Dom

Dom

poniedziałek, 21 maja 2018

102. Parapety pod wymiar a papier ścierny precz od tynków!

2015-05

W umówionym terminie przyjechał pan z firmy od okien i przy pomocy laserowego dalmierza (takiego z czerwoną kropką wyświetlaną na ścianie) oraz zwykłej stalowej miarki zmierzył wszystkie wnęki okienne, w których pojawią się parapety. Zapisał sobie wszelkie wymiary na wydruku naszej oferty i powiedział, że teraz dopiero przygotują dla nas ostateczną, dokładną wycenę. A gdy już ową wycenę sporządzą, wtedy będziemy musieli ponownie pofatygować się, osobiście, do punktu obsługi klienta, aby złożyć zamówienie i podpisać umowę. No i oczywiście wpłacić zaliczkę.
Na montaż parapetów czeka się do 14 dni od daty zawarcia umowy.

Zapytałam faceta, czy konieczne jest podkuwanie tynków, czy nie można – jak to podejrzałam u znajomych – tak podciąć parapet, aby dopasować go do wnęki okiennej. Niestety. Przy parapetach z MDF jest to niemożliwe. Tak dzieje się tylko w przypadku parapetów drewnianych. Chodzi bowiem o to, że MDF jest docinany na konkretny wymiar, szlifowany na rantach (uzyskuje pożądane zaokrąglenia), i dopiero w takim kształcie ostatecznym jest laminowany. To właśnie laminat powoduje odporność MDF na wilgoć. Uszkodzenie laminatu, jego przerwanie, powoduje, że MDF staje się jak gąbka, która chłonie wodę. W środku bowiem to sprasowane wióry. Nie ma więc mowy o podcinaniu parapetów z MDF. Ściany i tynk muszą być skuwane na tyle, aby swobodnie wsunąć w szczeliny nieuszkodzone zalaminowane parapety.

Następnego dnia po pomiarach otrzymałam e-mail z wyceną ostateczną, która okazała się o 200 zł droższa niż w pierwszej ofercie - jak podano – „z uwagi na obróbki tynkarskie”.

Udało mi się uniknąć ponownej wizyty w punkcie obsługi klienta. Ustaliłam przez telefon, że pani z biura sprzedaży prześle mi umowę na e-mail, miałam ją podpisać, zeskanować i odesłać skan. Tak też zrobiłam. Wpłaciłam też na konto żądaną zaliczkę. Udało się w ten sposób załatwić sprawę internetowo, ale to tylko dlatego, że kupowaliśmy już u nich okna i nie było kłopotów z płatnością, więc daliśmy się poznać jako klient wiarygodny.

Teraz czekamy na parapety. Podobno ma to potrwać tylko 10 dni, i bardzo mnie to denerwuje, bowiem do czasu zamontowania parapetów nie możemy wykonywać prac malarskich! A już bym chciała!

Pan od mierzenia parapetów powiedział, że spod niektórych ram okien niepotrzebnie wyjęte zostały plastikowe kliny, tzw. dystanse, na których okna były opierane od spodu podczas montażu. Dystanse te powinny pozostać na miejscu, aby podtrzymywać okna. Ponieważ te plastikowe elementy wystają spod okien poza lico ram, należało je ostrym nożykiem przyciąć na równo z ramą, ale tak, aby nadal część plastiku podtrzymywała ramy.



Nasi tynkarze przy murowaniu wnęk okiennych niektóre z tych klinów usunęli, a niektóre zostawili. Usunięte zostały jednak tylko te kliny, które wcale nie trzymały ram, tylko spoczywały sobie pod nimi luźno. Ramy okien i tak przykręcone były do ścian na kotwy. Sądzę więc, że to żaden problem i że okna siedzą na swoich miejscach wystarczająco mocno, mimo braku kilku podpórek od spodu.
Po czasie powiem, że nie zanotowałam żadnych negatywnych konsekwencji z powodu wyłuskania spod kilku ram tych plasticzków, ale skoro monterzy okien doradzają, aby te plastiki zostawić, więc o tym wspominam. 

2015-05-14

Marek spotkał się dziś na działce z nowym panem od płytek. To Wujo naszej przyjaciółki, który - jak wyszło przypadkowo podczas luźnej rozmowy o drogich fachowcach - zajmuje się zawodowo wykańczaniem wnętrz.

Ponieważ nasz pierwszy kandydat płytkowy powalił nas ceną, postanowiliśmy szukać dalej. Wujo okazał się dwukrotnie tańszy od poprzedniego kandydata. Za metr kwadratowy ułożenia płytek krzyknął jedynie 30 zł. Dodatkowo za ułożenie cokołu, czyli opaski z płytek dookoła ścian, aby można było swobodnie posługiwać się mopem bez ryzyka pobrudzenia ściany - pan liczy 40 zł za metr bieżący.

 
Podobno wykonanie cokołu to dość upierdliwa zabawa. Od razu Wujo uprzedził, że musimy się zdecydować, czy cokół ma mieć od góry fabryczne, zaokrąglone wykończenie płytki - wtedy z jednej płytki wychodzą zaledwie dwa niewysokie cokoliki i reszta płytki jest do wyrzucenia, jako odrzut. Można też ciąć płytki gęściej, wtedy rant cokołu będzie ostry, przycięty, nie fabryczny. Pan stwierdził, że jemu wszystko jedno. Ranty docinane są ostre, trzeba je szlifować i nie wyglądają tak profesjonalnie jak ranty fabryczne, ale wybór pozostawił nam.

Można też kupić, dobrać, gotowe niskie płytki cokołowe, ale podobno wychodzi to drożej od samych płytek, więc bez sensu. Sprawa jest otwarta. Musimy się zastanowić, czy kupujemy cokoły gotowe, czy docinamy z brzegów. Od ostrych krawędzi od razu odstąpiliśmy.

Pan Wujo generalnie jest zapracowany i ma dużo zaklepanych zleceń, ale jedna mała podłoga w naszej kotłowni jakoś się zmieści w jego grafik. Pan obiecał, że wpadnie tu ze dwa razy i wykona ją. Natomiast jeśli zdecydowalibyśmy się na całą łazienkę - wtedy będzie trzeba czekać. Najwcześniej z końcem wakacji coś mu się zluzuje z terminami. Dobra. Poczekamy. Teraz najważniejsze jest zrobienie podłogi w kotłowni, aby można było montować piec centralnego ogrzewania z zasobnikiem wodnym. Bo tez zasobnik, czyli taki ogromny bojler, jak już stanie, to będzie na sztywno podłączony rurkami do instalacji w ścianach i nie będzie możliwe jego przesuwanie ani o milimetr. 


Na razie Wujo, przyjacielski i skory do rozmowy, podzielił się z nami kilkoma cennymi uwagami. Oto one.
W jego ocenie w przypadku nowych tynków dwukrotne malowanie ścian z pewnością nie wystarczy. Aby ściany miały równy kolor trzeba się liczyć co najmniej z ich trzykrotnym malowaniem. 
Po czasie powiem, że ściany malowane były czterema warstwami - dwie warstwy farby podkładowej i dwie farby właściwej. Więc Wujo miał rację.

Sufit mu się nie podobał. On uważa, że ma sporo niedoskonałości i aby był naprawdę idealny należałoby go pociągnąć gładzią.

Kolejna cenna rada była taka, żeby ścian w żadnym wypadku nie docierać papierem ściernym! A więc w samą porę to powiedział, bo taki właśnie mieliśmy zamiar i popsulibyśmy ściany!
Otóż ściany i wszelkie na nich niedoskonałości należy wyrównywać przy pomocy specjalnej szczotki z włosia do omiatania tynków z piasku. Bo te nierówności, które widzimy czasem pod światło, takie jakby grubsze ziarno, to tylko nieobsypany piasek. Łatwo się go z tynków sczesuje i tak należy go potraktować. Z delikatnością. Jeśli natomiast zaczniemy przycierać ściany papierem ściernym, to w miejscach tarcia powstaną zbyt gładkie, plackowate miejsca, które będą odróżniać się fakturą od reszty tynku. Jest to nie do uratowania potem. Poza tym papierem łatwo można narobić tzw. wżerów, zbyt mocno zeszlifować tynk, który łatwo się spod papieru obsypuje i zaburza się płaszczyznę ściany, powstają w niej doły. A więc papier ścierny kategorycznie nie!

Kolejną radą Wuja było, aby wszystkie wylewki, zarówno pod panele jak i pod płytki, zagruntować, czyli przemalować płynem gruntującym przy pomocy futrzanego wałka na długim kiju. Służy do tego grunt pod terakotę, nieco mocniejszy niż ten do gruntowania ścian. Tworzy on fajną, gładką jakby skorupkę i powoduje, że wylewki przestają się kurzyć. Po takim zabiegu wreszcie będzie się dało posprzątać, bo teraz można sobie zamiatać na okrągło a posadzki nadal się kurzą.

I to z grubsza tyle wstępnych porad od Wuja, które przyznam, okazały się bardzo cenne. Zwłaszcza ta z papierem ściernym.

Wujo zajmuje sie nie tylko płytkami, ale także malowaniem. Bierze 7 zł/m2, ale usługa ta nie polega wyłączenie na przeleceniu trzykrotnym ścian i sufitów wałkiem, tylko na kompletnej usłudze, z której ważniejsze od samego malowania jest porządne przygotowanie powierzchni. Czyli dokładne jej oczyszczenie z piasku, wyrównanie, zaklejenie wszelkich niedoskonałości, zasilikonowanie gdzie trzeba. Żeby było perfekt. No, ale na razie nie ma decyzji o powierzeniu mu malowania.
Póki co mam ambitny plan na samodzielne pomalowanie kotłowni, spiżarni i wnęk pod schodami. Tam ściany nie muszą być idealne, więc bez stresu mogą stanowić dla mnie poligon doświadczalny. Przynajmniej będę miała okazję czegoś się nauczyć i zobaczyć, jak mi to wyjdzie. Gdy okaże się, że malowanie mnie przerośnie, wtedy będziemy myśleć nad wynajęciem Wuja do pomalowania całego domu.

Wujo spojrzał na kotłownię, a w zasadzie na podłogę, którą niebawem będzie wykładał płytkami, i wprawnym okiem ocenił, że prosto nie jest. Podłoga leci, a więc nie trzyma poziomu. Trzeba będzie równać klejem, z jednej strony go naddać, z drugiej zrobić niższą warstwę. Kątów też nie ma - to nawet ja zauważyłam układając kilka płytek na podłodze, żeby przymierzyć i ocenić kolor na większej powierzchni.
Wziął też do ręki dwie płytki, zbliżył je do siebie, przymknął jedno oko, popatrzył i orzekł, że płytki same w sobie również nie mają kątów, jak podobno większość płytek na rynku. To normalne. Ale to oznacza, że nie da się ich położyć, jak niektórzy chcą, bez fugi. Fuga musi być, bo czymś trzeba te mikro-nierówności skorygować. Dla oka nie będą one widoczne, jednak dołożenie płytki do płytki bez żadnej szczeliny jest niemożliwe. No dobrze, fuga nam nie przeszkadza, byle nie była zbyt szeroka.

Wygląda na to, że na układaniu płytek facet się zna i że położył ich w swoim życiu wiele. Jak to dobrze, że nie porwaliśmy się na to sami, bo schrzanilibyśmy koncertowo. A taki szalony pomysł kiedyś zaświtał w naszych głowach. Wszak na filmikach instruktażowych w Internecie wszystko wydaje się takie proste. Wiele można zrobić własnymi rękami, ale układanie płytek wymaga dużej wprawy i tu stanowczo doradzam wynajęcie doświadczonego fachowca! Cóż, wszystkiego w teorii można się nauczyć, podejrzeć, podpytać i doczytać, jednak z całą stanowczością stwierdzam, że od teorii do praktyki w przypadku układania glazury i terakoty bardzo daleka droga.

101. Najtrudniej z koncepcją! Czyli kilka słów o urządzaniu łazienki

2015-05

Koncepcja naszej łazienki została zaczerpnięta z Internetu. Początkowo zerkaliśmy na różne ekspozycje łazienek i płytek w sklepach, ale nic nam się nie podobało.


Nie będę oryginalna gdy przyznam, że Ikea pod tym względem była dla nas najbardziej inspirująca. Już po chwili poszukiwań i przeglądania galerii foto, Marek podesłał mi link z projektem dla nas idealnym!


Foto: https://www.ikea.com/pl/pl/catalog/products/90216576/

Byliśmy ostatnio w Ikei i spodobały mi się w niej szafki na ekspozycji w jednym z zaaranżowanych „mieszkań”. Jednak ich ustawienie – jak mi się wtedy wydawało – nie wpisywało się dobrze w rozkład ścian naszej łazienki. Trudno, szkoda, odpuściłam. Meble fajne, ale do nas nie pasują – pomyślałam. 


Aż tu teraz okazało się, że ustawienie tych samych szafek może być całkiem inne! Zaskakujące! Urocze! Piękne!

Natychmiast pojechaliśmy na budowę, żeby dokonać dokładnych pomiarów w naszej łazience i sprawdzić, czy aby te szafeczki nam się w tym idealnym ustawieniu pomieszczą. Po drodze sprawdzałam w Internecie na stronie Ikei, jakie dokładnie wymiary mają poszczególne szafki, a następnie, po dotarciu na miejsce, „przeniosłam” je na ściany łazienki, zaznaczając kreski kredą na tynku. Wszystko się zmieści! Super!

Wykonałam jeszcze tylko telefon do hydraulika aby się upewnić, czy możliwe jest przesunięcie ujęć wody dla umywalek, bo ujęcia wodne są już wyprowadzone. Obecnie umywalki zaplanowane są tak, jak było to pierowotnie w projekcie, jako połączone ze sobą, w zasadzie jako jedna podwójna umywalka. Po zmianie koncepcji umywalki mają zostać rozsunięte, a między nimi ma stanąć szafka na ręczniki. 
Usłyszałam w słuchawce:
- Dopóki nie ma płytek, wszystko się da. Nie ma problemu – powiedział na Kukułka.

Rozstaw pierwotny.


Powyższe zdjęcie pokazuje przesunięcie rurek i ujęć wody pod nowy rozstaw umywalek. Troszkę bałaganu z tym było, bo pan Kukułka musiał odkuć trochę tynku i przedłużyć rurki, ale nie było z tym większych problemów.

No to super. Po chwili byliśmy w Ikei i radośnie dokonaliśmy pierwszych meblowych zakupów do naszego domu. Kupiliśmy dwie szafki pod umywalki, dwie szafki z lustrami nad umywalki, dwie umywalki do kompletu oraz szafkę wysoką typu „słupek”. Nad skrzynią na ręczniki, która miałaby stanąć miedzy umywalkami jeszcze się zastanawiamy, bo nie wiemy czy na pewno nam się podoba. Ale pewnie szybko ją dokupimy, bo Ikea już taka jest, że wymyśla komplety i nic spoza kompletu nie pasuje do kompletu :)

Spakowane w płaskie paczki meble – jak to z Ikei, do samodzielnego montażu – prawie wszystkie zmieściły nam się do bagażnika. Jedna tylko paczka była zbyt długa, więc wylądowała na bagażniku dachowym. Przywiązaliśmy ją solidnie liną i powoli dojechaliśmy z tymi bagażami na budowę. 
Teraz paczki leżą sobie w rogu sypialni i czekają na etap, w którym będziemy skręcać meble. Czyli jak już ułożone zostaną płytki. 
Wiem, że ten zakup był zbyt spontaniczny i sporo przedwczesny, bo potem te paczki musiałam wielokrotnie przekładać z miejsca na miejsce podczas malowania, ale sprawił nam tyle frajdy, że nie mogliśmy się powstrzymać. Zresztą nie chcieliśmy ryzykować, że w Ikei skończy się seria tych mebelków - bo jak wiadomo oferta tam się stale zmienia. 



Aby móc rozpocząć wykańczanie łazienki do kupienia pozostała nam jeszcze wanna, baterie, oświetlenie, no i oczywiście płytki.

W planach mamy zakup wanny akrylowej. Jest ona około dwukrotnie droższa od wanny stalowej, jednak stalową wannę emaliowaną przerabiamy w obecnym mieszkaniu i wiemy doskonale, że łatwo się obija. Wystarczy, że do wanny wpadnie szklana butelka z perfumami albo metalowa pianka do golenia, i odprysk emalii gotowy. Kilka takich odprysków w naszej wannie się uhodowało, zamalowywałam je białym lakierem do paznokci, żeby zabezpieczyć je przed rdzą i żeby się tak nie odznaczały na białym tle. Lakier doskonale się sprawdzał i maskował te uszczerbki, ale to już nie to samo. Nie chcę więcej takiej połatanej wanny.

O wannach akrylowych dowiedzieliśmy się tyle, że o ile są one bardzo mocne i odporne na uszkodzenia mechaniczne od środka, czyli od tej strony ładnej, gładkiej, widocznej, do której nalewa się wodę, o tyle gdy stuknąć w taką wannę od zewnątrz, łatwo można wybić w niej dziurę. I to na wylot. Należy więc uważać przy montażu, aby nie uszkodzić wanny uderzeniem od zewnątrz, na co uczulał nas sprzedawca. Nie pomyślałabym!

Wannę akrylową najlepiej jest zamontować na specjalnym „stelażu” z twardego, sprasowanego styropianu. To się chyba nazywa styrodur? W sprzedaży są gotowe moduły, styropianowe podstawy pod wanny, które zapewniają najlepszą z możliwych stabilność. Podobno o wiele większą niż dostępne w sprzedaży nóżki (przyklejane do spodu wanny na taśmę dwustronną!).

Wanna akrylowa kosztuje ok. 400 zł (można oczywiście zapolować na promocje i kupić taniej), natomiast styropianowy „stelaż” do niej to koszt dodatkowo ok. 250 zł. Jednak podobno warto w niego zainwestować. Po ułożeniu wanny na styrodurze zyskuje ona dużą stabilność, no i oczywiście fajną izolację termiczną. Styropian to przecież dobry termos. Woda wlana do tak zabezpieczonej wanny nie odda ciepła zbyt szybko.

Styropianowe moduły, w których zanurzona jest wanna, tworzy na zewnątrz proste ścianki, które trzeba najpierw uzbroić siatką (zatopić siatkę w zaprawie), a następnie tak przygotowane ścianki wyłożyć płytkami. Nie trzeba już kombinować, dobudowywać wokół wanny dodatkowych ścianek z żadnych bloczków ani płyt, nie potrzeba robić dodatkowych zabudów i konstrukcji. Po prostu okleja się styropian płytkami i gotowe. Tak przynajmniej poinstruował nas sprzedawca. 
Podoba mi się to rozwiązanie, o wiele bardziej niż mocowanie do wanny na taśmę dwustronną stalowych nóżek, które od razu wydają mi się niestabilne. 



Po czasie powiem, że nasz płytkarz, który pomagał montować wannę, jednak nie zdecydował się na ułożenie płytek na samym, choćby zbrojonym siatką styrodurze. Najpierw przykleił do niego wodoodporną, czyli zieloną płytę kartonowo-gipsową, i dopiero do niej kleił płytki. Twierdził, że zawsze to pewniejsze i stabilniejsze, bo styrodur przy obciążaniu wanny wodą i kąpiącym się człowiekiem może się minimalnie odkształcać i pracować, co z kolei może zaskutkować pospadaniem płytek. Gdyby więc zaufać w stabilność nóżek, to stelaż ze styroduru można sobie odpuścić, skoro i tak montuje się ściankę z płyty karton-gips. Ale w sumie to grosze jakieś, a przynajmniej konktrukcja pewna.

Podobno w wannie akrylowej nie wolno wycinać żadnych otworów, bo wtedy traci ona swoje właściwości, swoją sztywność. To jednolita struktura, jakby jeden odlew, i osłabienie jej poprzez zrobienie otworów (np. pod baterię) powoduje utratę gwarancji producenta. 
Mimo to bardzo wiele osób ignoruje to zalecenie i wierci otwornicą dziury w miejscach, gdzie montowana jest bateria nawannowa – wtedy bateria jakby stoi na wannie. My także nie chcieliśmy, aby bateria wychodziła ze ściany i „zniszczyliśmy” krawędź wanny otwornicą. I powiem, że z wanną nic złego się nie wydarzyło. Tylko gwarancji nie mamy, ale kto by reklamował wannę :)


Z kupieniem stelaża pod wannę jeszcze się wstrzymaliśmy. Ważne, że wiemy o jego istnieniu. Są one w stałej sprzedaży więc nie będziemy teraz zagracać sobie domu.
Stelaże są standardowe i pasują do dowolnej długości wanny. O długości stelaża decyduje ilość zastosowanych segmentów, z których się go składa. Gdy masz wannę krótszą – wyrzucasz jeden albo dwa segmenty, gdy dłuższą – zużywasz wszystkie z paczki. Składa się to jak klocki lego.

Dodam jeszcze, że nóżki do ustawienia wanny często stanowią komplet do kupienia wraz z wanną. I nie każdy producent przewiduje ich montaż na taśmę dwustronną. Niektórzy każą te nóżki przykręcić do wanny od spodu na cztery wkręty (w tych miejscach wanna jest grubsza, żeby się nie przebić z wkrętami na wylot). Mimo, że do naszej wanny nóżki także były dołączone, to jednak nie zdecydowaliśmy się ich użyć. Stelaż wygrał.

środa, 16 maja 2018

100. Kanalizacja projekt start!

2018-05-15

Tęskniliście za mną troszkę? No mam nadzieję że tak, bo Wasza sympatia to dla mnie jedyna forma zapłaty za ten blog :)
I nie wierzcie w to, że jak na blogu wyświetlają się reklamy, to bloger zarabia. Te grosiki naliczają się tak wolniutko, że zejdzie jeszcze z pięć lat, zanim uzbiera się kwota powyżej progu do pierwszego, marnego przelewu.

Ale ponieważ "nie samym chlebem ..." - wznawiam publikowanie bloga i oznajmiam, że parapetówka (chyba trzydziesta siódma z kolei) znów się u nas odbyła! Tym razem z powodu uzyskania pozwolenia na użytkowanie! A więc mieszkamy w naszym domu całkiem już legalnie, bez narażania się na sankcje z powodu niedopełnienia formalności w nadzorze budowlanym. Bo jak się okazało wbrew temu, co pisałam wcześniej, jakieś tam grzywny za mieszkanie bez odbioru jednak w przepisach funkcjonują. I wystarczy złośliwy sąsiad-kabel, aby się o tym przekonać.


Zatem do rzeczy!

2015-05

Z kanalizacją jesteśmy w czarnej dupie!

Nasz nowy instalator miał dzwonić. Ale nie zadzwonił. Gdy usiłujemy się z nim skontaktować, to albo nie odbiera telefonów wcale, albo się wymawia, że oddzwoni wieczorem, bo jest na robocie i ma urwanie głowy i nie może gadać. Po czym nie oddzwania. A gdy dziś udało się wreszcie dłużej porozmawiać, to facet zaczął się migać, że chyba jednak będzie z tej Łodzi uciekał:

- Wie pan, ja nie wiem o co tu chodzi, ale takie robią problemy w tym łódzkim ZWiK, że szkoda gadać. Z ostatnim odbiorem przetrzymali mnie 9 dni! Na 9 dni miałem zajęcie pasa drogowego, bo coś im zawsze wypadało i nie pasowało żeby zrobić odbiór. Przekładali kilka razy, jakby specjalnie. A przecież jakie to są koszty! Jak już umówione to powinni być i odbiór zrobić, a oni sobie jaja robią. Jak mi mówili znajomi z branży, że do Łodzi mnie nie wpuszczą, bo tam jest stara klika układów, to nie wierzyłem. Ale teraz widzę, że chyba się nie wygra. Bo kogo na to stać, żeby się z nimi użerać. No nerwy mam wielkie i powiem, że nie wiem, czy będę brał kolejną robotę w Łodzi.

Stanęło na niczym.
Myślałam, że przynajmniej projekt zaczął się robić, a tu niestety. Nic z tych rzeczy.

Nasz hydraulik też kiedyś mówił, że klika kanalizatorów z Łodzi ma układy w ZWiK i że skutecznie zwalczają wszelką konkurencję. On nie chciał się podjąć zrobienia przyłącza zewnętrznego bo stwierdził, że to nie na jego nerwy użeranie się z biurokratycznymi kłodami rzucanymi pod nogi tylko po to, żeby udowodnić, że urzędnik może wszystko.

Hmm, ewidentnie coś jest na rzeczy. Nie wiem co, ale jest, skoro słyszy się o tym z różnych stron.
Może rozwiązaniem jest zrobienie projektu we własnym zakresie (ZWiK nie robi projektów w tym roku bo nie zdążyli z przetargiem!) i zlecenie wykonania przyłącza samemu wszechmogącemu ZWiK-owi?

Zadzwoniłam dziś do pani-projektant od kanalizacji. Telefon do niej wydębiłam od pana instalatora polecanego przez Krzyśka, którego nie zatrudniliśmy z powodu nieprzyzwoicie wysokiej wyceny. Z panią, która przez telefon wydała się bardzo konkretna, umówieni jesteśmy na jutro na spotkanie. Może wreszcie uda się ruszyć z miejsca.

Tymczasem tynki nadal schną. W narożnikach pod sufitem jeszcze widać ciemniejsze miejsca i gdzieniegdzie zacieki, jakby ściana się pociła i jakby spływały po niej krople potu. Ale pogody są coraz cieplejsze, więc schnięcie powinno przyspieszyć. No i zaczęliśmy zostawiać wszystkie okna uchylone, więc w domu panuje przeciąg, który szybciej wysusza ściany. Gdy pewnego dnia spędziliśmy na budowie większość dnia i otworzyliśmy okna na oścież robiąc przewiem na przestrzał, na naszych oczach zacieki suszyły się błyskawicznie. Mam nadzieję, że niedługo zaczniemy malowanie.








Marek zainstalował już prawie wszystkie punkty świetlne na dole. Kupiliśmy oprawki i żarówki ledowe i mamy światło w każdym pomieszczeniu. Włączniki nie są jeszcze przykręcone na gotowo (do malowania i tak trzeba będzie je zdjąć) i lekko odstają od ściany na kablach, których – jak krzyczy Marek – pod żadnym pozorem nie wolno dotykać!, ale światełka można sobie już ostrożnie zapalać i gasić (byle nie dotykać kabli!). Co przejdę to sobie włączę. Bardzo mi się to podoba!



Mamy włączniki podwójne i pojedyncze, mamy nastrojowy półmrok nad łazienką, a każde z czterech świateł w salono-kuchni włącza się osobną klapką na podwójnych włącznikach, które zamontowane są po obydwu stronach drzwi salonowych. I wszystko działa!

Dokupiliśmy też większość gniazdek, które Marek zamierza przykręcać „przy okazji”, „po trochu”, jak będzie miał chwilkę. Na razie „przy okazji” i „po trochu” udało się zamontować jedno gniazdeczko w kotłowni. Na pozostałe muszę poczekać.


Puszki, zakryte na czas tynkowania wąsiastymi dekielkami zniknęły pod warstwą tynku. Tylko wąsiki wystają ze ścian i przed zamontowaniem każdego włącznika albo gniazdka Marek delikatnie wykrusza tynk nad dekielkiem, przy użyciu młotka i śrubokręta. Jest przy tym bardzo ostrożny, aby nie odkuć tynku więcej, niż tylko na obwód puszki. I to się udaje bez problemów.

Niestety, jedna puszka całkiem zniknęła pod tynkiem. Nawet wąsiki nie wystają i nie wiadomo, gdzie odkuwać. Jest to miejsce w małym pokoju na ścianie, na którą tynk był narzucany w podwójnej warstwie. To ta feralna ściana, gdzie przy zalewaniu stropu pękła deska i na górze zrobił się garb. Garb ten pan Jarek skuwał potem, w ramach usuwania usterek, ale okazało się, że i tak zgrubienie pozostało. To z kolei zrodziło konieczność położenia grubszej warstwy tynku na calutkiej powierzchni, aby ściana zyskała pion. No i teraz jak znaleźć zaginioną puszkę? Opukiwanie ściany niczego nie daje. Warstwa tynku jest na tyle gruba, że nie słychać głuchej pustki pod spodem.


Będziemy musieli wymierzyć miejsce puszki na podstawie zdjęć. Przed tynkowaniem zrobiłam zdjęcia wszystkich położonych kabli we wszystkich pomieszczeniach. I teraz po wysokościach i długościach pustaków trzeba będzie wyliczać przybliżoną lokalizację puszki na gniazdko. Jak skujemy w innym miejscu, zrobimy dziurę w ścianie, do załatania. I dlatego zwlekamy z tym trochę, bo nikt z nas nie ma odwagi zdecydować, że „Tu! Tu trzeba kuć. O, w tym dokładnie miejscu”. Ja nie wiem, nie chcę, żeby było na mnie. Niech będzie na Marka :)

Podczas ostatniej wizyty na działce zrywałam wszystkie folie ochronne z okien. Te z zewnątrz zerwaliśmy już dawno, bo jako narażone na bezpośrednie działanie słońca mogły się wtopić w plastik ram, przed czym ostrzegał nas producent. A folie od środka jeszcze czekały, aż będzie po tynkowaniu. Producent okien zaleca, aby taśmy ochronne nie pozostawały na ramach dłużej niż 3 miesiące, więc uznałam, że już najwyższy czas na ich zerwanie. Nawet jeśli ramy nieco się zachlapią przy malowaniu, to farbę – mam nadzieję - łatwo się zmyje. Najważniejszy było odczekać, aby wyszli tynkarze.


Głupie zrywanie folii zajęło mi całkiem sporo czasu, bo do każdego okna musiałam przystawiać drabinę, aby sięgnąć to górnych krawędzi ram. Na szczęście wszystkie taśmy odeszły elegancko i okna wyglądają super. Teraz czas na przykręcenie klamek, które póki co leżą w reklamówce w pawlaczu w starym mieszkaniu. No i czas na założenie plastikowych osłonek na zawiasy (które leżą w reklamówce wraz z klamkami). Obym nie zapomniała ich przywieźć na budowę przy najbliższej wizycie.




2015-05-05

Dziś mieliśmy spotkanie z panią projektantką od przyłącza kanalizacyjnego. Umówiliśmy się z nią telefonicznie na godzinę 11 w biurze projektowym na drugim końcu Łodzi. Wzięłam z sobą projekt budowlany, mapę do celów projektowych i pojechaliśmy pod wskazany adres.

Pani spóźniła się prawie pół godziny. Inna pracownica z biura usadziła nas na krzesełkach, poprosiła o chwilę cierpliwości i telefonicznie ustaliła z szefową, że tamta już jedzie, tylko utknęła w korku. Cóż, w Łodzi to obecnie norma, rozkopane jest ¾ ważnych ulic w mieście (budowa trasy w-z i dworca fabrycznego przy jednoczesnym remoncie wielu innych miejsc daje się wszystkim we znaki i ciśnie na usta mieszkańców brzydkie słowa o lokalnej władzy).

Wreszcie pani dotarła, przywitała się z nami po męsku uściskiem dłoni, wysłuchała naszej historii, uśmiechnęła się kpiąco i powiedziała:
- No tak. Mapa swoje a życie swoje. Niestety, bałagan jak wszędzie.
- Ja się tylko zastanawiam, skąd na mapie wzięła się ta studnia rewizyjna? – spytałam.
- Widocznie została naniesiona przez jakiegoś geodetę w fazie projektu, jako „inwestycja w fazie projektu”. A potem kolejny geodeta nie zauważył, że to tylko projekt i powielił mapę z przyłączem, jakby ono istniało. Niestety często się tak zdarza, że mapy są niewłaściwie odczytywane – wyjaśniła projektantka.

Kobieta zrobiła na nas dobre wrażenie. Zerknęła w mapę i już wszystko było dla niej jasne. Jako jedna z nielicznych dotychczasowych fachowców swobodnie przeglądała projekt budowlany i od razu znajdowała w nim to, czego potrzebowała. Skserowała sobie mapę do celów projektowych (żeby – jak wyjaśniła – nie mazać po oryginale czerwonym cienkopisem).
I zagadnęła:
- Na waszej działce to niestety dość płytko podchodzi woda, więc trzeba się liczyć z wyższymi kosztami przy budowie przyłącza. Jak rozkopią to prawdopodobnie będą musieli uruchomić pompy, a to zżera sporo prądu. Jednak tego nie przeskoczymy. Mam nadzieję, że macie siłę?
- Siłę? No jeszcze trochę mamy, ale słabniemy – odpowiedziałam żartobliwie.
- A to jak każdy, ale mnie chodzi o siłę w prądzie.
- Jeszcze mamy. Mieliśmy właśnie zgłaszać do elektrowni, żeby zmienili bezpiecznik na mniejszy, bo po zakończeniu prac agregatora tynkarskiego siła nam już niepotrzebna, a jednak te kilowaty w taryfie budowlanej czynią cenę.
- No to jeszcze się chwilę wstrzymajcie, poczekajcie aż zrobicie przyłącze, bo siła będzie wam potrzebna do uruchomienia pomp. Bez tego się nie da.
No. I to jest cenna informacja! Tuż po wizycie u pani projektantki miałam zaplanowaną wizytę w elektrowni, która teraz okazała się przedwczesna i póki co zbyteczna.

- No wiem, że woda jest. Na głębokości dwóch metrów chyba. Tam w projekcie jest badanie geologiczne gruntu i to z niego wynika.
- Macie badanie? To super! Zaraz je sobie skseruję - odnalazła je szybko i skserowała wykres z przekrojem gleby.
- Trzeba tak cyrklować z robotami, żeby były w najbardziej suchej porze roku. Czyli najlepiej pod koniec sierpnia. Wtedy jest szansa, że woda opadnie niżej niż zwykle i pompy nie będą musiały non stop zasuwać, co jak już mówiłam kosztuje.

Potem pani odpaliła komputer i przez jakiś czas studiowała mapy kanalizacji w Łodzi oraz przypisane do nich szkice. Wreszcie powiedziała:
- Nie ma sensu, żebym tu państwa teraz trzymała, wszystko trzeba posprawdzać. Sięgnę do archiwum ZWiK to zobaczę, jak ten kanał leci, czy jest sięgacz, w którym dokładnie miejscu. Bo wiecie, jak zabijecie szalunki to nie wolno się pomylić, bo to koszty są, i trzeba dokładnie wiedzieć w którym miejscu kopać.

Na koniec powiedziała, że cena projektu to 600 zł plus 200 zł za uzgodnienia ZUDP.
ZUDP to skrót od Zespół Uzgadniania Dokumentacji Projektowej. Jest to pracochłonna, czasochłonna i kłopotliwa papierologia, którą projektanci załatwiają w Ośrodku Geodezyjnym i na którą wszyscy psioczą, że upierdliwa.

Nasz naczelny architekt pan Piotr wielokrotnie, przy okazji naszego projektu borykał się z trudnościami formalnymi ze strony ZUDP. Chyba wszyscy projektanci nie lubią tego etapu projektowania. W dodatku trzeba za te uzgodnienia płacić, więc nie jest tak, że całe 200 zł za ZUDP to wynagrodzenie dla pani projektantki. Większość z tej kwoty zostanie przeznaczona na opłaty urzędowe.

Nie mam pojęcia, na czym polegają uzgodnienia dokumentacji projektowej i na szczęście nie muszę o tym nic wiedzieć, bo wszelkie formalności załatwi pani projektant. Aby jednak móc to zrobić musi posiadać nasze – czyli inwestorów – pełnomocnictwo. Z grubsza, według informacji znalezionych w Internecie, procedura wygląda następująco:

"Jak uzgodnić projekt techniczny w Łodzi?

Należy wypełnić wniosek: Zlecenie uzgodnienia projektu technicznego
Do zlecenia należy dołączyć:
  • Projekt usytuowania sieci uzbrojenia terenu na mapie zasadniczej do celów projektowych z klauzulami przyjęcia jej do państwowego zasobu geodezyjnego i kartograficznego - 3 egzemplarze. W przypadku sporządzenia projektu na komputerowym nośniku informacji do wniosku dołącza się wydruk projektu i mapy. 
  • Dane numeryczne opisujące przebieg uzgadnianego projektu ( współrzędne geodezyjne X, Y w pliku *txt – wersja elektroniczna i wydruk) 
  • Decyzja o ustaleniu lokalizacji inwestycji celu publicznego (dotyczy sieci nie będących przyłączami) albo decyzja o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu wraz z załącznikiem graficznym lub wypis i wyrys z miejscowego planu zagospodarowania terenu. 
  • Warunki techniczne podłączenia obiektu do istniejącej sieci uzbrojenia terenu, uzyskane od jednostek zarządzających tymi sieciami . 
  • Upoważnienie Inwestora do występowania w jego imieniu. W przypadku upoważnienia inwestora opłata skarbowa w kwocie 17, 00zł za udzielone pełnomocnictwo. 
Gdzie złożyć projekt?

ŁÓDZKI OŚRODEK GEODEZJI
Zespół Uzgadniania Dokumentacji Projektowej
90-113 Łódź, ul. Traugutta 21/23
+48 42 637-55-80".

No. Wszystko jasne? Jak dobrze, że nie ja to będę uzgadniać!

Na koniec spytałam pani projektantki, czy kojarzy nazwisko instalatora, od którego wydobyłam numer telefonu do niej. Pani powiedziała stanowczo:
- Nie znam. Taki człowiek nie robi kanalizacji w Łodzi. Sądzę, że znam tu wszystkie ekipy z terenu i nazwisko M nic mi nie mówi. Widocznie to pośrednik. Pewnie podaje się za instalatora, łapie roboty a potem zleca wykonanie podwykonawcom. Wielu jest takich, co żyją z pośrednictwa. Ale jak będziecie szukać wykonawcy to pomogę. Dam namiary na kilka firm, zrobicie sobie konkurs ofert i nie będzie problemu. Bez pośredników, bez sensu płacić.

Cóż. Wygląda na to, że kobieta rozpracowała naszego pierwszego instalatora w zbyt czystych butach. Mnie także wyglądało to tak, jakby facet sam nie znał się na robocie, bo projekt to dla niego była czarna magia, a potem przekierował mnie do jakiegoś innego, niesympatycznego gościa, który z wielką łaską zrobił bardzo drogą wycenę i jeszcze na mnie nakrzyczał. Ale pożytek taki, że przynajmniej uzyskałam telefon do pani projektant.

Generalnie odnoszę wrażenie, że praca z kobietami, przynajmniej jeśli chodzi o dokumenty, jest dużo bardziej rzeczowa niż z facetami. Kobitki są profesjonalne, zorientowane, dokładne i konkretne. Znają procedury i nie padają puste zapewnienia „Szefowo, wszystko da się zrobić, będzie pani zadowolona, dogadamy się”.

Pani potwierdziła także, że wykonawcy spoza Łodzi nie sprawdzają się. Nie wiadomo dokładnie czemu:
- Wie pani, może i jakieś tam blokady i układy też są, ja nie wiem. Ale faktem jest, że pan Zdzisio z wioski po prostu nie ogarnia tych wymagań, jakie są stawiane przez łódzki ZWiK. To jest kupa papierów i formalności. Na wiosce wszyscy się znają, papiery nawet jak nie grają do końca, to znajomy znajomemu nie stawia problemów i przyklepie robotę, postawi pieczątkę. Odbiory też są załatwiane po znajomości, nie wierzę, że nie. A że potem w papierach jest co innego a w terenie co innego – to są fakty. Zresztą nie porównujmy infrastruktury podziemnej gdzieś w polach z infrastrukturą w mieście. To są zupełnie inne realia. A bałagan jest, jak wszędzie. Zresztą widzicie państwo, że i w Łodzi bałagan, choć procedury są niby wymagające.

Na koniec pani wręczyła mi wizytówkę i poprosiła, abym przesłała na adres e-mail trzy dodatkowe dokumenty:
  • potwierdzenie własności działki – najlepiej odpis z księgi wieczystej, a jeśli nie mamy to może być akt notarialny 
  • mapę do celów projektowych w formacie cyfrowym .dwg – mam taki plik na płycie CD, którą dostałam od geodety 
  • mapę zagospodarowania terenu w formacie cyfrowym .dwg – mapa taka w wydruku jest w projekcie budowlanym, ale plik mamy wziąć od architekta. 
Po powrocie do domu rozpoczęłam kompletowanie dokumentów. Odpis z KW znalazłam, był brany z Sądu, z Wydziału Ksiąg Wieczystych podczas kupowania działki, chyba przy okazji załatwiania formalności kredytowych. Wydruk odpisu w wersji papierowej jest, należało go "jedynie" zeskanować i wysłać e-mailem.

Łatwe? Bardzo, ale pod warunkiem, że skaner jest podłączony do laptopa i że nie zaginęły kabel zasilający i kabel USB! A u nas wszystko zaginęło! Tylko skaner nie zaginął, bo jest zbyt wielki, aby go przeoczyć. Stoi zakurzony na szafie. Natomiast kable mogą być wszędzie, w piętnastu różnych szufladach, półkach albo pudłach.
Zanim udało mi się uruchomić skaner, zdążyłam posprzątać kurze na szafie, poukładać rzeczy w czterech szafkach (z których połowa zawartości wylądowała w koszu) i nakrzyczeć na dzieci, że mają syf z gilem w pokoju. Ale udało się. Skany poleciały do pani projektantki.

Mapę do celów projektowych odnalazłam szybciutko i także przesłałam, a w sprawie mapy zagospodarowania terenu zadzwoniłam do pana Piotra architekta. Obiecał wieczorem odszukać i mi wysłać. Słowa dotrzymał.

Mapa zagospodarowania terenu polega na tym, że na mapę do celów projektowych architekt wrysowuje nowe projektowane budynki, nowy zjazd (u nas będzie przesunięty) i inne nowe rzeczy, np. linie pokazujące przebieg przyłączy.
Po południu zadzwoniła pani projektant:
- Mam dwie wiadomości. Jedną dobrą a drugą złą – powiedziała. – Dobra jest taka, że sięgacz jest, istnieje. Sprawdziłam w ZWiK. Czyli macie o jakieś 5 metrów kanalizacji mniej do zbudowania, więc będzie taniej.

Super! To oznacza, że kobieta przedstawia sprawy takie, jakimi są i nie chce nas naciągnąć na projektowanie i wykonywanie rzeczy, które już istnieją (jak to chciał zrobić pierwszy instalator, który w wycenie przewidział montaż istniejącego trójnika!).
- Super. A jaka jest zła wiadomość? – spytałam z niepokojem.
- Zła jest taka, że mapa do celów projektowych straci ważność za 5 dni. Dokładnie 9 maja miną trzy lata i jeśli do tego czasu nie złożymy papierów do ZUDP, to mogą się tego czepić.
- O kurcze. To słabo. Nowa mapa to 800 zł i dwa miesiące czekania – powiedziałam.
- No właśnie. Mamy mało czasu. Mam nadzieję, że się uda – rzekła kobieta optymistycznie i z uśmiechem.
- Wie pani, gdybyśmy mieli świadomość, że mapa kłamie i że studzienki rewizyjnej i przyłącza nie ma, to już dawno zlecilibyśmy i projekt i wykonanie. Ale nikt nie przypuszczał, że tak to wyjdzie. To się okazało dopiero teraz, kiedy zaczęliśmy załatwiać podłączanie instalacji wewnętrznej, że nie mamy się do czego podłączać – tłumaczyłam zgodnie z prawdą.

Na tym rozmowa się zakończyła i teraz czekamy, co dalej. Mam nadzieję, że pani projektant w ekspresowym tempie zrobi projekt i złoży go do uzgodnienia, zanim mapa straci ważność.
Generalnie na uzgodnienie projektu przyłącza kanalizacyjnego – według pani projektant – będziemy czekać około 3 tygodni.

Zawsze coś! Tak to jest na budowie. Nie będę jednak tego przeżywać i się denerwować, bo nic nie poradzę. Mam świadomość, że inni inwestorzy wcale nie mają łatwiej.
Dziś na przykład zadzwoniła przyjaciółka, cała w nerwach, i oznajmiła, że przy montowaniu balustrady na antresoli panowie wwiercili się w ogrzewanie podłogowe! Na pomalowane ściany, ułożone panele i polakierowane, drewniane listwy wykończeniowe, wytrysnęła im fontanna wody! I co? Remont! O kosztach nie wspominając najgorsze jest to, że trzeba zrywać panele, skuwać wylewkę, jakoś naprawić rurki od podłogówki (nie mam pojęcia jak, bo przecież wężownica to jedna, powyginana rura, ale podobno jakoś się to klei), a potem wszystko z powrotem łatać, tynkować, kłaść panele i likwidować zacieki na ścianach! Masakra. Tak więc nasza mapa, póki co ważna, to mały problem i jeszcze wszystko ma szansę się udać.

Dziś mieliśmy spotkanie z architektem. Umówił się z nami w naszym mieszkaniu o nieprzyzwoicie wczesnej porze, bo o 8 rano. Tylko taki termin mu pasował w dniu dzisiejszym. No dobra. Wczesna pobudka, do ósmej miałam pościelone łóżko, pełny makijaż na twarzy, ubranie na sobie i odkurzony pokój! Pełna mobilizacja.

Pan Piotr przywiózł ostatnie elementy dokumentacji projektowej, czyli:
  • uzgodniony projekt przebudowy instalacji gazowej – to ważny dokument, potrzebny nam na dzisiejsze spotkanie z gazownikiem 
  • uzgodniony projekt budowy garażu - to raczej odległa przyszłość
  • uzgodniony projekt przebudowy zjazdu z drogi publicznej. 
I to wszystko. Chwilkę pogadaliśmy, że dzięki za współpracę, że jesteśmy zadowoleni (on też jest z nas zadowolony, „bo wiecie, z klientami różnie bywa, a z wami super i spoko”) i jakby co, jakieś pytania czy porady – możemy śmiało dzwonić. No i koniecznie musimy się spotkać już w nowym domu! Bo on uwielbia takie wizyty, gdy może zobaczyć efekty swojego projektu i skończonych już prac.
Dokonaliśmy rozliczenia ostatecznego. Zgodnie z umową było tam trochę do dopłaty. Po moim słodkim:
- Panie Piotrze, bo ja bym się chciała trochę potargować. Mogę? – powiedziałam.
- No wiedziałem przecież. Aaaa, dobra – śmiał się i opuścił 200 zł.

Po południu mieliśmy spotkanie na działce z panem gazownikiem. To człowiek polecany przez naszego hydraulika, że dokładny i solidny.
Pan gazownik chyba ok. Dobrze mu z oczu patrzy. Miał wprawdzie zbyt czyste buty jak na instalatora pracującego na budowach, ale przecież to nie musi być wyznacznik fachowości. Skoro Kukułka go polecam to nie dajmy się zwariować.

Facet dokładnie i dość długo przeglądał dokumentację projektową i wszystko z niej dobrze odczytał. Wiedział, gdzie biegnie gazociąg i że instalacja ma iść po murze w warstwie ocieplenia z zewnątrz (co dla pierwszego instalatora nie było oczywiste i kręcił na to nosem, chcąc zakopywać rury w ziemi).
Pan nie potrafił od razu oszacować kosztów, bowiem nie wie, ile będzie kosztowało rozebranie fragmentu ulicy. Dotychczas przyłącza, jakie wykonywał, wiązały się z „popsuciem” asfaltu, czyli wycięciem kawałka, zrobieniem instalacji a potem położeniem w tym miejscu nowego fragmentu asfaltu. U nas natomiast ulica ułożona jest z betonowych płyt, z których jedną trzeba będzie podnieść, bo dokładnie pod nią należy usunąć stare przyłącze gazowe (rurę metalową) i w jego śladzie położyć nową rurę (z tworzywa, odpowiadającą obecnym normom). Na tym właśnie polega modernizacja, stara rura metalowa nie może zostać. Po położeniu owej rury betonowa płyta będzie musiała wrócić na swoje miejsce.
- Nie wiem, czy do podniesienia tej płyty wystarczy mi koparka, czy będzie trzeba zamawiać dźwig. Ale się dowiem i rozeznam temat, jakie to będą koszty. Ale powiem od razu, że na minimum 6 tysięcy powinni być państwo gotowi, nie wiem, czy nie więcej, ale to ustalę.

No dobra. Nikt nie mówił, że będzie lekko. Prawdę mówiąc liczyłam, że jak zmieścimy się w 8 tysiącach to nie będzie tragedii, bo o takiej kwocie rozmawiałam kiedyś z innym gazownikiem, polecanym z kolei przez pana Jarka. Ale tamten gość był zbyt mało komunikatywny, więc odpuściłam.

Pan gazownik pożyczył sobie projekt i obiecał, że do końca tygodnia przedstawi nam dokładną wycenę, to wtedy podejmiemy decyzję, czy zamawiamy usługę, czy też szukamy kogoś innego.

Facet powiedział jeszcze, że warunki przyłączenia są do zaktualizowania, bo się przeterminowały. Ale to nie problem, załatwi. No i generalnie poza tą płytą drogową nie przewiduje tu żadnych utrudnień, ani w robocie ani ze strony urzędów czy gazowni, bo modernizację przyłącza robi się na zgłoszenie a nie na decyzję o pozwoleniu na budowę. Więc procedura łatwiejsza.

2015-15-13

Pani projektantka od przyłącza kanalizacyjnego nie dzwoni i nie zgłasza, że potrzebna jej nowa mapa, więc wygląda na to, że sprawy mają się nieźle. Zadzwoniłam do niej i spytałam:
- Czy w sprawie naszego przyłącza coś się dzieje? Udało się wykorzystać starą mapę?
- No pewnie! Wszystko gra. Proszę się nie martwić. Projekt już jest w ZUDz-ie, jutro z tego co wiem wchodzi na wokandę.
- Uff, no to super!
- Jak tylko będę coś miała to dam znać. Teraz możemy tylko czekać.
Zuch kobieta! Jestem uradowana. Zadziałała w tempie ekspresowym!

Ale żeby nie było za pięknie. 
Gazownik wycofał się z przyjęcia od nas zlecenia. Zadzwonił i powiedział:
- Wie pani co, ja niestety nie podejmę się tego zlecenia, bo powiem szczerze, że nie mam sprzętu do barowania się z tą płytą. Ja bym musiał wynajmować podwykonawców, pośredników.
- No to mnie pan załamał ....
- Proszę się nie martwić. Ja rozmawiałem w pani sprawie z kolegą, który wykonuje takie rzeczy kompleksowo. Najpierw tak myślałem, że ja będę robił całość a on tylko z tą płytą się upora. Ale potem doszliśmy do wniosku, że to bez sensu, bo nie wiadomo jak to wycieniać. Wie pani jak to się pracuje z kolegami. Z kolegami trzeba być kolegami, a nie interesy robić, bo się przyjaźń może przez to zniszczyć. No to się dogadaliśmy, że on weźmie całe to zlecenie i już. On ma wszelkie uprawnienia i naprawdę mogę za niego ręczyć. Fachowiec jest świetny.


W takim razie ok. Gość ma przekazać temu nowemu wykonawcy nasz projekt modernizacji przyłącza i podać mu numer telefonu do nas, więc będzie się kontaktował.
Skontaktował się. Zadzwonił. Ma przyjechać na działkę w piątek, żeby rozeznać sytuację w terenie i będziemy wtedy konkretnie się umawiać na kwotę i termin. Wstępnie – jak mówił ten pierwszy – około 7 tysięcy. Zobaczymy co z tego wyjdzie.

Ponieważ mamy nadzieję, że niebawem pojawi się w naszym domu przyłącze gazowe i gaz, trzeba powoli myśleć o piecu centralnego ogrzewania i grzejnikach. Tak za wiele to się tu nie namyślimy, bo mamy uzgodnione z panem hydraulikiem Kukułką, że to on będzie to zamawiał, kupował i montował – a my w pełni polegamy na jego opinii. Ale zanim w kotłowni stanie piec, trzeba ją na to przygotować. Czyli przede wszystkim położyć płytki. Przynajmniej na podłodze.

A skoro płytki, no to umówiliśmy się z facetem od płytek i wykańczania wnętrz. Podobno jest rewelacyjny. Pedantyczny, słowny i … nietani. Namiary dostaliśmy od przyjaciół, którzy powierzyli mu kapitalny remont swojego mieszkania i którzy są zachwyceni jego pracą.

Pan przyjechał, obejrzał kotłownię, potem obejrzał łazienkę, którą także powoli musimy zacząć obmyślać i urządzać, i powiedział:
- Za ułożenie płytek biorę 60 zł za metr kwadratowy. A za łazienkę to liczę kompleksowo, za całość, na gotowo. Tak ja u was to będzie trzy i pół.
I po dyskusji.
- 60? Drogo, przecież to tylko kotłownia.
- Dla mnie nie ma, kotłownia czy łazienka, wszystko jedno. Tak samo robię, wszędzie musi być równo i dokładnie - powiedział oschle.

Z faceta nie dało się za bardzo wyciągnąć żadnych informacji ani porad. Pytałam na przykład jak to zrobić, żeby na łączeniu terakoty i paneli nie było różnicy poziomów ani listwy maskującej, ale żeby te dwie różne powierzchnie przechodziły jedna w drugą na styk, do czoła. Powiedział, że „listwę aluminiową w Z”. Wiecie coś z tego? Bo ja nic. A, powiedział jeszcze, że da się i że może tak zrobić. Jak sobie tam chcemy.

Potem spytałam o montaż dwóch umywalek – czy jego zdaniem lepiej kupić gotowe szafki podumywalkowe, czy lepiej zabudowywać samemu jakimiś blatami czy tam płytami? A on na to, że to już sami powinniśmy wiedzieć, co nam się podoba. On zrobi wszystko co mu każemy.
- Ale ja pytam daltego, bo nie mam pojęcia, jakie są możliwości, co jest możliwe do zrobienia a co będzie trudne albo niepotrzebnie drogie. Pan jest fachowcem to liczymy na jakieś sugestie, żeby pan coś poradził, podpowiedział …
- Wszystko się da. Kwestia kosztów. Mogę podrzucić płytę.
- Jaką płytę?
- Ze zdjęciami, co robiłem. To sobie zobaczycie jak robię.

Oj, coś czuję, że się nie dogadamy. Nie daję rady z niekomunikatywnymi mrukami!
Jedyny pożytek z tego spotkania to taki, że ustaliliśmy na pewno (mieliśmy tu z Markiem różnicę zdań), że zanim przystąpimy do zlecania wykańczania łazienki, należy wszystko do niej kupić. Czyli meble, umywalki, wannę, baterie, lustra, kinkiety – słowem wszystko. Pan bowiem wchodzi i każdy z tych elementów instaluje, montuje, uszczelnia gdzie trzeba silikonem albo listwami, przewierca się przez płytki żeby zawiesić szafki czy lustra (płytka zawsze może strzelić przy wierceniu więc lepiej, aby zrobił to on, który w razie awarii od razu ją wymieni). Pan wychodzi z łazienki kompletnie wykończonej, na tip-top.

Stanęło na tym, że gdy będziemy gotowi to zadzwonimy. Choć osobiście wątpię, abyśmy zdecydowali się na usługi tego pana. Nie podoba mi się to, że pan krzyknął za łazienkę 3 500 zł bez względu na zakres prac, który nie został jeszcze ustalony. Nie wiemy bowiem, czy płytki na ścianach będą do samego sufitu, czy tylko do połowy – a to w ilości metrów kwadratowych do położenia znaczna różnica. W cenie – jak się okazało – nie ma różnicy. A według mnie powinna być. Podobnie reszta detali. Można sobie nawymyślać półek na stelażach, wnęk, mozajek, luksferów, sufitów podwieszanych, listew świetlnych i tysiące innych pierdół. A można też – zgodnie z filozofią naszego domu – zrobić łazienkę łatwą i nieskomplikowaną. Nie podoba mi się więc, że cena nie jest uzależniona od zakresu prac.

Na razie wiemy tyle, że musimy wymyśleć koncepcję łazienki i kupić do niej wszystko, a dopiero potem umawiać się z płytkarzem.
Pan podpowiedział jeszcze, że w kotłowni proponuje na podłogę gres, nie terakotę. Zwłaszcza, że będzie w niej pralka, która przy wirowaniu wpada w wibracje i tłucze się. Gres jest mocniejszy i pewniejszy.
Pan nie miał też nic przeciwko płytkom z marketów. Niektórzy nas przestrzegali, że w marketach płytki są krzywe, słabe i się nie nadają. A ten powiedział:
- Płytki jak płytki. Mają się podobać. Wszystko jedno gdzie kupicie, mnie nie robi różnicy.

piątek, 29 września 2017

99. Jabłoń, marmurek czy pino? - kilka słów o parapetach wewnętrznych

2015-05-04

Zdecydowaliśmy, że zanim rozpoczniemy malowanie ścian, konieczne jest zamontowanie parapetów wewnętrznych.

Z informacji wyszukanych na forach internetowych nie wynika jednoznacznie, na jakim etapie wykańczania domu należy dokonać montażu parapetów. Przed tynkami czy po tynkach? Przed malowaniem, czy po nim? Każdy robi sobie tak, jak mu wygodnie. Chodzi tylko o to, aby efekt końcowy był perfekcyjny, a więc aby należycie obrobić tynk w miejscach montażu parapetów we wnękach okiennych i aby malowanie tych miejsc nie odznaczało się na tle pozostałej części ścian.

Czyli wychodzi mi, że najlepiej jest zrobić parapety po tynkach, a przed malowaniem. Tym bardziej, że tynkowanie mogłoby je uszkodzić, a już z całą pewnością mocno zabrudzić. Poza tym panowie tynkarze raczej niechętnie zapatrują się na docelowe obrabianie parapetów bo twierdzą, że osadzanie i obróbka parapetów to całkiem inna usługa, która nie wchodzi w zakres tynkowania. Uważam też, że warto montować parapety przed malowaniem, aby później pomalować całość jednakową ilością warstw farby, nie uszkadzać pomalowanych już ścian i nie musieć domalowywać żadnych placków po szpachlowaniu. No i od razu będzie gotowy efekt.

Najpierw, dla orientacji, rozglądaliśmy się za parapetami w marketach budowlanych. Jednak na niewiele się to zdało, bo aby oszacować ceny parapetów, choćby w przybliżeniu, należałoby najpierw zrobić obmiary i wiedzieć dokładnie, jakie oraz ile parapetów chce się kupić. Nie można sobie tego zrobić wchodząc do sklepu budowlanego „przy okazji” innych zakupów, tym bardziej, że nie za bardzo można tam liczyć na rady sprzedawców.

Pomysł z kupowaniem parapetów w markecie samoobsługowym szybko upadł, ponieważ potrzebujemy usługi kompleksowej, czyli kupna parapetów wraz z ich montażem. Nie mamy czasu, ochoty, a przede wszystkim praktycznego doświadczenia w tynkowaniu wnęk okiennych i wykonywaniu podobnych, precyzyjnych obróbek. Owszem, na upartego można by spędzić pół dnia z You Tubem na wyszukiwaniu i oglądaniu filmików instruktażowych. Ale od samego oglądania nikt jeszcze wprawy w tynkowaniu nie nabrał, więc gwarancji, że wyjdzie nam to perfekcyjnie, nie ma żadnej. Powiem więcej, jesteśmy przekonani, że spieprzylibyśmy tę robotę koncertowo, bo tynkowanie jednak zasadniczo różni się od zrobienia rozliczenia podatkowego albo od zmiksowania piosenki. Musimy to po prostu zlecić.

Chwyciłam więc za telefon i zadzwoniłam do firmy, od której kupowaliśmy okna. Skoro okna mieli w najlepszej cenie, to istnieje prawdopodobieństwo, że i parapety nas nie zrujnują. Wiem od znajomych, ile kosztują parapety drewniane, malowane na biało, z zaokrąglonymi rantami – ok. 200 zł za sztukę za sam parapet, bez usługi montażu. Mamy więc punkt odniesienia, jakiego rzędu ceny możemy się spodziewać.

Przez telefon ustaliłam, że nasza firma od okien posiada w ofercie handlowej parapety, zarówno wewnętrzne, jak i zewnętrzne. Zapraszają więc do nowej siedziby. Trzeba przyjść, popatrzeć, dotknąć i wybrać wariant, który będzie nam najlepiej odpowiadał.
Chwyciłam projekt budowlany pod pachę (jest w nim zestawienie wszystkich okien z wymiarami) i ruszyliśmy w drogę.

Firma posiadała w ofercie trzy rodzaje parapetów:
  • komorowe PCV – czyli parapety plastikowe – mówi się o nich komorowe, bo z wierzchu parapet wygląda jak jednolita płyta, a gdy zajrzy się pod spód albo z przekroju okazuje się, że są tam szczeliny, właśnie komory, które usztywniają cienki w sumie plastik, parapety te mają pod spodem jakby harmonijkę, która pozornie robi grubość i usztywnia plastik;
  • MDF – czyli parapety wykonane z laminowanych płyt MDF,
  • kamienne – czyli ze szlifowanego kamienia.
Parapety z kamienia i z MDF są w porównywalnych cenach, natomiast parapety komorowe z PCV są około dwukrotnie od nich tańsze.


Parapety kamienne od razu skreśliliśmy. Po pierwsze są zimne, a po drugie zbyt mocno kojarzą nam się z płytami nagrobkowymi. Chociaż były one dostępne w różnych kolorach i odcieniach, od brązu, przez beż, po biały marmurek, to żaden wzór nie przypadł nam do gustu. Kamyki zatopione w wyszlifowanej tafli nie będą pasować do naszego domu.

Parapety komorowe PCV, chociaż są tanie i występują w przeróżnych kolorach oraz deseniach, od matowych do połysku oraz od gładkich do marmurkowych, to mają tę wadę, że nie podoba mi się ich wykończenie. Mianowicie na boczne krawędzie parapetów komorowych zakłada się plastikowe nakładki (niektórzy mówią na to zaślepki, boczki albo noski). Boczki dopasowane są kształtem do przekroju/wygięcia parapetu. I nakładki te niestety – moim zdaniem – bardzo szpecą parapet. Nie dość, że od razu mamy szczelinę do gromadzenia się w niej kurzu, co utrudnia mycie takiego parapetu, to jeszcze jest duże prawdopodobieństwo, że te plastikowe nakładki się połamią. No dobra, może przesadzam, większa część boczków zostanie wpuszczona w ścianę i będzie zatynkowana, ale i tak wydaje mi się, że nie jest to rozwiązanie solidne - choć mogę się mylić. Ale najważniejsze jest dla mnie to, że te boczki mi się nie zwyczajnie nie podobają. No i nie wyobrażam sobie np. mycia okien bez możliwości wejścia stopami na parapet. Zawsze tak myję okna a obawiam się, że parapet komorowy z PCV mógłby nie wytrzymać tej ciężkiej próby i rozkruszyć się przed pierwszymi świętami.



Wreszcie czas na parapety z MDF. Te, które nam się spodobały wyglądają jak imitacja drewna, niczym lakierowana na matowo deska, z widocznymi sękami i bruzdami. Płyta MDF jest dookoła zalaminowana grubą okleiną, na której wytłoczone są te drewniane desenie. Pani sprzedawczyni przekonywała, że są one trwałe, łatwe w utrzymaniu czystości, no i - co sami widzieliśmy – bardzo ładne.


Cena parapetów MDF zależy od ich grubości. Można kupić parapet o grubości 1 cm, a można o grubości 3 cm – i ten wygląda już całkiem na bogato. Górna krawędź parapetu, a także przednie ranty (narożniki) są elegancko zaokrąglone, a cała bryła "deski" jest szczelnie fabrycznie zalaminowana, zarówno na powierzchni użytkowej (tej widocznej i ozdobnej), po bokach, jak i od spodu - dookoła. Firma oferowała trzy różne warianty zaokrągleń i obłości parapetów – można wybrać parapety bardziej albo mniej kanciaste, co komu pasuje. Każdy z rodzajów zaokrągleń był oznaczony inną literą i nie miał wpływu na cenę.

Parapety z MDF mają ogromną gamę kolorów i faktur. Tylko trzy z nich były wystawione na stojaku z ekspozycją, ale pani posiadała próbnik wielu oklein, więc bez problemu można było wybrać wymarzony kolor i fakturę.
My wybraliśmy parapet biały, z niewielkimi przetarciami, żłobieniami i słojami imitującymi drewno. Troszkę się martwiłam, czy aby w te a-la drewniane zakamarki nie będzie właził bród i czy parapety będą łatwe w sprzątaniu, ale pani zapewniła mnie, że jak najbardziej, i że na tych imitacjach drewna, porowatych, o wiele łatwiej utrzymać czystość niż na gładkich powierzchniach plastikowych, które mają połysk i eksponują wszelkie zanieczyszczenia i zatłuszczenia, odbijając nawet odciski palców.

Pani zaproponowała, żebyśmy wybrali kolory, które nam się podobają oraz określili grubość parapetów z MDF, to ona szybko przygotuje wstępną wycenę. Rozważaliśmy więc trzy rodzaje:
  • komorowe PCV „Biała jabłoń” – całkiem ładne, nowy wzór, pani bardzo zachwalała, że prezentują się naprawdę elegancko,
  • komorowe PCV „Biały marmurek” – całkiem brzydkie, nie wiem po co to poszło do wyceny, ale pani powiedziała, że ten model jej się bardzo podoba to ona policzy, 
  • MDF o grubości 3 cm „Pino biała”, zaokrąglone według wzoru „E”. Wzór zaokrągleń "E" wybrał Marek i był on najbardziej obły, ale ja nie mam pewności, czy nie zmienimy tego na bardziej kanciasty, który mnie się osobiście bardziej podoba. Mam nadzieję, że przekonam Marka, że jemu jest wszystko jedno jak będą się zaokrąglać parapety. No bo przecież jest mu wszystko jedno. A mnie nie jest. Ja przecież nie będę mogła spać, gdy zaokrąglenia będą zbyt mocne :) 
Pani spisała z projektu ilości i szerokości okien w naszym domu, włączyła nam wielki telewizor na kanał TVN-24 i wskazała czerwone, skórzane kanapy, po czym zniknęła na zapleczu na 15 minut aby sporządzić wstępne wyceny. Oczywiście zaznaczyliśmy, że chcemy parapety wraz z usługą montażu.
Po chwili pani wróciła z wydrukowanymi koztorysami, z których wynikało że wszystkie parapety - a jest ich 9 sztuk - wraz z montażem, mają kosztować:
  • PCV marmurkowe ok. 808 zł – w tym montaż 9 szt. 190 zł
  • PCV jabłoniowe ok. 650 zł – w tym montaż 9 szt. 190 zł
  • parapety z MDF ok. 1180 zł – w tym montaż 9 szt. 280 zł
W naszym domu potrzebujemy dziewięciu parapetów wewnętrznych, z czego:
  • dwa są dość wąskie (spiżarka i kotłownia – po 60 cm),
  • dwa szerokie (sypialnia i kuchnia – po 150 cm),
  • dwa średnie (pokoje chłopaków – po 120 cm),
  • trzy normalne (łazienka i dwa okna boczne w salonie – po 90 cm).
Do okien balkonowych parapety wewnętrzne nie są potrzebne.

Aha, zapomniałam dodać, że na cenę parapetów wpływa także ich głębokość – u nas przyjęliśmy 25 cm, na razie na oko, bo nie wiemy, ile dokładnie mierzą nasze wnęki okienne. Pani powiedziała nam, że parapet nie powinien wystawać poza lico ściany na więcej niż 5 cm, więc zbyt głęboki też być nie powinien.

Pani zaznaczyła, że wycena ma jedynie orientacyjny charakter i że cena może się zmienić w zależności od zakresu usługi montażu – ale zakres ten oceni na miejscu fachowiec-monter, który tak czy siak, zanim zamówimy parapety, musi pojechać na budowę aby wykonać konkretne obmiary.
- Wie pani, nie da się zamówić „na oko”, bo potem przy montażu może się okazać, że coś jest za grube albo za wąskie. Takie rzeczy ustala się na miejscu. Obróbki okien wyglądają bardzo różnie, okna mogą być tej samej szerokości, a wnęki potrafią się znacznie różnić. Dlatego obmiary są konieczne.

Ok. Jasne. Umówiliśmy termin i godzinę obmiarów i podczas wizyty pana montera podejmiemy ostateczną decyzję, które parapety weźmiemy. Pani nam sugerowała, aby np. w kotłowni i spiżarni oraz w pokojach dzieci wybrać opcję najtańszą, a tylko w salonie zrobić sobie full-wypas. My jednak raczej jesteśmy zdecydowani na jednakowe parapety z MDF we wszystkich pomieszczeniach, bo parapety mają ogromny wpływ na wygląd pomieszczeń i po prostu muszą być piękne!
Zaoszczędzenie kilku stów nie ma w tym przypadku sensu, bo na wybrane teraz parapety będę spoglądać pewnie już do końca życia.

Po obmiarach firma wykona parapety, dopasowując ich rozmiary do indywidulanego zamówienia, i zanim dojdzie do montażu muszą upłynąć co najmniej dwa tygodnie.

Parapety z MDF wychodzą po ok. 100 zł za sztukę (bez montażu). Tak jak się spodziewałam, są tańsze od parapetów drewnianych i wizualnie – według mnie – ładniejsze.
Więc decyzja podjęta :) Uff, kolejna ulga.





Po czasie powiem, że jeżeli parapety z MDF są dobrze wykonane, czyli prawidłowo zalaminowane, to sprawują się świetnie.
Jak to sprawdzić?
Otóż okleina nie może odstawać na żadnym rancie, musi być mocno przyklejona i zabezpieczać płytę przed wodą i wilgocią. Musi stanowić przylegającą z każdej strony wodoodporną powłokę.
W naszym domu jeden z parapetów, kuchenny, był leciutko uszkodzony. Nie wiem, czy taki przyjechał z fabryki, czy też uszkodził go pan monter podczas osadzania, kiedy szarpał się z materią, stukał w parapet usiłując wbić go we właściwe miejsce, a potem machał wokół niego i jeździł po rancie ostrą szpachelką.
Uszkodzenie polegało na odklejeniu się okleiny na przednim, dolnym rancie. Na długości 1 cm okleina minimalnie odstawała od płyty. Gdy się ją przypłaszczyło palcem – nie było śladu, więc postanowiłam ją dokleić. Kupiłam klej i przy pomocy igły krawieckiej usiłowałam wcisnąć kropelkę kleju między płytę a laminat uważając, by nie zabrudzić okleiny. Jednak kleju mieściło się w tę maleńką szczelinkę tak mało, że nie chciało się to skleić, mimo przytrzymywania palcem posmarowanych powierzchni dość długi czas. Za każdym razem po odłożeniu palca sztywna okleina odchodziła od płyty.

Strasznie mnie to wkurzało, ale kiedy okazało się, że ta walka nie ma sensu, bo pod oknem staną szafki kuchenne i dolna krawędź parapetu znajdzie się poniżej blatu, a więc będzie kompletnie niewidoczna, postanowiłam jedynie zabezpieczyć tę malutką szparkę przed wilgocią. Najpierw zaszpachlowałam ją, nakładając na palec niewielką grudkę białej szpachli do drewna, a gdy szpachla wyschła zamalowałam ją od spodu białym lakierem do paznokci. Wyszło bardzo dobrze, w zasadzie naprawiane miejsce było niewidoczne, chyba że ktoś wiedział, jak ja, gdzie szukać. Ale parapet sprawuje się świetnie do dziś.

Później jakiś fachowiec podpowiedział, że okleinę można przykleić za pomocą żelazka. Podobno jest ona kładziona na gorąco i ma od spodu warstwę kleju. Należy zabezpieczyć "chore" miejsce bawełnianą ściereczką i przyłożyć do niego rozgrzane żelazko. Podobnie jak przykleja się taśmy wykończeniowe do płyt meblowych.
Tego sposobu nie sprawdzałam, więc nie mogę go polecić na 100%. Zwłaszcza, że znam przypadek zniszczenia żelazkiem okleiny na froncie kuchennym. Gdy po kilku latach użytkowania mebli okleina w środkowej części drzwiczek odkleiła się (przy dotykaniu wyczuwało się przestrzeń powietrzną między płytą a okleiną), znajoma postanowiła naprawić to żelazkiem. Niestety, efekt był przeciwny do zamierzonego, bo okleina wypaczyła się od gorąca. Nie dość, że wybrzuszenie pozostało, to stało się jeszcze bardziej widoczne. Powierzchnia laminatu zrobiła się pofałdowana, jakby za duża. I teraz szafka wygląda naprawdę słabo. Więc z żelazkiem radzę uważać i najpierw sprawdzić jego działanie na okleinę w niewidocznym miejscu.

Inne parapety nie miały na szczęście żadnych defektów. Moja rada jest taka, aby przy zakupie parapetów laminowanych obejrzeć każdy z nich bardzo dokładnie, dookoła, i sprawdzić, czy okleina mocno siedzi z każdej strony. Ja tego niestety nie zrobiłam.

Gdybym miała wybierać jeszcze raz, również zdecydowałabym się na parapety laminowane z MDF. Wyglądają jak drewniane – a nie są. Nawet nasz kierownik budowy dał się nabrać. Gdy podszedł do okna, pogłaskał "słoje", powiedział że fajne i że też lubi drewniane parapety :)
Parapetów drewnianych w ogóle nie rozważaliśmy, bo wymagają one konserwacji, czyli malowania, podobno lubią się rozsychać i wypaczać. Obsługowość parapetów mnie nie interesuje. Niech je założą i niech nic nie trzeba będzie przy nich robić.
Laminat na MDF jest gruby, odporny na zarysowania, można go szorować (ja często używam cifu), nie odbarwia się. Nasze parapety są ciepłe i eleganckie – jestem z nich bardzo zadowolona. A o samym montażu napiszę w kolejnych postach.

środa, 20 września 2017

98. Kanał z kosztorysem

2015-04

Pan od kanalizacji zamilkł. Wziął projekt budowlany i myśli. Przede wszystkim miał wymyśleć, ile będzie kosztować ta robota. Uparłam się, że bez kosztorysu niech się nie waży niczego zaczynać, bo po prostu bez umowy nie zapłacę.

Po dwóch tygodniach nagabywania go telefonicznego i e-mailowego udało mi się wreszcie wydębić wstępną wycenę kosztów wykonania przyłącza kanalizacyjnego. Jednak nie zrobił jej osobiście szef-kanalizator, ale jakiś jego współpracownik, wspólnik, podwykonawca, pośrednik – w sumie to nie wiem kto jest kim w tym towarzystwie wzajemnej adoracji i podwykonawstwa. 
Coraz mniej mi się podoba ta współpraca i coś przeczuwam, że nic z tego nie będzie. Obawiam się, że w grę wchodzi zbyt wielu pośredników, z których każdy chce zarobić, na jednej robocie, i że w tej sytuacji nie będzie tanio.

Kolega-wspólnik z wielką niechęcią przysłał na mój adres e-mail prymitywną, wymuszoną przeze mnie wycenę, która była zdjęciem napisanej odręcznie na kolanie notatki, krótkiej rozpiski kosztów. Ów „kosztorys” opiewał na kwotę 8615 zł i zawierał następujące pozycje:
  • Zajęcie pasa drogowego - inwestor
  • Projekt organizacji ruchu - 200 zł
  • Geodezja powykonawcza - 550 zł
  • Próby gruntu - 340 zł
Kanalizacja sanitarna:
  • Przyłącze od włączenia do istniejącej studni - 2375 zł
  • Rury (… jakieś tam) i kształtki - 550 zł
  • Odtworzenie nawierzchni - 1200 zł
  • Koszty transportu -1800 zł
  • Montaż trojaka na kanale Fi 200 - 1600 zł
Razem 8 615 zł

Ojjj, sporo. Znacznie więcej, niż się spodziewaliśmy.

W dodatku kosztorys nie zawierał ceny projektu! Po naszej stronie pozostawało też wykonanie mapy do celów projektowych (ok. 800 zł) oraz poniesienie opłat za zajęcie pasa drogowego - też kilkaset złotych pewnie.

Nie wszystkie pozycje kosztorysu były dla mnie jasne i oczywiste, ale wiadomo, jestem laikiem i nie mogę się znać na budowie kanalizacji. Niewiele myśląc zadzwoniłam do naszego hydraulika, pana Kukułki, żeby się skonsultować, co on o tym sądzi. Odczytałam mu przez telefon pozycje kosztorysu i poprosiłam o niezobowiązujący komentarz. Pan Kukułka wysłuchał uważnie, pocmokał i skomentował „kosztorys” tak:
  • Badania geologiczne, czyli w kosztorysie „geodezja powykonawcza” – za drogie, zdaniem pana Kukułki koszt powinien wynosić ok. 400 zł, nie 550 zł. 
  • Transport – niby czego? Za co 1800 zł? 
  • Montaż trójnika na kanale fi 200? Przecież oczko jest, co zostało sprawdzone podczas kamerowania kanału. Tego kosztu (1600 zł) w ogóle nie powinno być. 
Hmmm. Chyba miałam nosa podejrzewając, że pan od kanalizacji to bardziej biznesmen niż fachowiec. Podjechał na budowę wypucowaną, czarną, błyszczącą i wypasioną furą, czyli samochodem, który z pewnością nie służy do pracy (wiem, jak wyglądają auta pracowników budowlanych, zdążyłam ich zaobserwować wiele). Wysiadł z pięknego auta niczym mafiozo, ubrany w czarną skórę, wypachniony, w wypastowanych, błyszczących butach. Niczego nie umiał powiedzieć o kosztach. Zabrał papiery i rozdzielił robotę na jakichś ludzi przebąkując, że na pewno się dogadamy, że ma układy "i tu i tam", to się wszystko gładko pozałatwia. No cóż.

Pan – współpracownik zrobił wycenę z wielką łaską, prawie na mnie nakrzyczał przez telefon, że w ogóle o nią proszę. Mówił, że w zasadzie to wszystko nie trzyma się kupy, bo on w życiu nikomu nie robił żadnych kosztorysów:
- Pani kochana, kosztorys to ja mogę policzyć jak będę miał projekt. A tak, to ja sobie tak strzelam, o tyle o ile. Ani metrów nie znam, ani głębokości. Co to to takie liczenie. Bez sensu!
- A proszę mi powiedzieć, co to za pozycja „transport”? Prawie 2 tys zł? Co tyle kosztuje?
- No wszystko! Piach, rusztowanie, przecież do wykopu nikt nie wejdzie bez zabezpieczeń, a to są duże konstrukcje.
- A ha. A czemu policzony jest trojak? Przecież ja mówiłam pana koledze, że sięgacz jest, a wy mi tu liczycie, jakby go nie było? Kamerowanie było robione przecież …
- Było? A to skąd ja niby mam to wiedzieć! Przecież ze mną pani nie rozmawiała! – facet autentycznie mnie skrzyczał.
- Z panem nie, ale z pana szefem owszem. To co, nie przekazał?
- A skąd!
- No to przykro mi. To już nie moja sprawa, jak panowie się komunikują.

Wygląda na to, że pan robiący „kosztorys” nie wiedział nic o naszej działce i robił wycenę „na oko”, jedynie na podstawie mapy, która jak wiemy posiada błąd – jest na niej bowiem naniesiona studnia rewizyjna, której w rzeczywistości nie ma. W „kosztorysie” uwzględnił „przyłącze od włączenia do istniejącej studni” zamiast „wybudowanie studni rewizyjnej”. Nie wiedział też, że istnieje sięgacz, bo zaplanował „montaż trojaka na kanale”. O wszystkim tym wiedział szef, ale widocznie zrobił z tego tajemnicę.

Naprawdę się wkurzyłam na tak nieprofesjonalne podejście do sprawy. Kanalizacja nie kosztuje 20 złotych, ale grube tysiące i nie będzie na mnie krzyczał żaden pan Andrzej albo Grzesiek i robił mi łaski, że wyceni robotę, i to w oparciu o nieprawdziwe dane! Trudno. Nie dogadamy się. Nie trafili na frajerów, co zapłacą za fikcję. Jednak nie dałam się sprowokować i całkiem spokojnie zakończyłam rozmowę:
- Dobrze. Dziękuję za tę wycenę. Proszę na razie nie podejmować żadnych działań. Ja się zastanowię i skontaktuję się z pana szefem gdy podejmę decyzję. Dziękuję. Do widzenia.

Wzięłam tylko jeszcze od niego numer telefonu do pani projektantki, de facto pracownika ZWIK, która robi projekty „po godzinach”, bo facet wspominał wcześniej, że jakby co, to namiary ma. Chciałam się dowiedzieć, ile będzie kosztować sam projekt. Ale niestety nie udało mi się do niej dodzwonić, bo nie odbierała telefonu przez kilka kolejnych dni.

Natychmiast rozpoczęliśmy poszukiwanie nowej firmy wykonującej kanalizację.
Internet jest wielki! Kilka telefonów i chyba jest.
Trafiłam na młodego człowieka, bardzo konkretnego. Od razu podał mi adres e-mail i poprosił o przesłanie kopii mapki:
- Mapa to podstawa do jakiegokolwiek szacowania kosztów– powiedział – więc od niej zacznijmy.
Wysłałam mu kopię mapy i kilka zdań informacji, o co chodzi w naszym zleceniu. Oddzwonił szybciutko i umówiliśmy się na działce na dziś, na godzinę 15.

Przyjechał punktualnie. Zjechał prosto z roboty, którą robi gdzieś tu w pobliżu. Był w ciuchach roboczych, nie w wypastowanych lakierkach. Miał spracowane, zakurzone dłonie, brudny, skromny samochód z wyklejonym napisem „Usługi hydrauliczne”. Na oko miał około 35 lat i dobrze mu patrzyło z oczu.
Powiedział, że kontaktował się już ze Zwikiem z zapytaniem, czy od kanału głównego odchodzi sięgacz, czy jest tylko trójnik. A jeśli sięgacz – ta jak jest długi. Od tego zależą koszty, bo jeśli sięgacz wyprowadza odejście poza jezdnię, to do rozkopania będzie tylko chodnik. A to mniej metrów do zajęcia pasa drogowego. Jutro pan ma mieć tę wiedzę.

Powiedział też, że jeśli sięgacz jest, a wszystko na to wskazuje, to koszty wyniosą około 6 tys zł. Po jego stronie jest projekt, wykonanie i opłaty za zajęcie pasa drogowego. My musimy załatwić na swój koszt tylko mapę do celów projektowych:
- Jak macie pozwolenie na budowę to mapę już musieliście załatwiać.
- No tak, taką mamy. Tylko że ona jest z 2012 roku.
- No właśnie, nieaktualna. Ale jak była robiona wtedy, to trzeba się udać do tego samego geodety. Tu na tej ulicy nic od tamtego czasu nie było chyba robione prawda? Nie wygląda. To trzeba pogadać, czy nie uda się po prostu przedrukować tamtej mapy z nową datą. Nic się tu nie zmieniło, nie powinien mieć konieczności wyciągania nowej mapy za 700 czy 800 zł. Powinien podbić tą poprzednią za jakieś grosze i już.
Tu się nieco skrzywiłam. Coś mi się nie wydaje, aby jakikolwiek poważny geodeta mógł „przedrukować” mapę z nową datą. Ale … zapytam geodety.

I to tyle. Stanęło na tym, że mamy załatwiać mapę. W międzyczasie czekamy na aktualne warunki przyłączenia ze Zwik. Pan jutro będzie wiedział, czy jest i jak długi jest sięgacz. I zaczynamy. Przyklepaliśmy transakcję uściskiem dłoni i jesteśmy dogadani na telefon.

Zupełnie inna rozmowa niż z poprzednim mafiozem. Transport – pan wzruszył ramionami - co oni tu chcą transportować? Rurkę?.

Fachowcy starej daty, posocjalistyczne cwaniaki z „układami” w urzędach, którzy kręcą fuchy na państwowym sprzęcie i opłacają siebie i szerokie grono koleżków, nieco mi już zbrzydli. Na szczęście ich czasy się kończą. Stawiam na młodych, zdolnych, pracowitych, którzy nie biorą kasy za układy i znajomości, a za wykonaną rzetelnie robotę.

Zadzwoniłam do pana-mafiozo powiadomić go, że nie decyduję się na jego usługi i że proszę o zwrot projektu:
- Ale czemu? Tak definitywnie pani rezygnuje? Co się stało? Przecież możemy się dogadać, ponegocjować?
- Ale o czym tu gadać. Dostałam wycenę, uważam że drogo. Poszukałam innego wykonawcy, o 40% tańszego. I już. Wie pan, jest wolny rynek, nie jesteście jedyni.
- No tak, wiem wiem, A ta nasza wycena to ile była? – nawet tego nie wiedział!
- W sumie, z doliczeniem opłat za zajęcie pasa drogowego, około 10 tys. wyszło. No i jeszcze projekt osobno. To dla mnie za drogo.
- No faktycznie, drogo. Co on tam policzył, że aż tyle?
- A, to ja już nie wiem, co on tam liczył. Wiem tylko, że liczył wstawienie trójnika do kanału głównego, a trójnik jest i ja o tym mówiłam, Czyli na co liczył? Że się nie zorientujemy? Jakiś transport za prawie 2 tys. złotych. No i powiem panu, że niezbyt uprzejmy ten pana współpracownik. To też zaważyło poniekąd na decyzji. Nie lubię, gdy ktoś, komu powinno zależeć na zleceniu, robi łaskę i na mnie krzyczy. Trochę nie tak to powinno wyglądać, Przyzwyczajona jestem do innego standardu obsługi i kontaktu z klientem.
- No owszem. Szkoda, że pani do mnie za zadzwoniła.
- Ależ dzwoniłam! Wielokrotnie. Ale pan scedował kontakty na innego, nieuprzejmego faceta, i tak wyszło. W tym wszystkim cena jest dla mnie bardzo ważna, i gdybyście byli konkurencyjni cenowo, to pewnie nieuprzejmość kolegi mało by mnie obeszła. Cóż, takie czasy, każdy liczy kasę. Ja też. Tak więc dziękuję panu za fatygę i poświęcony czas. Współpracy nie będzie.

I tyle. Żegnam panów cwaniaków bez żalu!

2015-04-22

Skontaktowałam się z geodetą, który sporządzał dla nas mapę do celów projektowych trzy lata temu, zanim powstał projekt budowlany. Zgodnie z podpowiedzią pana instalatora spytałam, czy jest możliwość „zaktualizować” mapę, to znaczy wydrukować ją raz jeszcze, tylko z nową datą, za jakieś mniejsze niż normalnie pieniądze. Normalnie mapa kosztuje 800 zł.
Niestety, tak jak przypuszczałam, pan geodeta wyśmiał pomysł pana instalatora:
- Nie ma takiej możliwości proszę pani. Instalator nie wie co mówi. Jeśli miałbym wydawać dziś nową mapę, z aktualną datą, to muszę ją od nowa wykonać. Zwłaszcza, że o ile wiem na działce powstał już nowy budynek, stary jest rozebrany, więc wszystkie te zmiany muszą być na mapie pokazane. Mapa musi odzwierciedlać stan faktyczny z chwili jej wykonywania. Czas wykonania nowej mapy potrwa miesiące. No i koszt, jak dla normalnej, nowej mapy.
- No właśnie, i tu mam trochę żal, bo powiedział pan, że mapa musi odzwierciedlać stan faktyczny. A przecież mapa, którą pan wykonał poprzednio, pokazuje studnię rewizyjną, której faktycznie nie ma. Nie jest to więc stan faktyczny. Gdybyśmy od razu wiedzieli, że studzienki nie ma i że będziemy musieli wykonać projekt przyłącza zewnętrznego oraz wybudować przyłącze, zrobilibyśmy to na początku inwestycji, wykorzystując tę pierwszą mapę z 2012 roku. A niestety wykonana przez pana mapa nas okłamała.
- Ale przecież teraz też możecie wykorzystać tamtą mapę. Jeśli w ulicy nie było nic robione …
- No nie było. Nic się tam nie działo poza tym, że zbudowaliśmy dom.
- No właśnie. Czyli według mnie mapę można wykorzystać. Dać ją po prostu projektantowi i niech projektuje do tej mapy, którą macie.
- To mapa nie ma terminu ważności? Nie ma w tym zakresie jakichś przepisów?
- Nie. Nie ma czegoś takiego jak „termin ważności mapy”. Mapa wystawiana jest na dany dzień, na który odzwierciedla stan faktyczny. Pewnie, że żaden projektant nie podejmie się projektowania do starej mapy, bo w międzyczasie dużo mogło się pozmieniać. Ale u was nie powinno być problemów. Ja bym spróbował. Powinno się udać. Projektant rzadko kiedy robi wizję lokalną w terenie. Opiera się na dokumentach, więc jak dostanie mapę, to zaprojektuje do niej. Gdyby jednak była konieczność nowej mapy, to będziemy robić od nowa. Mogę opuścić stówę, ale więcej się nie da. Proszę mi wierzyć, że to dużo załatwiania.

Ok. Postanowiliśmy spróbować wykorzystać starą mapę do celów projektowych. 
Oszukałam ją w szafie. Kiedyś geodeta przekazał nam ją w tekturowej tubie, w 4 egzemplarzach, plus jeden egzemplarz na folii, plus plik na płycie CD. Wszystko jest. Mamy jeden oryginalny egzemplarz mapy, z podpisami i pieczęciami.

Umówiłam się dziś na działce z nowym panem kanalizatorem na przekazanie mapy. Ma ją wręczyć projektantowi, aby ten mógł rozpocząć projektowanie. Postanowiliśmy, że nie będziemy nic mówić o dacie. Damy po prostu mapę i niech projektuje. Zobaczymy, czy to przejdzie. Od strony faktycznej mapa jest dobra, w ulicy nic się od 2012 roku nie działo, żaden kanał nie był ruszany, miasto nie robiło żadnych inwestycji drogowych ani gazowych ani kanalizacyjnych ani innych. Więc mam nadzieję, że uda nam się uniknąć kosztów sporządzania nowej mapy i przy okazji zaoszczędzić sporo czasu.