasowali pozostałą do dopłaty kwotę i pojechali.


Trzeba przyznać, że przy montażu panowie bardzo uważali, aby drzwi się nie porysowały i nie obtłukły. Przy każdym opieraniu ich o ściany podkładali pod ranty miękki styropian. Same drzwi również ustawiali na styropianie, a przy ich przenoszeniu uważali, aby wspierać je na własnych butach, a nie na żwirze.




Nie wiem jeszcze, jak drzwi będą się sprawować w użytkowaniu, ale na tym etapie z czystym sumieniem mogę polecić wszystkim niedrogą i solidną firmę produkującą drzwi drewniane o nazwie Tom-Drew z siedzibą w Łodzi przy ul. Budziszyńskiej 4. Drzwi są ładne, solidne, leciutko i perfekcyjnie się zamykają, i w ogóle wszystko w nich jest naj. I przysięgam, że nie dostałam od tej firmy ani złotówki za reklamę. Ba, nawet chyba nie wiedzą, że ich chwalę. Ale niby czemu mam nie chwalić, skoro jestem zadowolona?
Teraz tylko będziemy musieli uważać, aby nasze piękne drzwi nie uległy zniszczeniu w trakcie dalszych prac budowlanych.

Kolejny etapik naszej budowy za nami. Drzwi to jakby pierwszy mebel, który naprawdę cieszy.

czwartek, 1 października 2015

67. Luka w progu i plany przedhydrauliczne

2014-05

Nadszedł czas, aby zamontować drzwi wejściowe. Dziś wreszcie zadzwonili z fabryki, że drzwi już się wyprodukowały i umówiliśmy się na ich zamontowanie, na czwartek.


Nasze prowizoryczne drzwi zbite z desek wkrótce znikną. Posłużyły nam one tylko przez kilka tygodni, ale ich wykonanie bynajmniej nie było zbędne, bo dzięki nim od miesiąca mamy zamknięty dom. To się nazywa stan surowy zamknięty – no, może prawie zamknięty, bo deskowe drzwi na skobel trudno nazwać prawdziwym zamknięciem. Niemniej jednak za chwilę będziemy mieć prawdziwe, solidne, piękne drzwi z prawdziwymi zamkami i kluczami. Już się nie mogę doczekać.


Dziś pojechaliśmy z Markiem do marketu budowlanego i kupiliśmy mały worek gotowej, sypkiej zaprawy to murowania oraz wiadro, w którym będzie można ją rozrobić z wodą. Postanowiliśmy bowiem, że przed montażem drzwi wmurujemy samodzielnie brakujące w progach bloczki betonowe. Nasi budowlańcy pozostawili luki w wejściach – zarówno w otworze na drzwi wejściowe jak i w otworze na drzwi balkonowe. Dzięki tym lukom, w czasie gdy trwała budowa, łatwiej mogli wwozić do środka domu materiały budowlane. Skoro nie było progów wystarczyło rzucić w przejściach deski i spokojnie dawało się wjeżdżać do środka załadowaną materiałami budowlanymi taczką.

Po skończeniu budowy – jak mniemam – panowie powinni wmurować te trzy brakujące bloczki fundamentowe, ale jakoś o tym zapomnieli. Oni zapomnieli, a my w ogóle nie mieliśmy pojęcia, że należy to egzekwować. Dopiero podczas montażu okien oraz przy pierwszej wizycie pana od drzwi, gdy robione były obmiary, sprawa konieczności uzupełnienia luk w opasce z bloczków fundamentowych wyszła na jaw.


Przy zakładaniu okna balkonowego panowie sami wprawili nam brakujący bloczek, przyklejając go do chudziaka i bloczków sąsiednich pianką montażową. Powiedzieli, że na razie sama pianka wystarczy, chodzi tylko o to, żeby nie było dziury pod futryną i żeby koty albo inne zwierzęta nie wchodziły nam do domu. A jak będziemy tuż przed robieniem wylewek, to sobie ten prowizorycznie wprawiony pustak wytniemy z pianki i go porządnie wmurujemy. Okno i tak wspiera się na bloczkach, które są po bokach otworu, zamontowane jest dodatkowo na kotwach, więc jeden słabiej przytwierdzony pustak w niczym nie przeszkadza.

Niemniej przed wprawieniem drzwi wejściowych, chcemy od razu porządnie i na gotowo zapełnić lukę, wmurowując brakujące bloczki zaprawą cementową, a nie jakąś miękką pianką. Jutro będziemy więc bawić się w murarzy i wmurowywać, zarówno ten obecnie wpiankowany jeden bloczek pod oknem balkonowym, jak i dwa brakujące bloczki, które stworzą próg w drzwiach wejściowych. Zobaczymy, jak nam to pójdzie. Jeszcze nigdy w życiu nie murowałam. Marek też nie. Jesteśmy podekscytowani naszym pierwszym razem!


Jutro o 16. mamy na działce spotkanie z hydraulikiem, który zaczyna robić naszą instalację wodno-kanalizacyjną. Pan Kukułka przedstawił nam wycenę potrzebnych materiałów, w tym pieca gazowego firmy Vaillant (podobno lider wśród pieców) i grzejników firmy Purmo (podobno lider wśród grzejników). Całość ma nas kosztować około 25 tys zł. Łał! Kwota mnie prawie przewróciła, to kupa szmalu. Cóż, będziemy płakać i płacić. Wyjścia innego nie ma. Nie na darmo wszyscy twierdzą, że instalacja wodno-kanalizacyjna oraz dach to najdroższe elementy każdej budowy.

Pan Kukułka uświadomił nam, że w pierwszym etapie prac hydraulicznych nie montuje się pieca i grzejników, a tylko same rurki rozprowadzające wodę po domu, czyli do wszystkich ujęć wody oraz do grzejników:
- Piec i kaloryfery to będzie drugi etap, jak już będziecie po tynkach i wylewkach - mówił.
A więc na początek na instalację wodno-kanalizacyjną potrzebujemy jakieś 10 tys. zł. No dobra, trochę się to wszystko rozciągnie w czasie.

Pan Kukułka powiedział także, że poza materiałami hydraulicznymi, które on sam zamówi i dowiezie, będziemy musieli samodzielnie załatwić, znaczy się zakupić, folię oraz styropian. Nie mam pojęcia ani jaką folię ani jaki styropian i ile tego ma być, ale obiecał, że pomierzy, policzy i powie. Niebawem wszystko się okaże.

Przed rozpoczęciem robót wodno-kanalizacyjnych mamy uprzątnąć wszystko z podłóg, znaczy się z tego betonu, na którym podłogi kiedyś powstaną. Trzeba powynosić leżące gdzieniegdzie cegły, folie, deski i śmieci. Trzeba uprzątnąć cały parter, gdzie w rogu leży kilka worków śmieci pozostałych z zakładania gontów bitumicznych (w różowe worki spakowane są folie, którymi gonty podklejone były od spodu dla zabezpieczenia warstwy kleju - jest tego mnóstwo!). Poza tym w domu jest sporo palet i blatów, a w kącie stoją pozostałe z budowy pustaki i cegły. Trzeba to wszystko wynieść z domu na podwórko i dokładnie pozamiatać. Gdybyśmy wiedzieli, że dom ma być puściutki, nie składowalibyśmy pozostałych z budowy resztek materiałów budowlanych w salonie, a od razu ustawilibyśmy paletę pod orzechem. Cóż, pierwszy raz się budujemy i nie przyszło nam to do głowy, chociaż jakby się tak głębiej zastanowić to powinno! Będziemy teraz musieli te pieczołowicie zeskładowane pustaki i cegły wynosić na podwórko.


Przy zamiataniu betonu kurzu będzie co nie miara. Chyba pylicy płuc dostaniemy! Nie, nie da się tego zrobić na sucho. Chyba zdecydujemy się na spryskiwanie posadzki zraszaczem i na ściąganie budowlanego błota łopatą. Ech, jeszcze nie mam na to pomysłu. Obecnie jest tak, że przy zwykłym chodzeniu po domu kurz cementowy wzbija się na wysokość kolan. No i właśnie całego tego syfu musimy się pozbyć.
Cementowy pył trzeba będzie spakować w grube worki i gdy zamówimy już kontener na wszelkie odpady budowlane i śmieci, po prostu wyrzucić. Nie powinno się tego pyłu cementowego rozsypywać po działce, bo to nie jest zwykły piach, ale żrący cement, który zaszkodzi roślinom i nie zostanie łatwo zasymilowany przez glebę (tak mi się przynajmniej wydaje).

Zastanawialiśmy się, czy nie należy już teraz zamówić kontenera. Załadować go gruzem, który jest wysypany w miejscu tarasu, wrzucić do niego wszystkie spakowane w worki śmieci, pył cementowy z zamiatania domu i ścinki papy oraz gontów.
Ale na razie nie uzbieraliśmy jeszcze śmieci aż tyle, aby zapełnić kontener. Z drugiej strony nie mamy pewności, czy mamy się pozbywać gruzu usypanego w miejscu tarasu. Pan Jarek coś przebąkiwał, że gruz się przyda do utwardzenia tarasu - ale nie wiem jak by to miało wyglądać. Zadzwoniłam więc po poradę do brata pana Jarka, który zajmuje się układaniem kostki brukowej i robieniem tarasów oraz schodów. Pan ten poradził, żeby nie pozbywać się gruzu:
- Nie ma sensu wywozić gruzu, i jeszcze za to płacić. Gruz się pokruszy i będzie jako podbudowa pod taras, takie dodatkowe utwardzenie. Dopiero na to pójdą pozostałe warstwy żwiru i piasku. Szkoda pieniędzy – przekonywał.
Tak więc ze sprzątania z użyciem kontenera na odpady budowlane na razie rezygnujemy. Samych śmieci mamy zbyt mało, by zapełnić mały nawet kontener, więc póki co będą sobie leżeć pod płotem jak dotąd, i czekać, aż się ich uzbiera więcej.


Na naszej działce rośnie aromatyczny lubczyk, melisa i chrzan. Dziś Marek posadził jeszcze tymianek, którego sadzonkę przywiózł od swojej mamy. Powoli zaczynamy korzystać z dobrodziejstwa posiadania własnego kawałka ziemi. Ja wprawdzie bardziej przeszkadzam niż pomagam, bo czasem psuję Markowi te drogocenne uprawy, zapominam i wjeżdżam w nie kosiarką. Ale zawsze jakoś odrastają. Marek kiwa tylko głową z politowaniem:
- Jak można było nie odróżnić lubczyka od chwastu!
No, taki już mam talent-antytalent.
Pamiętam jak przed laty, w podstawówce, pani zabrała naszą klasę na lekcji przyrody do ogródka woźnej, aby pielić grządki. Wypieliłam swój fragment idealnie - wyrwałam wszystkie czerwone listeczki botwinki i zostawiłam piękną, wysoką, zieloną lebiodę. Jakoś lebioda bardziej mi wtedy wyglądała na roślinę użyteczną, niż ledwo co wschodząca botwina. Gdy zobaczyła to moja koleżanka ostrzegła mnie złowieszczym szeptem:
- Lepiej zakop te liście buraków głęboko i powiemy pani, że w tej części jeszcze nie wzeszły, bo jak się okaże, że wyrwałaś botwinę a zostawiłaś chwasty, to będzie afera!
Tak zrobiłam. Zakopałam dowody mej ignorancji ogrodniczej i nic się nie wydało.

Nic więc dziwnego, że Marek drży o swoje zioła, czy aby na pewno nie zrobię im krzywdy. Niestety, w zeszłym roku wyrwałam z ziemi wielki chrzan, bo takie wielkie „chwaścisko” wyrosło mi na środku trawnika! Potem się okazało, że Marek specjalnie go hodował, aby mieć do kiszenia ogórków. Na szczęście nie udało mi się wykarczować go w całości i szybko odrósł. 
Cóż, działkowca to już ze mnie nie będzie na pewno. 

poniedziałek, 28 września 2015

66. Tynki czy regipsy? - oto jest pytanie

2014-05-27

Pan elektryk z brzydką szyją, podczas rozmowy z Markiem na temat rozkładania kabli, zasiał w nas wątpliwość co do sensowności wykańczania ścian wewnętrznych tynkami:
- A po co wam tynki Nie lepiej płyty kartonowo-gipsowe? Przecież regipsy są o wiele tańsze, ładniejsze, równiutkie i kładzie się je błyskawicznie. Dziś już mało kto kładzie tynki, a zwłaszcza gdy patrzy na koszty – przekonywał łysy brzydal.

Dotąd sądziliśmy, że tynk to jedyna opcja i że mamy jedynie możliwość wyboru między tynkiem ręcznym (tzw. tradycyjnym) a tynkiem maszynowym. Potem nasza wiedza poszerzyła się i wiemy, że trzeba też wybrać rodzaj tynku: albo cementowo-wapienny, albo gipsowy.
Jaka jest różnica?
Otóż tynk gipsowy jest nieznacznie tańszy (nie 27 ale 24 zł/m2), jest równiejszy, bardziej gładki (podobny do gładzi) i szybciej schnie. Ale jest też dużo bardziej miękki od tynku cementowo-wapiennego, mniej odporny na uszkodzenia, każde stuknięcie w ścianę gipsową kończy się wgniotkiem, który oczywiście łatwo naprawić szpachlówką, ale kto by chciał całe życie latać ze szpachelką i gipsować dziury w ścianach!

Po czasie powiem, że pan tynkarz zwracał uwagę na krótki termin przydatności gipsowej zaprawy tynkarskiej:
- Gips ma bardzo krótki termin ważności. Trzeba naprawdę mieć uczciwego dostawcę, żeby nie wpakować się w kupno zleżałego, starego tynku gipsowego. A to potem wszystko wychodzi w robocie. Stary tynk nie trzyma się jak trzeba, nie daje się dobrze wygładzić. Już się kiedyś natknąłem na przeterminowany tynk gipsowy i to wyrzucone pieniądze są, zmarnowany czas i robota. Trzeba było wszystko zrzucać, skuwać i robić od nowa. Dlatego nie zgadzam się już na robienie tynków z materiałów powierzonych przez klientów. Mam swojego dostawcę, zawsze pewność, że tynk jest świeży i po prostu trzymam się sprawdzonego producenta.
Jeśli to kogoś zainteresuje dodam, że facet ten pracował na materiałach firmy Alpol z Przysuchy.

Tynk maszynowy jest tańszy od tynku tradycyjnego, bo panują stereotypowe przekonania, że tynki ręczne są lepsze - nie wiedzieć czemu. Opinia ta jest niepotwierdzona i jak sądzę po czasie –nieprawdziwa. Okazuje się bowiem, że w zasadzie każdy tynk wygładzany jest ręcznie, identyczną technologią polegającą na gładzeniu ściany rantem deski! Różnica tkwi jedynie w sposobie natryskiwania zaprawy na ścianę.


O tynkach wiemy już coraz więcej, a teraz słyszymy, że tynku wcale być nie musi?
Hmm. Trzeba rozpoznać temat.  

Po krótkim rekonesansie, czyli rozmowach z kim się da i szperaniu w Internecie, dowiedzieliśmy się, że ściany z płyt karnowo-gipsowych są zbyt miękkie, że łatwo się uszkadzają (przy małych nawet uderzeniach) i że pękają na łączeniach, czyli na tzw. spoinach.
Oczywiście ich zaletą jest niższa cena i łatwość oraz szybkość wykonania ścian wewnętrznych. Wiele osób jest w stanie wykonać ściany kartonowo-gipsowe samodzielnie. Wystarczy przymocować do ścian i podłóg profile stalowe, a następnie dokręcić do nich płyty, zaszpachlować łączenia (co się fachowo nazywa spoinowaniem łączeń) i zaklajstrować szpachlówką dziurki po wkrętach. I już. Ściany gotowe. Wystarczy je zagruntować i pomalować.

Do tynków z kolei bezapelacyjnie będziemy musieli wynająć ekipę, i to fachową, a o takową ponoć niełatwo. W przeciwieństwie do płyt kartonowo-gipsowych samemu tynkowania zrobić się nie da. Potrzeba nie lada wprawy, doświadczenia, starania i dokładności, aby tynki były ładne i  równe. To nie jest robota dla amatorów.

Ponadto, aby tynk miał dobry wygląd, podobno należy zaciągnąć go gładzią gipsową – tak mówią wszyscy.
I tu zaczyna się nasz problem, bo gładzi absolutnie nie chcemy. Po pierwsze dlatego, że to dodatkowe koszty. A po drugie, ważniejsze, dlatego, że gładź gipsowa bardzo psuje akustykę pomieszczeń. Dźwięki odbijają się od tych gładkich, twardych jak blaszka powierzchni, i każdy pokój jest jak studnia, w której aby coś usłyszeć, trzeba do siebie krzyczeć. Dźwięki nie zapadają się w ściany jak w aksamit, ale hulają dookoła i powodują wnerwiający hałas i chaos. Zero aksamitu, zero stłumionego, kinowego szeptu. Tylko echo i studnia. Zwariowalibyśmy w takich wnętrzach, a Marek to już na pewno. Za każdym razem, gdy chodzimy w gości do znajomych, którzy mają w pomieszczeniach gładzie gipsowe, wracamy potwornie zmęczeni i z bólem głowy. Żeby zrozumieć lektora czytającego wiadomości w TV trzeba rozkręcić telewizor na głośny lewel. Takie gładzikowe ściany możnaby uratować chyba tylko obwieszając je dywanami tureckimi, dlatego gładziom gipsowym mówimy stanowcze nie!

Słyszeliśmy także, że przy robieniu tynków maszynowych drzwi i okna narażone są na uszkodzenia, że się niszczą. Trzeba je bardzo dokładnie zabezpieczyć, okleić folią, która też nie zawsze wystarcza, bo się drze i wtedy tynk przykleja się do szyb i ram i trzeba go potem zdrapywać, zeskrobywać.
Jedna z naszych znajomych bardzo narzekała, że po tynkowaniu domu okna mieli kompletnie zniszczone, że tynk porysował i ramy i szyby i że okna po tynkowaniu wyglądały jak stare, chociaż były nowe.  
Po czasie powiem, że wszystko zależy od dbałości ekipy tynkarskiej. Jak panowie chcą, to niczego nie poniszczą. Da się. Niemniej miałam nieprzyjemność szorować szybę okna w miejscu, gdzie folia ochronna się rozdarła. Oj, nie byłam zachwycona.

Cóż. Już sami nie wiemy co robić. Pan elektryk zasiał w nas poważną wątpliwość i rozważamy nadal, czy aby na pewno chcemy brnąć w tynkowanie.

Płyty kartonowo-gipsowe można montować wprost na ściany na tzw. placki - czyli kupki zaprawy nakładane na płytę w kilku punktach. I to podobno wystarcza, aby płyta doskonale trzymała się muru, nie ma potrzeby, by nakładać klej na całą jej powierzchnię. Ale przy takim montażu (plackowym) między pustakiem a płytą pozostaje niewielka przestrzeń, szczelina, pustka powietrzna. Jest ona wręcz korzystna, bo stanowi dodatkową izolację termiczną, jednak we mnie zawsze budzi się pytanie co jest w tej szczelinie? Pająki? Mrówki? Inne robale? Oj, chyba mi się to nie podoba.

Płyty kartonowo-gipsowe można także montować na drewnianych listwach (zamiast na plackach zaprawy) – jeśli ktoś chce się w to bawić. To oczywiście podraża inwestycję i spowalnia pracę, ale ponoć jest to bardziej fachowy sposób montażu.

Słyszałam też opinię mojej ukochanej cioci Aliny, która mówiła:
- Żadne regipsy! Ani mi się waż! Tynk to jest tynk. A te gipsy, regipsy albo inne wynalazki to jest tandeta! U sąsiadki sobie z tego ściany zrobili, to, mówięc ci z ręką na sercu, co tam pójdę, to smrodek taki stęchły czuję. Nie chce się to wywietrzyć już trzeci rok! Ja tam nie wierzę, że to jest zdrowe. Od zawsze dawało się w domach tynki, bo to jest dobre. A te nowe mody to się nie przyjmą. Nie dawaj się na to namówić – przestrzegała mnie niezbyt nowoczesna, ale dobrze mi życząca ciocia.

Jak widać – opcji do rozważenia jest wiele.
Po powrocie do domu Marek zaczął zgłębiać temat regipsów. Czytał fora, oglądał filmy instruktażowe w internecie, szukał argumentów "za" i "przeciw".

Z kolei nasz kolega Karol, który niedawno przeprowadzał remont kapitalny odziedziczonego po babci domu, twierdzi, że regipsy to wcale nie jest złe rozwiązanie. U niego na parterze na ścianach jest tynk, a na górze są właśnie regipsy:
- Regipsy są o wiele ładniejsze i gładsze. No i sporo tańsze. Poza tym większej różnicy w użytkowaniu nie widzę. I powiem, wam, że trafiliśmy na słabą ekipę tynkarzy, którzy nie umieli zrobić prostych ścian. Sporo było poprawek i kłótni na ten temat. Gdybym jeszcze raz miał decydować, to pewnie zrobiłbym regipsy w całym domu – mówił Karol.

Karol stwierdził też, że jedyny kłopot z regipsami to wieszanie na nich np. szafek czy półek.  W zasadzie powinno się przewidzieć z góry, gdzie ma co wisieć, w którym miejscu będzie szafka albo lustro. W tych miejscach należy bowiem wzmocnić ściany, na przykład przykręcić pod regipsami drewniane łaty, aby nie było pustki powietrznej, tylko pełna struktura. A zaplanowanie całego urządzenia i umeblowania domu na etapie jego budowy nie jest takie proste, powiem, że wręcz niemożliwe.
Poza tym Karol mówił, że gdzieś słyszał, że regipsy wysuszają powietrze, ale on tego u siebie nie zauważa i nie wie czy to prawda.
My także czytaliśmy, że gips jest materiałem wysoce higroskopijnym, który mocno chłonie wilgoć z powietrza. Ale równie łatwo tę wilgoć oddaje, czyli swą wilgotność przystosowuje do wilgotności otoczenia. Chyba więc to nie jest wadą.


Potem do dyskusji o regipsach włączył się nasz przyjaciel Marian, który wygłosił tajemnicze hasło, że regips nie oddycha. Ale ta opinia wydała nam się całkiem dziwna, bo skoro regips nie oddycha, to gładź gipsowa też nie, a jakoś większość ludzi – on także - gładź w mieszkaniach kładzie. Poza tym fachowcy twierdzą, że od oddychania domu to jest odpowiednia wentylacja i otwory, najlepiej rozszczelniane okna, a nie ściany.
No więc nie słuchamy takich opinii, bo to bzdury jakieś. Osobiście nie wierzę w oddychanie ścian, bo niby co to znaczy? Że przelatuje przez nie wiatr? No, nie chciałabym. Zresztą wystarczy zaklajstrować ścianę uni-gruntem, farbą lateksową albo tapetą i już wszystkie pory w ścianie są zatkane i z oddychania nici. Bardziej wierzę w dobre lub złe promieniowanie ścian, czyli w materiały, z których ściany są wykonane. Gazobetony, czyli sprasowane produkty uboczne spalania żużli, odpadają. Niemniej oczywiście nie znam się na tym i przemawia przeze mnie jedynie intuicja. A że jestem zodiakalną rybą to intuicję mam świetną. Więc w grę wchodzi tylko naturalna, wypalana ceramika. Natomiast od oddychania to są płuca, a nie ściany.

Póki co wybór, czy tynki czy regipsy, to dla nas jeszcze daleka droga. Jest czas na zastanowienie się, a każda z opcji ma swoje dobre i złe strony.
Po czasie powiem, że ostatecznie zdecydowaliśmy się na rozwiązanie mieszane – na dole, w części mieszkalnej położyliśmy tynki (na ścianach cementowo-wapienne, na sufitach gładsze, gipsowe), a na górze, w części studyjnej, płyty kartonowo-gipsowe, o czym zdecydowały głównie względy akustyczne, bowiem wszystkie ściany na górze zostały wytłumione solidną warstwą akustycznej, specjalnej wełny mineralnej ułożonej na murach pod płytami kartonowo-gipsowymi.

Dodam jeszcze, że tynki cementowo-wapienne są szalenie trudne w naprawie. Wszelkie niedoróbki tynkarzy (które niestety nawet przy dobrej, polecanej i sprawdzonej ekipie się zdarzają), bardzo trudno jest usunąć. Szpachlowanie nierówności oznacza, że na porowatej powierzchni ściany pojawi się gładziutki placek, który całkiem inaczej odbija światło i odznacza się od reszty powierzchni. Takie gładkie placki okazują się bardziej denerwujące i wadliwe niż niewielkie nierówności w tynku. Trzeba naprawdę sporo cierpliwości, różnych chwytów i sposobów, aby naprawić tynk tak, by nie było widać miejsca naprawy. Możliwe, że fachowcy mają na to swoje łatwe sposoby, ale ja, amator, sporo się namęczyłam, aby załatać nierówności w sposób zadowalający (acz nigdy nieidealny). Jeszcze o tym opowiem.  

piątek, 7 sierpnia 2015

65. Elektryk do wykonania rozdzielni pilnie poszukiwany

2014-05-25

Szukamy elektryka. Zdecydowaliśmy, że facet, który instalował nam prowizorkę budowlaną nie będzie robił całej instalacji elektrycznej w domu, bo nie do końca ufamy w jego fachowość. Przypomnę, że założył inny bezpiecznik niż wynikało to z dokumentów i elektrownia odmówiła nam przyłączenia prądu do czasu jego wymiany. I chociaż pan był miły, to boimy się mu zaufać.
Poza tym pan od prowizorki sam przyznał, że nie posiada stosownych uprawnień, więc co do papierków i podpisów korzysta z uprzejmości kolegi, jak sądzę nie za darmo. A więc nie. Szukamy kogoś innego.


Dostaliśmy telefon do elektryka od pana Andrzeja - dekarza. Rozmawiałam z nim telefonicznie o wycenie naszej instalacji. W przybliżeniu podał następujące orientacyjne koszty:
- przyłącze, skrzynka licznikowa, materiały, papiery 2 500 zł
- materiały do środka (w tym rozdzielnia 1500 zł) 3 000 zł
- robocizna 50 zł/punkt x ok. 80 punktów 4 000 zł
razem 9 500 zł

Nie wiem czy to drogo czy tanio. Z mojego rozpytywania się na lewo i prawo wynika, że koszt instalacji elektrycznej w domu jednorodzinnym może być bardzo różny. Słyszałam o cenach od 5 do 25 tys. zł. Oczywiście decydujące znaczenie ma ilość tzw. punktów, czyli gniazdek, włączników i punktów świetlnych. Cena za pojedynczy punkt też bywa różna, waha się od 35 do 60 zł.

Pan elektryk z telefonu jakoś mnie do siebie nie przekonał. Ciężko się z nim rozmawiało. Ceny podawał niechętnie, „mniej-więcej, bo to zależy” i z góry uprzedzał, że nie są one wiążące, „bo to zależy i okaże się w trakcie”. Nie do końca pan mi wyjaśnił, co kryje się pod pojęciem „przyłącze” i „papiery”. Nie rozumiałam, co do mnie mówił, a tekst "jakoś się dogadamy" doprowadził mnie do szału. No nie. Za mało konkretów i za dużo niewiadomych.

Od słowa do słowa okazało się, że nasz znajomy ma brata elektryka. Gdy się dowiedział, że szukamy kogoś do wykonania instalacji natychmiast do niego zadzwonił, oddał mi słuchawkę i kazał sobie uzgadniać z Artkiem, co tam potrzeba.
Opowiedziałam wstępnie o co chodzi i Artek - elektryk zaproponował spotkanie na działce, żeby wszystko obejrzeć i obgadać.


Spotkanie ustalone zostało na 10 rano w niedzielę.
Pojechaliśmy. Okazało się, że Artek nie był sam, ale z pewnym starszym mężczyzną. Hmm. Nie spodobało nam się to, bo podobno Artek miał być dobrym fachowcem i posiadać wszelkie uprawnienia, a teraz wychodzi na to, że to ów starszy facet jest mózgiem projektu.

Szukanie elektryka wśród znajomych miało oczywisty cel: sprawić, aby było taniej. Chodzi bowiem o to, aby elektryk wykonał jedynie przyłącze, czyli zainstalował i podłączył rozdzielnię prądu wewnątrz domu oraz skrzynkę licznikową na zewnątrz. No i oczywiście aby całą instalację na końcu posprawdzał, wykonał niezbędne pomiary i sporządził wszelkie papiery wymagające podpisu uprawnionego elektryka. Natomiast samo rozprowadzenie kabli po domu, czyli zrobienie tzw. punktów, Marek postanowił wykonać samodzielnie. Stwierdził bowiem, że to czynności banalnie łatwe:
- Nie widzę sensu, żeby płacić 50 zł za punkt. Co ja kabli nie położę? A jaka to filozofia, nawiercić otwory i przymocować kable spinkami? Trzeba umieć tylko posługiwać się wiertarką – twierdzi Marek.
Do zaoszczędzenia jest jakieś 3 - 4 tys. zł. Z tym, że Marek będzie musiał zakasać rękawy i zaprzyjaźnić się z wiertarką, co uczyni – jak twierdzi – z ochotą i zapałem.

Ów starszy elektryk to niezły ściemniacz, z gatunku gawędziarzy. Nie lubię takich, ale nie będę się nakręcać i nastawiać negatywnie. Facet jest łysy, ma wystający brzuch, który rozdyma przyciasny i przybrudzony t-shirt, i ma brzydką szyję z wielkim, obwisłym podgardlem. Aparycja dość odpychająca, niestety. Amant z niego żaden, ale na powitanie pocałował mnie w rękę! Bleeee!
Zaczął rozmowę od wygłoszenia swojej filozofii życiowej:
- Wiecie państwo, ja wyznaję taką zasadę, że aby wymagać od innych, najpierw trzeba zacząć wymagać od siebie. I dlatego właśnie – ciągnął dalej gawędziarz – przyjechałem tu do państwa na miejsce nieco przed umówioną godziną, na wszelki wypadek, aby na pewno się nie spóźnić.
Jezu, co za nudziarz!

Artek natomiast, nie dość, że się spóźnił, to jeszcze zapomniał papierosów i sępił od Marka. I chociaż nie wygłaszał żadnych życiowych filozofii, to jakoś bardziej ufam Artkowi niż łysemu.
Panowie będą pracować we dwóch, więc mam nadzieję, że jakoś się dogadamy. Z Artkiem na pewno.

No dobra, starszy pan pogadał trochę, jaki to on jest fajny, ale do rzeczy.
Pan elektryk, rozumiejąc naszą sytuację, że przecież chodzi o koszty, nie widzi przeszkód, aby Marek rozciągał kable sam:
- Zawsze może pan spróbować. Nie jest to bardzo skomplikowane, aczkolwiek trochę trzeba się orientować. Z doświadczenia wiem, że zwłaszcza wyłączniki schodowe sprawiają kłopot. Ale jakby co służę pomocą, mogę wytłumaczyć, podpowiedzieć. A jak będzie pan miał dość samodzielnej pracy i uzna pan, że jednak chce to zlecić, nie ma sprawy. Ale oczywiście popieram i też uważam, że warto spróbować samodzielnie. Sporo pieniążków zostanie wam w kieszeni – życzliwie, acz bez wiary w sukces, elektryk zaakceptował naszą propozycję współpracy.
Oczywiście pan zaznaczył, że po skończeniu będzie musiał wszystko posprawdzać, pomierzyć miernikiem, bo przecież będzie się musiał pod tym podpisać, tak, jakby robił to on sam.

Swoją pracę (a raczej pracę wspólną z Artkiem, bo już się umawiali na jakieś drabiny i montaże sztycy przy dachu), pan wycenił na jakieś 3500 - 3700 zł. Stanęło na 3500. Dodatkowo chciał jeszcze 150 zł za załatwienie papierów w elektrowni, ale po moim marudzeniu i twardych negocjacjach odstąpił od pomysłu i zostaliśmy przy kwocie 3500 zł.

Do tego będziemy musieli kupić wszystkie potrzebne materiały, w tym rozdzielnię, bezpieczniki, skrzynkę na licznik, sztycę (czyli taką rurkę wystającą nad poziom dachu, do której pociągnięte zostaną kable od słupa do domu za pomocą tzw. warkocza) i wiele innych „drobiazgów”.


Pan zaproponował, że materiały kupi sam, bo to będzie łatwiejsze niż tłumaczenie, co mu będzie potrzebne. Oczywiście w hurtowni i oczywiście na fakturę. Całą specyfikację zakupów mamy mieć do wglądu.
- Nie sądzę, żebyście byli w stanie kupić materiały taniej niż ja. A jeśli nawet to chodzi najwyżej o kilka złotych różnicy. Ja się zaopatruję w naprawdę dobrej, taniej i sprawdzonej hurtowni, więc proponuję, że wezmę zakupy na siebie. Będzie po prostu łatwiej.
Brzmi rozsądnie.

Pan oszacował, że na zakupy materiałów potrzebuje 2 000 zł zaliczki. Jeśli pieniędzy zostanie, oczywiście zwróci nam różnicę, a gdy zabraknie, założy za nas i będziemy się rozliczać później, na podstawie faktury.

Najważniejsze, że pan obiecał bezproblemowy odbiór instalacji przez elektrownię. Twierdzi, że od lat z nimi współpracuje i że zna tam wszystkich. Zapewniał także, że nie będzie problemu z wcześniejszym „załatwieniem” zmiany taryfy, czyli przejścia z droższego prądu budowlanego na tańszy prąd bytowy:
- Normalnie takie coś powinno nastąpić dopiero po decyzji o pozwoleniu na użytkowanie całego domu, ale wiadomo, jak się ma układy można to przyspieszyć – ciągnął łysy.
Podobnie mówił kiedyś straszny facet z elektrowni, że będzie mógł to „załatwić” (to było wtedy gdy sądził, że zlecimy mu podłączanie prowizorki).

Po czasie powiem, że to ściema. Nieprawdą jest, że do zmiany taryfy potrzebny jest formalny odbiór budynku. Wystarczy, że inspektor z elektrowni stwierdzi w protokole, że dom nadaje się do zamieszkania (czyli że zakończone są grube roboty typu tynki, wylewki, że jest wc, okna, drzwi itp.). Formalne pozwolenie na użytkowanie nie jest do tego wymagane. Ale magicy-elektrycy, chcąc złapać fuchę, kłamią jak najęci.

Ja sądzę, że 3500 zł za przyłącze i rozdzielnię to bardzo duża kwota. Liczyłam, że łysy krzyknie 2000 zł. Ale cóż, pan-fachowiec „z układami w elektrowni”, się ceni.
Marek stwierdził:
- Nie ma co szukać dalej i taniej. Facet jest do dogadania się, posprawdza, podpisze, no i wiemy już, że z elektrownią nie da się normalnie. Ja chcę mieć to głowy.
Ok.

Z działki przyjechaliśmy do naszego mieszkania, aby przekazać łysemu zaliczkę na materiały - owe 2 koła. Umowy niby nie spisujemy, ale poprosiłam o dowód i spisałam dane tego faceta. W końcu widzieliśmy go pierwszy raz w życiu. Nie znamy się, a moja intuicja podpowiadała mi, że nie wolno mu wręczyć żadnych pieniędzy bez pisemnego pokwitowania i bez sprawdzenia, gdzie go ewentualnie potem szukać. Zapisałam imię i nazwisko, adres.
Pan wykazał pełne zrozumienie, że oczywiście moja ostrożność jest całkowicie zrozumiała, "w końcu to są pieniądze".
Obejrzałam też jego cenne uprawnienia elektryczne. Nie znam się na tym ani trochę, ale przeczytałam je od deski do deski. Takie niebieskie były i nie mam pojęcia, czy to takie są potrzebne, czy inne.



Zapisałam na owej kartce z danymi osobowymi uzgodnioną kwotę za robociznę 3500 zł oraz pokwitowanie pobrania zaliczki za materiały – czyli w zasadzie spisałam jakby umowę, na szybko, na kolanie, z kwotami i z jego podpisem, żeby potem nie mógł się wykręcać, że uzgodnienia były inne. Kurcze, nie ufam mu!

Podpisał, zabrał kasę i klucze od działki i domu (czyli od kłódki do prowizorycznych drzwi) i pojechał. W ciągu tygodnia ma załatwiać materiały, a w weekend wraz z Artkiem mają rozpocząć prace.
I dobrze. Kolejny krok do przodu.

Marek oszacował, że za kable, jakie będzie musiał kupić, aby rozłożyć instalację w domu, zapłaci około 800 zł. Tak więc cała instalacja (oczywiście bez gniazdek i włączników, które montuje się po tynkach), powinna nas kosztować około 6300 zł. Wobec szacunku elektryka powinniśmy więc zaoszczędzić 3200 zł. Zobaczymy, jak to wyjdzie.

Po czasie powiem, że podjęcie współpracy w łysym to były dobre złego początki. Ostatecznie wybrnęliśmy z kłopotów, to znaczy Marek wybrnął, ale kosztowało nas to sporo nerwów. No i Marek musiał zgłębić wszelkie tajniki dotyczące instalacji elektrycznej, montowania rozdzielni, obwodów elektrycznych, bezpieczników różnicowo-prądowych, uziemienia i w ogóle wszystkiego elektrycznego. Wiercenie wiertarką i rozciąganie kabli to faktycznie był pikuś wobec tego, przez co mój zdolny małżonek musiał przebrnąć barując się z błędami „uprawnionego”!!! łysego.

No, ale nie ma tego złego. Cytując reklamę pewnego banku mogę spokojnie powiedzieć, że to co Marek ma w głowie, to już mu zostanie, a nerwy przeminą.

Perypetii elektrycznych ciąg dalszy nastąpi :)

Ps. Zdjęcia do niniejszego posta wrzucę jutro, bo dziś mam imieniny i idę świętować. 
I sorry, że tak długo nie pisałam, ale ostatecznie piszę bo chcę. Jak nie chcę to nie piszę. A tak na serio to kompletnie nie miałam czasu bo każdą wolną chwilę spędzałam na malowaniu ścian i sufitów w naszym domu. Malować już umiem :) 

wtorek, 14 lipca 2015

64. Przymiarki hydrauliczne

2014-05

Postanowiliśmy się zorientować, ile pieniędzy będzie nam potrzebne na dalsze etapy prac. Zaczęliśmy od hydrauliki. Zadzwoniłam do pana Kukułki, tego samego, który rozkładał nam rury kanalizacyjne pod domem. No bo niby czemu mamy szukać kogoś innego, skoro pan Kukułka okazał się solidny, niedrogi i uczciwy (oddał stówę, o której nie wiedzieliśmy że jest do zwrotu, i to nie osobiście ale przez pana Jarka, a nie musiał tego robić, bo nigdy byśmy się nie zorientowali, że cena materiałów była niższa od wziętej na nie zaliczki). No i oczywiście opinia pana Jarka, że Kukułka jest dobry, nie jest bez znaczenia.

Umówiliśmy się z panem Kukułką na działce, aby przekazać mu projektu naszego domu:
- Ja podjadę i wezmę projekt, to zobaczę, co tam u państwa będzie potrzeba. Bo wie pani, przez telefon to się nie da powiedzieć ceny, ani policzyć grzejników, ani ustalić jakie te grzejniki, ani nic. Jak będę miał projekt to przygotuję wstępną wycenę całości. Dobrze? – brzmi rozsądnie.

Niestety, pan Kukułka jest człowiekiem z pokolenia o oczko wyżej od nas, które nie potrafi korzystać z dobrodziejstwa Internetu, z poczty elektronicznej i z udostępniania plików. Dlatego po dokumenty musi fatygować się osobiście, a co za tym idzie fatyguje również nas. Ale nic to. Dobrze, że chociaż nosi przy tyłku telefon komórkowy i że zazwyczaj go odbiera, a jak nie, to zawsze oddzwania.

Po chwili rozmowy z panem Kukułką miny nam zrzedły, bo uświadomił nam, że czekają nas spore wydatki:
- Skoro, jak pani mówi, na działce nie było kanalizacji i dawny, rozebrany dom korzystał z szamba, to teraz trzeba będzie się do tej kanalizacji włączyć. Bo jak kanał jest w ulicy, to przy budowie nowego nie pozwolą zrobić szamba.

Faktycznie, przypomniało mi się, że dostaliśmy kiedyś pismo z Wydziału Gospodarki Komunalnej Urzędu Miasta, iż mamy obowiązek przyłączyć się do sieci kanalizacyjnej, bo nakazuje to jakaś ustawa. Wtedy na działce stał jeszcze stary dom do rozbiórki. Przepisy stanowią bowiem, że gdy przy działce jest kanalizacja miejska to szamba być nie może. I ja to popieram, bo żyjemy w XXI wieku. Inną kwestią jest to, kto powinien za to zapłacić. I o ile trudno jest zobowiązać wszystkich dotychczasowych posiadaczy szamb do ich likwidacji i do sfinansowania nowych przyłączy, tak nie ma szans, aby ZWiK pozwolił na podłączenie do szamba nowo wybudowanego domu. W życiu nie dostalibyśmy odbioru budynku. Zresztą, nie chcemy szamba, to oczywiste.
Na to pismo grzecznie odpisałam, że oczywiście, jak zbudujemy nowy dom to z pewnością przyłączymy go do kanalizacji. Zjadliwie raczyłam im też wytknąć urzędniczy bałagan, że powinni o tym wiedzieć, bo to właśnie Urząd Miasta zatwierdzał projekt budowlany i wydawał decyzję o pozwoleniu na budowę naszego domu. A w projekcie stoi jak wół, że włączenie do kanalizacji jest planowane. Więc całkiem niepotrzebnie Urząd wydawał publiczne pieniądze na pisanie i wysyłanie tego typu wezwań, wystarczyło zerknąć w wydane przez siebie papiery.
Ach, ale ja złośliwa jestem dla tych urzędów! Ale może to dlatego, że sama kiedyś byłam urzędnikiem. Porzuciłam tę żenującą, źle zorganizowaną i fatalnie niesprawiedliwie rozłożoną pracę. Dokładnie wiem, jak bardzo nieefektywnie się tam pracuje. Niektórzy owszem, narobią się, wykonując nikomu niepotrzebną papierologię, z której nic nie wynika. Moloch urzędowy, pomimo zatrudnienia tak wielu ludzi, jest nieskoordynowany i niewydolny. Jeden wydział nie ma pojęcia, co robi sąsiedni. Dlatego na przykład pisze się wezwania aby podłączać się do kanalizacji ludziom, którym przed chwilą wydało się pozwolenie na budowę. 
Ale nie o tym.
Pan Kukułka twierdzi, że samo włączenie się do kanalizacji biegnącej pod ulicą może kosztować nawet 10 tys. zł, bo wiąże się to z zaprojektowaniem przyłącza, zamknięciem i rozkopaniem drogi, zajęciem pasa drogowego (za co się płaci), pompowaniem wody (bo u nas woda podchodzi wysoko i najprawdopodobniej bez pomp z filtrami igłowymi się nie obejdzie - nie wiem o co chodzi) i wybudowaniem studni rewizyjnej (cokolwiek to znaczy). W dodatku pan Kukułka nas zmartwił, że nie zdecyduje się na wykonanie kanalizacji zewnętrznej. Powiedział, że może się podjąć tylko części instalacji w budynku:
- W Łodzi niestety nie podejmę się budowy przyłącza, bo z łódzkim ZWiKiem są problemy. Tam tylko „swoi” robią, obcych nie wpuszczają. A ja jestem spoza Łodzi i spoza układu, więc szkoda nerwów, czasu i pieniędzy. Już kiedyś próbowałem robić w Łodzi, zresztą nie tylko ja, to powiem pani że tyle przeszkód wynajdywali, tak się czepiali każdego papierka, byle na zwłokę, byle przedłużyć, i tyle razy przekładali odbiór, że więcej zapłaciłem za zajęcie pasa drogowego niż zarobiłem na tym interesie.
Hmm, poważne zarzuty. Oczywiście niepotwierdzone. Nie wiadomo, czy wymogi formalne stawiane przez łódzki ZWiK przewyższają możliwości ogarnięcia papierków przez pana Kukułkę i znanych mu hydraulików, czy faktycznie coś jest na rzeczy. Tego nie wiem i chyba nie chcę wiedzieć. Wiem natomiast, że Kukułka nie podejmie się budowy przyłącza w Łodzi i to mnie smuci.

Wszystko inne, czyli instalację wewnętrzną wodno-kanalizacyjną, centralnego ogrzewania, zimnej oraz ciepłej wody, wraz z podłączeniem pieca gazowego i kaloryferów, pan Kukułka jak najbardziej oferuje się wycenić i gdy zaakceptujemy cenę – wykonać.

Gdy wróciliśmy do domu, ze skwaszonymi minami, zadzwonił pan Kukułka:
- Wie pani co, bo ja tu patrzę w ten projekt, w te mapy, i tu mi wynika, że przyłącze kanalizacyjne macie w działce.
- A co to znaczy? Ja pamiętam, że myśmy rozwalali szambo i że stary dom nie był przyłączony do kanalizacji. Ale może to było tak, że kanalizację gmina podciągnęła, tylko pani Teresa nie miała pieniędzy i się do nie po prostu nie podłączyła? – spytałam.
- No mogło tak być. Bo tu z planów wynika, że studnia rewizyjna jest. Na działce. Wystarczy tylko się wpiąć. No i jakieś tam papiery zgłoszenia się robi, ale to sobie poradzimy.
- Czyli wszystko mógłby pan zrobić we własnym zakresie?
- No o tym mówię. W działce wszystko zrobię. To macie lekko licząc dychę w kieszeni.

Ufff. Co za ulga! Ależ my się na tym kompletnie nie znamy. Dopiero po rozmowie z Kukułką Markowi się przypomniało, że faktycznie ma rację. Mówiła o tym zarówno pani pośrednik nieruchomości, gdy kupowaliśmy działkę (że działka jest kompletnie uzbrojona, a to znaczy, że mamy spore oszczędności w kieszeni – do tej pory tych oszczędności nie widziałam). I mówił o tym nasz projektant pan Piotr, że przyłącze i studnia są w działce, więc dom jest zaprojektowany do przyłączenia do przyłącza istniejącego.

Po czasie powiem, że studnia rewizyjna istniejąca na mapie wcale nie musi istnieć w rzeczywistości! Niestety, mapa do celów projektowych dla naszej działki kłamała. Okazało się potem, że studni rewizyjnej na naszej działce nie było, choć tak wynikało z map, którymi dysponował Ośrodek Geodezyjno-Kartograficzny, geodeci, ZWiK i wszyscy święci!
Nikt nie wie, jakim cudem studnia rewizyjna naniesiona została na mapy, skoro de facto nie istnieje. A geodeta, który dokonał tego naniesienia, sądząc po dacie urodzenia, już dawno nie żyje. Konsekwencje bałaganu poniesiemy oczywiście my.

Pan Kukułka studiował nasz projekt ponad miesiąc. W tym czasie udało mu się przemyśleć nasze instalacje, zaplanować i spisać zapotrzebowanie na wszelkie rury, złączki, otuliny, zawory, grzejniki i piec. Bardzo długą listę zakupów przekazał do wyceny hurtowni hydraulicznej, z którą współpracuje i w której – jak twierdzi- dostaje spore upusty. I wreszcie, mając w garści kompletną wycenę, oddzwonił. Spotkaliśmy się na działce, gdzie wręczył nam ofertę na piśmie.





Za robociznę pan Kukułka zażyczył sobie 4500 zł, a resztę stanowiły koszty materiałów. Wszystko razem wyniosło około 25 tys. zł!!!
O kurde. Niemało. Przyznam, że nieco zbiła mnie z tropu ta kwota. Myślałam, że 15 tys. to będzie maks. A gdy doliczyć jeszcze wybudowanie przyłącza i studni rewizyjnej, to robi się poważny koszt. Niestety, nie na darmo ludzie gadają, że hydraulika i dach to najdroższe pozycje w budowie domu.

Pocieszające jest to, że w zakres wyceny, poza wszelkiej maści rurkami, wchodzą wszystkie grzejniki, ogrzewanie podłogowe w łazience (okazało się, że mamy je w projekcie, o czym nie wiedzieliśmy bo pan Piotr zapomniał nam powiedzieć!) i piec centralnego ogrzewania.

W wycenie znalazły się grzejniki stalowe marki Purmo oraz piec jednofunkcyjny z zasobnikiem (czyli z takim dużym bojlerem stojącym na podłodze) marki Vaillant – a więc jak twierdzi pan Kukułka "górna półka":
- Na tym nie radzę wam oszczędzać, bo można kupić badziewie o 2 tys. taniej, ale jak badziewny piec się zepsuje, to będziecie w plecy o wiele więcej. Ja nie jestem zwolennikiem oszczędności na sprawach kluczowych. A dobry piec to podstawa, bo decyduje potem o kosztach ogrzewania domu. Piec musi mieć dużą sprawność. No i grzejniki proponuję stalowe, dobrej firmy. Aluminiowe odradzam, bo się utleniają i po kilku latach zaczynają się lać. A z tymi Purmo nic się nigdy nie dzieje. Nie są najtańsze, pewnie w markecie znajdzie pani niby podobne za połowę tej ceny, ale nie warto – przekonywał.



Przypomniało nam się, że pan Andrzej dekarz w swoim domu także zainstalowany ma piec Vaillant i także grzejniki Purmo, a on lubi mieć wszystko najlepsze. Więc Kukułka może mieć rację. 
Zgoda. Nie będziemy się wymądrzać i szukać tańszych rozwiązań, bo się na tym kompletnie nie znamy. Komuś trzeba zaufać i moja niezawodna dotąd intuicja podpowiada mi, że Kukułka jak najbardziej godzien zaufania jest.

Ponieważ okna mamy zamontowane, drzwi prowizoryczne również, to w zasadzie już moglibyśmy angażować pana Kukułkę do pracy. Ale pora jest całkiem niesprzyjająca. Najpierw święta, więc okołoświąteczne urlopy, zakupy i gorączka, nic nie działało jak trzeba. Teraz długi weekend majowy, czyli ogólny marazm. Takie przestoje kompletnie paraliżują rynek. Każdy, nawet pan Kukułka, czeka na po-świętach i na po-weekendzie:
- Umówmy się po 3 maja, bo teraz niczego nie załatwię.
Mam nadzieję, że od poniedziałku życie odzyska normalny rytm i nasze sprawy ruszą z kopyta.

wtorek, 7 lipca 2015

63. Drzwi zewnętrzne z naświetlem i drzwi prowizoryczne z kłódką

2014-04

Zanim przystąpimy do montażu jakichkolwiek instalacji wewnątrz domu, należy go najpierw zamknąć, czyli doprowadzić do tzw. stanu surowego zamkniętego. Aby tego dokonać trzeba wprawić okna oraz drzwi zewnętrzne. Okna już są. Teraz czas na drzwi i możemy umawiać się z hydraulikiem, elektrykiem, gazownikiem i płytkarzerm.

Najpierw sądziliśmy, że trwalsze i łatwiejsze w utrzymaniu będą drzwi stalowe. Panele drzwi stalowych, czyli tzw. skrzydła, robione są w ten sposób, że z zewnątrz, po obydwu stronach, jest okładzina z blachy, ładna, profilowana, tłoczona, do wyboru do koloru, wyglądająca często jak drewno. W środku natomiast są płyty z jakiegoś tworzywa, poliuretanu albo innego świństwa chemicznego, które to świństwo nie stanowi tajemnicy wyłącznie dla chemików, za to pozostając tajemnicą dla reszty ogółu zapewnia ciepło. Wiadomo, drzwi z samej blachy nie są dobrym izolatorem ciepła, więc bez świństwa w środku nie nadawałyby się do domu.
Podobno drzwi z blaszanymi okładzinami nie trzeba konserwować, nie wypaczają się i służą latami. Opcja jest więc do rozważenia.

O drzwiach drewnianych słyszy się różne opinie. Zwolennicy zapewniają, że nie ma lepszych drzwi od drewnianych. Że są ciepłe, ładne i trwałe. Twierdzą oni, że drzwi metalowe zawsze przemarzają:
– Nawet jeśli samo skrzydło jest w środku ocieplone, to na ościeżnicy przemarzania nie da się uniknąć i jeśli ktoś mówi, że uszczelka załatwi temat to się myli. A straty cieplne przy drzwiach zewnętrznych bywają ogromne - przekonywał nas jeden ze sprzedawców drzwi drewnianych, żywo zainteresowany wykonaniem planu sprzedażowego narzuconego mu przez zwierzchników.
O drzwiach drewnianych mówi się ponadto, że potrafią się wypaczyć, że trzeba je malować, że płowieją w słońcu, że się rozsychają albo że butwieją.

No to jesteśmy w kropce. Nie wiadomo co wybrać?

Szukanie drzwi w Internecie bardzo mnie zmęczyło. Ze zdjęć kompletnie niczego nie umiałam wywnioskować. Sam wzór drzwi to nie wszystko. Do każdego modelu trzeba dopasować opis – jakie okucia, jakie zamki, jakie ościeżnice, jakie klamki i w ogóle mnóstwo wariantów, parametrów i nazw, których nie rozumiem. Natknęłam się na oznaczenia i systemy trzyliterowe i wielocyfrowe, których znaczenie rozumieją zapewne tylko sprzedawcy i ludzie od marketingu biznesu drzwiowego. Toż to gorsze niż gwara śląska!

Nie nie, na szukanie drzwi w Internecie zmarnowałam mnóstwo czasu, a jak już jakieś mi się spodobały to za cholerę nie byłam w stanie określić, ile to w całości może kosztować. W cennikach publikowanych na stronach i w katalogach podane są ceny samych skrzydeł, bez akcesoriów, bez klamek, bez zamków, bez montażu i - co najważniejsze - bez ościeżnic!. Czyli wiem, że nic nie wiem.

Odradzam więc szukanie drzwi w Internecie, przynajmniej do czasu, aż przestanie się być - jak ja - całkowitym laikiem w tym temacie. Laikowi wypada po prostu wsiąść w samochód i pojechać w kilka miejsc, żeby ktoś kto się zna opowiedział o tym osobiście i pokazał, co i w jakiej cenie ma do zaoferowania. Tak też zrobiliśmy.

Przyjaciel Adam dał nam adresy trzech firm w Łodzi handlujących drzwiami. Jedna z nich to ogromny skład drzwi, gdzie wybór powinniśmy mieć największy z możliwych. Pojechaliśmy tam. Faktycznie, powierzchnia salonu, z samymi tylko drzwiami, przyprawia o zawrót głowy. Kaufland się chowa. Mieli tam ofertę większości marek, jakie można spotkać w Internecie.

Niestety, obsługa w tym salonie bardzo nam się nie podobała. Najpierw długi czas czekaliśmy, aż pani znajdzie dla nas czas. Komputer i stosy dokumentów na biurku bardzo ją pochłonęły. Potem, gdy już go znalazła, była bardzo niemiła i zniecierpliwiona, że o wszystko chcemy pytać. Zaproponowała nawet, że da nam po prostu katalogi i sobie poczytamy, a wrócimy do niej, jak już będziemy zdecydowani o co nam chodzi. Hmm, chyba nie na to liczyłam fatygując się do sklepu osobiście!

Nasze drzwi okazały się nietypowe, ponieważ są wyższe od standardowych wymiarów. Nad skrzydłem bowiem zaprojektowane jest tzw. naświetle, czyli przeszklone okienko, jakie spotyka się w dawnych wiejskich chatach. Niestety, naświetle górne to nie jest dziś typowa sprawa i nie wszyscy producenci produkują odpowiednie ościeżnice umożliwiające zamontowanie naświetla nad drzwiami. Częściej spotyka się naświetla boczne, czyli dostawki poszerzające drzwi. Ale górne? Niestety, nie jest w modzie.
- A kto dzisiaj wstawia takie drzwi z górnym naświetlem!? Phi – prychnęła ekspedientka pogardliwie.

Niemiła pani w salonie poinformowała nas, że z powodu naświetla górnego wśród drzwi stalowych oferta zawęża nam się jedynie do dwóch producentów, a cena samego tylko naświetla wynosi około 700 zł. Czyli za całość drzwi wraz z usługą montażu i z naświetlem zapłacimy co najmniej 4700 zł, ale dokładnie ile to ona nie wie, bo musiałaby to policzyć!
Wyraźnie nie miała ochoty liczyć tego teraz, chociaż była w pracy, która na tym, jak mi się zdaje polega. Ewidentnie chciała się nas pozbyć, co udało jej się znakomicie. Nie lubimy tej pani i przy obecnym, zasypanym towarami rynku, nie musimy znosić jej arogancji. Albercik! Wychodzimy!

Drugi z adresów od Adama to adres producenta drzwi. Z jego strony internetowej wynikało, że zajmuje się raczej produkcją drzwi drewnianych, których my chyba nie chcemy, ale postanowiliśmy podjechać do tej firmy osobiście, porozmawiać i zdecydować na miejscu.

Producent okazał się małą rodzinną firmą, która istnieje od ponad 50 lat. Przywitał nas starszy, miły pan, który wprawdzie niezbyt orientuje się w ofercie, za to był serdeczny i oprowadził po zagraconym składziku, pozapalał światła i zadzwonił po syna. Syn, czyli obecny właściciel, pojawił się po chwili (mieszkają w podwórku) i z nim rozmowa wkroczyła na profesjonalny lewel.

Panowie ci zrobili na nas bardzo dobre wrażenie. Okazało się, że naświetle górne to żaden problem i że koszt całych drzwi wzrośnie z powodu naświetla o 400 zł (400 to nie 700!!! Okazało się także, że możemy zakupić u nich drzwi stalowe, bo takimi również handlują, ale szczerze je odradzali:
- Drzwi stalowe są po prostu zimne. Prawdziwe drzwi muszą być drewniane. Jeszcze nikt nic lepszego od drewna nie wymyślił. Taka prawda, Oczywiście pod warunkiem, że są to dobre drewniane drzwi, a nie jakieś chińskie z marketu. No i drewniane nie oznacza, że składają się z samego drewna, a ludzie często tak właśnie myślą. To ja mówię, że nic podobnego.

O chińskich drzwiach z marketu, poza tym, że są stosunkowo tanie, nie słyszeliśmy nigdy żadnych pozytywnych opinii. Nasi przyjaciele mieszkający w domku jednorodzinnym dokonali kiedyś zakupu takowych tanich drzwi, niby zewnętrznych i niby drewnianych. I stało się z nimi wszystko to złe, co z drzwiami drewnianymi stać się może.
Otóż drzwi wypaczyły się po pierwszym deszczu. Między skrzydłem a futryną powstały szczeliny, które zmusiły gospodarzy do zamontowania w przedpokoju karnisza i zawieszeniu na nim grubych kotar zatrzymujących wiatr. Ponadto po niespełna roku, od zewnętrznej strony, drzwi wyglądały jakby miały 30 lat. Straciły całkiem kolor a pokrywająca je pierwotnie farba jakby wyparowała, drzwi wyglądały, jakby nigdy nie były pomalowane. Stały się spłowiałe, rozeschnięte i jakieś takie surowe, nagie, niszczejące. Wyglądały naprawdę źle. I cóż z tego, że kosztowały tylko 1600 zł i że były "drewniane"?

Panowie, tata z synem, kręcili głowami słuchając opowieści o takich właśnie drzwiach:
- Proszę pani, te marketowe to chyba z papieru robią, a nie z drewna. Co to jest za drewno i czym to jest malowane to nikt nie zgadnie. Myśmy tu już przerobili setki klientów, którzy się na tę taniochę połakomili. No i wyrzucone w błoto pieniądze. To szkoda sobie nawet tym głowy zawracać. Jeszcze drzwi środkowe – no to można się pokusić. Ale nie zewnętrzne!

Panowie zapewniali, że drzwi, które oferują, nie wymagają konserwacji, bo są malowane kilkunastoma warstwami, bardzo odpornych na czynniki zewnętrzne, farb, jakoś specjalnie napylanych. Zapewniali też, że drzwi mają doskonałe parametry cieplne. W środku. między drewnianymi elementami zewnętrznymi, znajduje się bowiem płyta z poliuretanu która powoduje, że drzwi są cieplejsze i lżejsze od drewna:
- Całość z litego drewna byłaby zbyt ciężka, bo nasze drzwi mają 8 cm grubości. A piana w środku załatwia temat – tłumaczył syn.
Dodatkowo panowie pokazali nam drzwi w przekroju, czyli dostaliśmy do obejrzenia przygotowany specjalnie na ekspozycję fragment rozkrojonych drzwi:
- Żeby nie kupować kota w worku, a konkretne rzeczy, świadomie.Niech państwo popatrzą, drewno po brzegach, ale w środku stalowe solidne zbrojenie i ciepła piana.
W przekroju faktycznie widać, że wewnątrz skrzydła znajduje się metalowa rama, która gwarantuje, że drzwi się nie wypaczą. Nigdy!

Panowie z wielką pasją opowiadali, że drzwi to już w zasadzie mebel. A mebel, poza tym, że ma spełniać swoje właściwości, to musi być jeszcze ładny. Cóż, wygląda na to, że drzwi to całe ich życie, od pokoleń.
Przekonali nas. Na koniec pan-syn pokazał nam drzwi własnej produkcji zamontowane w jego własnym domu, które użytkuje już od pięciu lat (chyba nie kłamał) i faktycznie, wyglądały jak nowe.

Cały koszt, z naświetlem i montażem, wynosi 3300 zł. Czas oczekiwania to około 5 tygodni – bo muszą je zrobić. Ok., bierzemy!

Wybraliśmy kolor, bardzo ciemny brąz, niemal czarny. A wzór dokładnie taki, jaki Marek sobie wymarzył, czyli z boku wąska, długa szybka oprawiona w aluminiowe okucie, biegnące po całej wysokości. Dokładnie taki wzór miały upatrzone przez nas drzwi stalowe, z tym że stalowe dostępne były tylko w kolorze siwym. A tu, nie dość że mamy ciepłe i "prawdziwe" drzwi drewniane, to jeszcze w lepszym kolorze.
Zamówiliśmy. Zapłaciliśmy zaliczkę 600 zł i teraz czekamy.
Oczywiście zamówione przez nas drzwi są kompletne. Zawierają ościeżnicę z naświetlem, skrzydło, mają wmontowane dwa zamki z certyfikatem jakości, wszelkie progi, uszczelki i klamki. Już o nic nie trzeba się martwić, niczego dodatkowo zamawiać ani wybierać (klamkę wybraliśmy - pan-syn pokazał katalog i pokazałam palcem "Ta!").


W drodze powrotnej oczywiście naszły nas wątpliwości, czy na pewno warto takie drzwi montować na obecnym etapie budowy, gdy nie ma tynków ani wylewek, gdy do domu będą wnoszone tony rur, sprzętów i materiałów budowlanych?
- Drzwi zewnętrzne to prawie mebel. Proszę się zastanowić, czy warto montować je teraz. Zazwyczaj ludzie zakładają drzwi docelowe na końcu, a w czasie budowy funkcjonują drzwi prowizoryczne. Albo jakieś tanie stalówki, albo takie wrota zbite po prostu z desek czy płyt. No, chyba że będziecie uważać, zabezpieczycie te drzwi jakąś tekturą albo folią. Ale wie pan, jeden poszanuje a drugi nie. Różni są budowlańcy - mówił pan-syn.

No cóż. Wątpliwość została zasiana. Szkoda by było posiadać zniszczone drzwi zanim się wprowadzimy. Sami chcemy je zniszczyć.
Z drugiej strony tyle się słyszy o kradzieżach na budowach, że może zanim przystąpimy do zakładania instalacji warto by było podpisać umowę z firmą ochroniarską? Z kolei aby podpisać taką umowę trzeba mieć zamontowane solidne drzwi, i to z atestowanymi zamkami. Czyli zaklęty krąg normalnie.
I co tu robić?
Sama ochrona kosztuje 60 zł miesięcznie, ale założenie instalacji monitoringu to koszt ok. 1600 zł – tak się dowiedziałam przez telefon. Czy naprawdę już teraz musimy bulić za tą ochronę? Co niby mamy teraz chronić? Puste ściany?

Zdecydowaliśmy, więc, że nad ochroną pomyślimy potem. A póki co Marek postanowił wykonać prowizoryczne, tymczasowe drzwi, samodzielnie. Z desek, które leżą na placu budowy. W końcu 5 tygodni czekania na drzwi "prawdziwe" przed nami

Owszem, najpierw rozważaliśmy kupienie najtańszych drzwi stalowych w markecie, ale zakup taki, choć jest tani, nie jest darmowy. Za najtańsze drzwi musielibyśmy zapłacić około 300 zł. Do tego trzeba dokupić zamek, narzędzia do ich zamontowania (jakieś wiertła, kołki i inne rzeczy, na których się nie znam).
Marek stwierdził, że to bez sensu w sytuacji, gdy tyle drewna leży na działce. Postanowił zrobić drzwi samodzielnie:
- Choćby po to, żeby ci udowodnić, że umiem!
- Ale oczywiście że umiesz, ja nie wątpię. Tylko czy to ma sens?
- Ma ma. Kocham rżnięcie!
- Dobra. Rób! - postanowiłam nie odbierać mu zapału, bo na widok wyrzynarki i nowego młotka oczy mu się dziko zaszkliły. Facet to facet, gdy odłoży na chwilę instrument i komputer to zaraz szuka sobie męskich zabawek :)

Dobra, decyzja zapadła - Marek robi drzwi. A więc wycieczka do marketu budowlanego. Kupiliśmy kłódkę, skobel, zawiasy, wkręty, wiertła, młotek, wkrętak, kabel z wtyczką do wykonania przedłużacza, klucze ampolowe i parę innych, potrzebnych na budowie rzeczy. Za wszystko zapłaciliśmy 160 zł, ale materiały zużyte na same tylko drzwi kosztowały nas około 80 zł, nie licząc oczywiście desek, które są.

Ja kosiłam trawę, a Marek zajął się robieniem drzwi tymczasowych. Przycinał deski wyrzynarką, zbijał je ze sobą deskami poprzecznymi, dobił deskę na ukos (tzw. zet-zastrzał, żeby drzwi były stabilne i nie wypaczały się w rąb). Do muru przy wejściu przytwierdził dwie dechy po dwóch stronach, a następnie przykręcił do nich z jednej strony zawiasy, a z drugiej strony skobel. Naszarpał się z tym trochę, ale swego dopiął, Drzwi są! Nad nimi, w miejscu naświetla, została spora dziura, którą Marek zaślepił dodatkowymi deskami.
I wszystko działa!
Drzwi trzymają się na zawiasach i można zamknąć je na kłódkę firmy Gerda.
Oczywiście zamknięcie to ma charakter bardziej psychologiczny niż faktycznie chroni przed włamaniem, bo jeśli ktoś zechce takie drzwi sforsować, to zrobi to bez problemu. Jednak na razie to powinno wystarczyć. Na wielu budowach widuję takie właśnie prowizoryczne drzwi.







Zresztą, na naszej budowie jeszcze nie ma czego ukraść. Nawet gdy zaczniemy robić hydraulikę to i tak grzejniki i piec będą instalowane na samym końcu, gdy dom będzie zamknięty na dobre, "prawdziwymi" drzwiami. Na razie rozrzucone w środku, pocięte na wymiar, plastikowe rury kanalizacyjne, nie stanowią wartości dla ewentualnych złodziei, nie ma więc czego pilnować. Okien przecież złodzieje nie wymontują, bo dookoła mieszkają czujni sąsiedzi i stale obserwują. Sąsiedzi zawsze dzwonią, gdy coś niepokojącego widzą na budowie. Jak dotąd dzwonili trzykrotnie: dwa razy, gdy wiatr zerwał papę z dachu i raz, gdy otworzyła się brama na oścież (wtedy stary przerdzewiały łańcuch się urwał). Nie sądzę więc, aby możliwa była kradzież nowych okien, bo trzeba by podjechać po nie dużym samochodem i pracować nad ich wymontowaniem kilka godzin, a w tym czasie sąsiedzi z pewnością zdążą zareagować.

Niestety, mieszkamy w Polsce i rozważania na temat „jak się ustrzec przed okradzeniem budowy” nie są pozbawione sensu. Znam historię okien na pewnej budowie, które zamontowano jednego dnia, a zniknęły już dnia następnego. I bynajmniej dom nie stał na odludziu, obok mieszkali czujni sąsiedzi. Ba, nawet pytali złodziei "co tu się dzieje, czemu demontują okna?". I co usłyszeli? Usłyszeli podziękowania za zainteresowanie, że to bardzo dobrze mieć takich czujnych sąsiadów, że czasy takie podłe. Ale żeby się nie martwić, bo oni tu są na zlecenie właścicieli. Rzekomo wczoraj owi "fachowcy" zamontowali przez pomyłkę okna dwuszybowe, a klient zamówił okna trzyszybowe i teraz muszą to wszystko odkręcać! Jeszcze zbolałych robotników zagrali! Podczas interwencji sąsiadów złodzieje zadzwonili nawet – oczywiście fikcyjnie – do właściciela i udawali rozmowę z nim, mówili, że są już na miejscu, że robią tak jak było umówione i że wszystko gra. Gratulowali też czujnych sąsiadów! W tej sytuacji sąsiedzi zostali uspokojeni i odpuścili. A okna zniknęły. Tak zwana kradzież na bezczela, z niespotykanym tupetem. Fakt, nie zmyśliłam tego.
Opowiedzieliśmy Wojtkowi-sąsiadowi tę historię i obiecał, że gdyby podjechała jakaś ekipa i zaczęła wymontowywać nasze  okna, to on od razu dzwoni najpierw na policję a potem do nas!


Po czasie powiem, że drzwi prowizoryczne można sobie darować. Gdy zamontowano nam drzwi docelowe, zabezpieczyliśmy je przed zabrudzeniem i uszkodzeniami, owijając je folią streczową, pod którą wsunęliśmy tekturę wyciętą z jakiegoś pudła. Klamkę owinęłam folią piankową i zakleiłam taśmą, więc spokojnie może ją dotykać robotnik z najbardziej nawet pobrudzonymi rękami. Nic się nie pobrudzi ani nie obije. Na progu rozciągnęłam docięty na szerokość futryny pasek folii fundamentowej, tej gumy rozwijanej, co to kawałek został z budowy. I wprawdzie teraz drzwi trzeba lekko docisnąć na uszczelkach, aby zamknąć zamki, ale po drewnianym, meblowym progu, z aluminiowymi zdobieniami, żaden robotnik nie depcze.
No i trzeba uczulać fachowców, żeby dbali o drzwi, żeby uważali na nie, żeby obchodzili się ostrożnie, nie obtłukiwali i wnosili do środka sprzęty używając mózgów. To działa.
Nie zauważyłam dotąd żadnych zniszczeń.
Oczywiście należy tego wszystkiego pilnować i patrzeć robotnikom na ręce, bo takich pedantów jak pan Jarek-majster i pan Kukułka -hydraulik, których można zostawić na budowie samych i mieć pewność, że zadbają jak o swoje, to niestety zbyt wielu nie ma.
Przy robieniu wylewek dodatkowo zabezpieczyłam boczne futryny drzwi tekturami, które przykleiłam siwą taśmą klejącą do muru, robiąc boczne tekturowe ościeżnice. Wystarczyło.
Zresztą robotnicy gdy widzą, że właściciele się pieszczą i dbają o każdy detal, że są pedantyczni (wzięłam tę rolę na siebie) i gdy uczulają, aby niczego nie poniszczyć, raczej też podchodzą do sprawy poważnie. Dziś każdemu zależy na opinii i na tym, aby ostatecznie klient zapłacił, a nie wykłócał się o obniżenie ceny z powodu zniszczeń.